fot. Dominik Wojciechowski

Zamek Dominika Wojciechowskiego

Kiedy mieszkanie staje się polem boju, banalne obiekty nabierają symbolicznego znaczenia. Powstają fortyfikacje, pułapki, zasieki i machiny – budowane z użyciem przedmiotów codziennego użytku. O pełnych emocji i wisielczego humoru działaniach, wprawiających w ruch wyposażenie mieszkania jego mamy, z fotografem Dominikiem Wojciechowskim rozmawia Michał Sita.

Michał Sita: Tło tej historii jest mało wesołe.

Dominik Wojciechowski: Sytuacja wyglądała tak, że moi rodzice byli w separacji już od 15 lat, a od 2016 roku nie mieszkali razem. Z tym że ojciec, mimo że przeniósł się do Krotoszyna, wpadał na niezapowiedziane wizyty. Przyjeżdżał na weekendy i to zawsze się wiązało z ogromnym stresem. Rodzice się nie dogadywali. Odwiedziny miały coś udowodnić, nigdy nie było wiadomo, kiedy się zdarzą. Towarzyszyła im kwaśna atmosfera.

 

Pracowałem wtedy na budowie. Podpowiedział mi jeden kumpel, że ojciec tak długo już nie mieszka w domu, że można go wymeldować i te wizyty oficjalnie zakończyć.

Dominik Wojciechowski, fot. M. Sita

Dominik Wojciechowski, fot. M. Sita

Na początku miałem problem, by mamę do tego namówić, bo chociaż ciężko się zmagała z całą sytuacją, nie chciała jej jeszcze podkręcać. Złożyliśmy jednak ten wniosek. Myśleliśmy, że możemy po prostu poinformować ojca po fakcie, że będzie to mniej bolesne i uda się rozwiązać sprawę spokojnie. Ale urząd wysłał do niego pismo, ojciec dowiedział się o wszystkim. Włożyliśmy kij w mrowisko.

interwencja

M.S.: Jak doszedłeś do tego, żeby na tę rodzinną sytuację zareagować fotograficznym działaniem?

D.W.: W tym czasie ogłoszony został konkurs Galerii Miejskiej Arsenał na realizację fotograficzną „Archiwum Życia Codziennego”. Robiąc do tego research, trafiłem na tekst mówiący o tym, jak ogromny związek z emocjami ma budowanie przestrzeni, że możemy emocje artykułować przez kreowanie otoczenia.

I to był impuls, żeby przeprowadzić eksperyment – sprawdzić, jak moja mama sobie z tym problemem radzi. Chciałem to zrobić tym bardziej, że obecność ojca w mieszkaniu była bardzo widoczna właśnie poprzez przedmioty. Miał koszule w szafie, firanki, jakieś antyki. Ten stan materialny był płynny, zmieniała się jego struktura. Przyjeżdżał i zabierał ze sobą jakieś rzeczy, niczego raczej nie przywoził – to dawało nadzieję, że może rzeczywiście nastawiał się na osobne życie, że może zbliża się zakończenie pewnego rozdziału.

 

Zacząłem te rzeczy fotografować. Na początku w formie czysto dokumentalnej, później rozwinęło się to w bardziej performatywne działanie. Cel był prosty: może terapia fotograficzna to za duże słowo, ale chciałem maksymalnie odciągnąć uwagę mojej mamy od sytuacji.

Dominik Wojciechowski "Zamek", fot. dzięki uprzejmości artysty (śniadanie do łóżka)

Dominik Wojciechowski "Zamek", fot. dzięki uprzejmości artysty (śniadanie do łóżka)

M.S.: Ta akcja oparta na przedmiotach odbywała się w czterech ścianach, o które toczył się cały bój. Mama oswajała nową sytuację, grzebiąc jednocześnie coraz głębiej w problemach, które były tematem całej konfrontacji?

D.W.: Dokładnie. Dlatego totalnie dziwne i megaśmieszne pomysły na użycie przedmiotów, które mi przychodziły do głowy, służyły temu, żeby za ich pomocą rozśmieszać mamę. Odwracałem jej uwagę. Na początku nie miała wcale ochoty uczestniczyć w tym fotograficznym projekcie. Ale kiedy podrzucałem jej kolejne pomysły i tłumaczyłem, jaki w nich ukryty jest trik, wybuchaliśmy śmiechem.

 

Atmosfera się rozluźniała i na zasadzie głupawki zdjęcia rzeczywiście powstawały. To z nich po prostu skleiłem swój „Zamek”.

budowanie Zamku

M.S.: Jakim językiem się posłużyłeś, co robiłeś, na czym polegały twoje interwencje w przestrzeni?

D.W.: Starałem się w miarę możliwości przekładać na fotografie historie o rodzicach, które znałem, w jakiś pośredni sposób używając do tego przedmiotów. Szczerze, to nawet nie wiem, co ktoś patrzący na tę scenę z zewnątrz może sobie myśleć. A mamy tu po prostu konstrukcję do przynoszenia śniadania do łóżka. To jest coś, czego brakowało w relacji rodziców. Tych małych gestów. Przez połączenie odpowiednich przedmiotów, kolorów i tych bardziej symbolicznych elementów jak cukierki, taki obiekt komentujący problem mógł powstać.

 

Dominik Wojciechowski "Zamek", dzięki uprzejmości artysty (oświadczyny)

Dominik Wojciechowski "Zamek", fot. dzięki uprzejmości artysty (oświadczyny)

Albo ten dyptyk: inna mała sytuacja, jaka mogła się zdarzyć, a się nie zdarzyła – romantyczne oświadczyny. Więc je zaimprowizowaliśmy w groteskowy sposób.

Chodziło o to, żeby elementy całej historii, opartej na materialnych detalach, obracać w żart, zamiast robić z nich jeszcze większy dramat. Jak w „Manchester by the Sea” – historia jest ciężka, ale jak ktoś palnie głupi żart, totalnie się to wszystko odwraca, jakby przekłuć balon. Na tej zasadzie ta cała akcja się opierała.

 

M.S.: Taki jest klucz do konstrukcji, jakie z domowych przedmiotów składałeś?

D.W.: Tak. Ale ważne jest też, że nie używałem przedmiotów, które mają jakąś konkretną historię za sobą. To są po prostu rzeczy codziennego użytku, na które aż do przesady nie zwracałem uwagi. Jak przedłużacz. Im bardziej trywialne, tym bardziej podbijały moc przekazu. Tak mi się wydaje.

 

M.S.: Długo to trwało?

Dominik Wojciechowski "Zamek", fot. dzięki uprzejmości artysty

Dominik Wojciechowski "Zamek", fot. dzięki uprzejmości artysty

D.W.: Z góry sobie założyłem, że ta burza będzie ograniczona od okresu złożenia wniosku o wymeldowanie ojca do otrzymania decyzji. Trwało to co prawda półtora miesiąca, jak nie dwa, ale wiedziałem, że musi się kiedyś skończyć. Wiedziałem, że nie mogę tej pracy kontynuować, bo samemu sobie utrudnię życie.

 

M.S.: Stworzyłeś rzeźbiarskie prace, abstrakcyjne konstrukcje. Zupełnie jakbyś wrzucił cały ten dom do pralki i ją włączył – skąd ta formalna decyzja, skąd ten kierunek?

D.W.: To było połączenie kilku rzeczy. Bardzo mnie zainspirował projekt Joanny Piotrowskiej, czyli analiza rodzinnych historii przez performatywne formy działania ciała i gry z ciałem. Poza tym tworzenie konstrukcji mnie po prostu interesuje. To pewnie wpływ Sputnik Photos na fotografów z mojej generacji.

impakt

M.S.: Działałeś przez swoje zdjęcia. Jaki był więc impakt tego procesu, który zaproponowałeś? Jak on wpłynął na was wszystkich?

D.W.: Przede wszystkim uruchomiliśmy dyskusję, schowaną gdzieś w kącie i dawno nieodkurzaną. W trakcie tych dwóch miesięcy przeszliśmy burzę – tak ogromny wypływ emocji, że w pewnym momencie trzeba było odpuścić, bo żadna ze stron nie miała już sił tego ciągnąć. Ale emocje opadły i skutek był taki, że wyszliśmy na prostą. Udało mi się wejść na poziom, w którym naprawiam swoją relację z ojcem i całkiem dobrze mi to idzie.

 

Ojciec przyjedzie na wernisaż do Krakowa, chociaż z początku czuł, że prezentuję go w złym świetle. A tak nie jest. Od początku nie widziałem sensu w budowaniu negatywnej narracji. Zależało mi, by doprowadzić do sytuacji, w jakiej będzie mile widziany – zaprosimy go do domu i jego obecność nie będzie się wiązała z negatywnymi emocjami.

Dominik Wojciechowski "Zamek", fot. dzięki uprzejmości artysty (z cegłą na głowie)

Dominik Wojciechowski "Zamek", fot. dzięki uprzejmości artysty (z cegłą na głowie)

granice domowego tabu

M.S.: Wystawa to ważny wątek. Opowiadasz bardzo prywatną historię i wynosisz ją na widok publiczny. Czym innym jest przecież taka terapeutyczna interakcja, a czym innym taka sama akcja w przestrzeni galerii.

D.W.: Mama na początku miała z tym problem. Nie z samą sytuacją, w której będzie fotografowana, ale z tym, że kiedy uruchomiliśmy już cały ten emocjonalny proces i go rozgrzebaliśmy – pojawił się wizerunek, jakiego nie kontrolowała. Ludzie nieufnie podchodzą do zdjęć, jakie się im robi. Wyobrażają sobie, że dobry portret to taki, który się pojawia na okładce „Time’a”. A tu było inaczej.

 

Kiedy robiłem jej zdjęcie z cegłą na głowie, myślała sobie: O matko! Jak koleżanki w pracy to zobaczą, to będą śmichy-chichy. Ale z biegiem czasu stwierdziła, że nie ma w tym nic złego.

To historia intymna, która musi się rządzić swoimi prawami. A jednocześnie na swój sposób obrócona jest w żart, więc nie grozi jej takie obnażenie, jak w „Sprawie dla reportera”, gdzie pokazuje się wszystko, zupełnie bezpośrednio.

 

M.S.: Mama oswoiła się z tym działaniem Ale co zmienił fakt, że nie zrobiliście tych meblowych konstrukcji sami, w domu, za zamkniętymi drzwiami?

Dominik Wojciechowski "Zamek", fot. dzięki uprzejmości artysty

Dominik Wojciechowski "Zamek", fot. dzięki uprzejmości artysty

D.W.: Ja w pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że muszę złamać tę zasadę prywatności, żeby coś się zaczęło dziać. Dopiero wyniesienie całego procesu na piedestał sprawi, że on nabierze wagi. Tak jak reporter fotografujący wojnę mógłby zanieść zdjęcia do jakiegoś tam prezydenta. Tylko co on by z tym zrobił? Nic. Dopiero jak się opowieść upubliczni, jest szansa, by kogokolwiek, łącznie z sobą samym, zmusić do działań. Na tym to polega.

 

M.S.: Wróćmy do zdjęcia z oświadczyn. Ty, jako człowiek kontrolujący tę sytuację, masz ogromną swobodę w decydowaniu, co znajdzie się w kadrze, a co pozostawisz poza nim. Możesz dodać komentarz taki, jakim się ze mną podzieliłeś: oto konstrukcja do podawania śniadania do łóżka, a tutaj są oświadczyny. Możesz też tego nie mówić. Pewne sprawy nadal mogą zostać prywatne, niedostępne dla zewnętrznego świata. Ciekawi mnie, jak ustawiłeś tę granicę. Istniały jakieś tabu?

D.W.: Wiesz co, nie miałem takich oporów. Robiłem dokładnie to, co czułem. To była ta pralka, o jakiej wspomniałeś. Zahamowań nie miałem, a raczej przeciwnie, starałem się z każdym kolejnym zdjęciem coraz bardziej nakręcać sytuację, sprawiać, że będzie do granic zwariowana.

 

I nie mam z tym problemu, że ktoś, kto nie będzie miał łopatologicznie wyjaśnione, o czym to jest, może się zgubić. Może to artystyczna klisza, ale niech będzie – dzięki niedopowiedzeniom odbiorca też może swoich historii się w tym dopatrywać. Może sobie wejść do tego świata i odnaleźć w nim siebie, i swoją historię przekuć w jeden z moich żartów.

Dominik Wojciechowski "Zamek", fot. dzięki uprzejmości artysty

Dominik Wojciechowski "Zamek", fot. dzięki uprzejmości artysty

strategia wyjścia

M.S.: Przez dwa miesiące prowadziłeś wiwisekcję waszej rodzinnej sytuacji. Teraz mieszkasz tam nadal, i potykasz się o przedmioty, którym przed chwilą dodałeś surrealistyczny rys. Na tej pufie mama nadal siedzi, tych wszystkich przedłużaczy używasz w całkiem innym, codziennym kontekście. Jak się tam mieszka po eksperymencie stawiającym twój dom na głowie?

D.W.: Dobrze się mieszka dlatego, że te przedmioty koniec końców były tylko metaforą zgrzytów emocjonalnych. W momencie, gdy zaczęliśmy je wyjaśniać, znaczenie tych rzeczy, ich ranga, trochę się obniżyła. Nie patrzę na nie już z takim ładunkiem, dlatego że relację zacząłem nastawiać na prawidłowe tory.

 

W tym sensie mieszkanie w tej samej przestrzeni, w której to wszystko rozgrzebywałem, działa inaczej. Widzę, że mama jest dzisiaj spokojniejsza, sam też mogłem ruszyć do przodu. Przestrzeń jest ta sama, ale żyć można już inaczej.

Zamek

M.S.: Jakimś zrządzeniem losu okazało się, że bardzo wielu ludzi, żyjących w toksycznych sytuacjach rodzinnych, znalazło się dzisiaj w analogicznej sytuacji. Ta metafora zamku, z fortyfikacjami, czekaniem na oblężenie, nagle przestała być tak hermetyczna.

D.W.: Skończyłem projekt dokładnie przed powszechną izolacją związaną z pandemią.

 

M.S.: I dokładnie na czas zaproponowałeś fotograficzny zapis interwencji w świat czterech ścian, w którym jesteśmy zamknięci – interwencji przeprowadzonej z humorem i konstruktywnie.

Dominik Wojciechowski "Zamek", fot. dzięki uprzejmości artysty

Dominik Wojciechowski "Zamek", fot. dzięki uprzejmości artysty

D.W.: Mogło się jednak tak zdarzyć, że nie tyle pojedyncze kadry, ile całość będzie trudna do zrozumienia. Bo trochę nie mam świadomości, jak się różni taki fotograficzny język, jakim ja operuję, od odbioru kogoś, kto się nad fotografią nie zastanawia.

 

To jest grząski grunt. Nie wiedziałem, czy to będzie w ogóle komunikatywne. Ale okazało się, że zupełnym przypadkiem ludzie zostali zmuszeni do podjęcia tego samego tematu.

To przestał być egzotyczny artystyczny happening. Sytuacja wciągnęła wielu z nas w pułapkę, w jakiej relacje rodzinne poddane są prawdziwej próbie.

bio

Rozmowa przeprowadzona 21 czerwca, tuż przed premierą wystawy w ramach sekcji ShowOFF Miesiąca Fotografii w Krakowie. „Zamek” znajdzie się na tej prestiżowej ekspozycji, wyłaniającej najciekawsze aktualne trendy w fotografii naszej części Europy, obok prac Domenico Camarda, Oktawiana Jurczykowskiego, Barta Krezolka, Aleksandry Nowysz, Agaty Read, Jakuba Stanka i Joanny Szpak-Ostachowskiej. Wystawa w Tytano czynna będzie między 26 czerwca a 19 lipca 2020. Pracę Dominika Wojciechowskiego opublikuje również Galeria Miejska Arsenał w Poznaniu, w przygotowywanej właśnie książce „Archiwum Życia Codziennego”.

 

 

 

DOMINIK WOJCIECHOWSKI – urodzony w 1993 w Poznaniu roku fotograf działający w nurcie badań wizualnych. Absolwent filologii chorwackiej na UAM, obecnie student Instytutu Twórczej Fotografii w Opawie. Zajmuje się kwestiami tożsamościowymi i relacjami ludzi z przestrzenią. Problemy te analizuje w różnej skali i w różnych kontekstach; od zakrojonego szeroko, wieloletniego projektu rozpatrującego nacjonalizmy rozwijające się po upadku Jugosławii, po bardzo intymną eksplorację przestrzeni prywatnej domu jego mamy.