fot. Mariusz Forecki

Zarażać książką

Jak inne dzieci szukałam przed świętami prezentów, wchodziłam do szafy i wąchałam, czy będzie książka. To był ważny zapach obok zapachu pomarańczy – mówi Jolanta Maćkowiak-Piasecka, księgarka, laureatka nagrody Fundacji Kultury Polskiej 2018.

BARBARA KOWALEWSKA: Jak zaczęła się pani przygoda z książką?

JOLANTA MAĆKOWIAK-PIASECKA: Książka była dla mnie od początku bardzo ważna. Dzisiaj ta dziecięca chyba jest nawet ważniejsza od literatury dla dorosłych. Zaczęło się od „Kokoszek” Wandy Chotomskiej – założyłam własną biblioteczkę, ponumerowałam swoje książki i „Kokoszki” otrzymały numer 1. Czytałam je wielokrotnie, przerysowywałam ilustracje z niej i marzyłam o spotkaniu z Wandą Chotomską. W życiu dorosłym myślałam, że skoro czytałam jej książki tak dawno, to autorka już pewnie nie żyje.

W szkole moich synów były spotkania literackie, organizowane przez Emilię Waśniowską. Zapytała kiedyś, czy mogłabym się zaopiekować Chotomską, bo przyjeżdża. Myślałam, że to córka autorki. Z pociągu wysiadła jednak elegancka kobieta i powiedziała: „Dzień dobry, jestem Wanda Chotomska”. Nie mogłam w to uwierzyć. I tak zaczęła się nasza przyjaźń.

 

Rodzice czytali pani w dzieciństwie?

Moja rodzina nie miała wiele pieniędzy, ale na każdą Gwiazdkę w prezencie zawsze była jakaś książka. Jak inne dzieci szukałam przed świętami prezentów, wchodziłam do szafy i wąchałam, czy będzie książka. To był ważny zapach obok zapachu pomarańczy.

Mimo że byłam mała, mama kupiła mi książkę o sztuce polskiej, z Józefem Chełmońskim na okładce – dzięki temu zaczęłam myśleć o malarstwie. Na początku nie wiedziałam, kto malował, jaka to sztuka, ale kolor, kreska – to mnie zawsze pociągało i chciałam więcej. I plastyka interesuje mnie do dzisiaj. A potem trafiłam do technikum mechanicznego. To był okres buntu, chyba chciałam zrobić coś po swojemu.

 

A co na to rodzice?

Nie byli zadowoleni. Spotkałam jednak w tej szkole wyjątkową polonistkę. Były konkursy recytatorskie, kółko teatralne i tam też zrobiłam swój pierwszy w życiu kiermasz książki, chociaż wtedy nie myślałam jeszcze o księgarstwie. Zajęcia techniczne były jednak dla mnie marginesem. Czytałam książki i jako jedyna w szkole zdawałam egzamin ustny z języka polskiego. Po szkole poszłam na bibliotekoznawstwo ze specjalizacją księgarską. To był też czas intensywnych wyjazdów w Tatry.

 

Właśnie, Tatry. Jest pani wiceprezeską Stowarzyszenia Przyjaciół Twórczości Jana Kasprowicza na zakopiańskiej Harendzie. Jak do tego doszło?

Jolanta Maćkowiak-Piasecka, Skład Kulturalny, fot. Mariusz Forecki

Jolanta Maćkowiak-Piasecka, Skład Kulturalny, fot. Mariusz Forecki

 

Tatry były dla mnie bardzo ważne. Gdy w nie ruszyłam, miałam szesnaście lat. Mama się denerwowała, że jeżdżę sama, a ja byłam zachłanna na życie, lubiłam sama odkrywać świat.

Chyba po to tam jeździłam, żeby poznawać ludzi i rozmawiać z nimi o ważnych rzeczach. Książka była zawsze ze mną. Zabierałam „Przewodnik literacki po Tatrach”. Ujęło mnie Zakopane, jego historia, wyjątkowo bogata w literatów i ludzi kultury. Miałam szczęście poznać autorów „Wielkiej Encyklopedii Tatrzańskiej”, Zofię Radwańską-Paryską i Witolda Henryka Paryskiego.

Wtedy zdecydowałam, że napiszę pracę magisterską o księgarstwie zakopiańskim w okresie międzywojennym. Jeździłam przez dwa lata do Muzeum Tatrzańskiego, by zbierać materiały. Był tam taki pokoik dla piszących, pozwolono mi w nim nocować i wchodzić do biblioteki, kiedy potrzebowałam. Nie było takich zakazów jak dzisiaj, mogłam dotykać książek, o których marzyłam. Poznałam rodzimych górali, ikony tatrzańskiego życia kulturalnego. W ciągu życia uzbierałam swoją bibliotekę tatrzańską, która dzisiaj liczy około sześć tysięcy pozycji.

 

Te książki są na Harendzie?

Książki znalazły miejsce w moim poznańskim domu. Myślę, że kiedyś trafią na półki harendziańskie, szczególnie kasprowicziana. Harenda jest dla mnie magicznym miejscem, moja przygoda z tym domem zaczęła się już około czterdzieści lat temu.

Kasprowicz kochał Tatry i zamarzył, żeby mieć dom w Zakopanem. Kupił go w 1924 roku od angielskiej malarki Winifred Cooper. Borykał się z problemami finansowymi, ale przyjaciel Józef Kościelski, poeta, dramaturg, wielkopolski działacz polityczny, mecenas sztuki i filantrop zlecił mu tłumaczenie dzieł Szekspira.

Kasprowicz powtarzał, że Harendę „pomógł mu kupić pewien Anglik, niejaki Szekspir”. Zamieszkał tam z Marią z Buninów, ale zmarł po trzech latach. Dzięki Marusi willa Harenda zachowała się w niezmienionym stanie do dzisiaj. Nie zdążyłam już jej poznać, ale czuję się z nią związana, mam wrażenie, że wie, kim jestem i że czuwa nad naszym stowarzyszeniem.

 

Często pani tam bywa?

Jolanta Maćkowiak-Piasecka, Skład Kulturalny, fot. Mariusz Forecki

Jolanta Maćkowiak-Piasecka, Skład Kulturalny, fot. Mariusz Forecki

Ostatnio rzadziej. Tęsknię za Harendą, szaleję, gdy długo mnie tam nie ma. Czasem oprowadzam po niej grupy, sprzedaję książki w naszej małej księgarni. Nie pracuje nas tam wielu, ale na Harendzie są osoby podobne do mnie, które kochają to miejsce i dbają o nie.

Harenda to dom, w którym przygotowujemy dla naszych gości wiele kulturalnych wydarzeń. Organizujemy spotkania literackie, sesje naukowe, wieczory harendziańskie, konkursy fotograficzne i plastyczne, czytamy poezje Kasprowicza, Tuwima, słuchamy muzyki. Kiedyś zaprosiłam Jerzego Młodziejowskiego, naszego poznańskiego muzyka i geografa. Od kilku lat Teatr im. Witkacego wystawia tam swoje spektakle. To ostatni bastion kultury, który obronił się przed komercyjnym Zakopanem.

 

Jan Kasprowicz był też związany z Poznaniem, a pani wiele zrobiła dla popularyzowania jego twórczości w naszym mieście.

Jolanta Maćkowiak-Piasecka, Skład Kulturalny, fot. Mariusz Forecki

Skład Kulturalny, ul. Szamarzewskiego 4/6, Poznań. Fot. Mariusz Forecki

Kasprowicz to taki mój „patron książkowy”. Był bibliofilem, zbierał inkunabuły, starodruki, wyjątkowe egzemplarze, wydawał na książki ostatnie pieniądze. Jego biblioteka była bardzo zadbana. Cała została oddana do Poznania, znajdowała się na terenie dzisiejszych targów. Przyjechali górale i wyciosali całe wnętrze pomieszczeń w stylu góralskim. Potem była wojna, większość zbiorów się spaliła.

Z okazji rocznicy Muzeum Miejskiego w Poznaniu zostałam zaproszona do współpracy przez panią Magdę Mrugalską-Banaszak, dyrektorkę Muzeum Historii Miasta Poznania w ratuszu. Sprowadziłam z Zakopanego Jana Karpiela-Bułeckę, podhalańskiego muzyka i gawędziarza. Przygotowałam wystawę pierwodruków Kasprowicza, listów Marusi, książek z autografami. Odbył się spacer po Poznaniu śladami Jana Kasprowicza. Ania Biedak nazwała mnie nawet „wdową po Kasprowiczu”.

Miałam takie anegdotyczne zdarzenie. W trakcie obchodów poszłam do proboszcza kościoła na Grobli, była jakaś 18.30, dzwonię i mówię przez domofon, że chciałam zamówić mszę. Ksiądz na to, żebym przyszła jutro. Ja odpowiadam, że nie, bo to pilna sprawa. Zapytał w końcu, za kogo ta msza. Mówię, że za Kasprowicza. A on: „Za Jana?”. I msza się odbyła. Jak już coś sobie postanowię, spotykam odpowiednich ludzi, zarażam ich swoimi pasjami – i oni też działają.

 

A jaka była pani „droga księgarza”?

Rozpoczynałam w księgarni technicznej. Prowadził ją Henryk Baraniak. Oprócz książek i skryptów z dziedziny matematyki, i fizyki była tam półka z literaturą piękną, m.in. stare wydania wierszy Czechowicza. Któregoś dnia przychodzi kierownik, a sweter ma czymś wypchany i uśmiecha się. Przyniósł Tetmajera „Na Skalnym Podhalu”, pierwsze wydanie. Nie wiem, kto się bardziej z tego ucieszył, ja czy on. To był człowiek bardzo literacki. Zaprosił mnie kiedyś do swojego domu w Luboniu, gdzie miał niesamowity księgozbiór.

 

Do dziś pamiętam osiemnaście tomów francuskiej edycji poezji: okładki zamszowe, każda w innym kolorze, w prawym rogu każdego tomu wytłoczony jakiś kwiat i te książki pachniały kwiatami. Jeszcze dzisiaj czuję dreszcz, jak to wspominam.

U niego znalazłam też mapy Zwolińskich, z których potem korzystałam przy pisaniu pracy magisterskiej. Pojawił się na mojej drodze nie bez powodu, był szczęśliwy, że może ze mną rozmawiać o literaturze i Tatrach. Dostałam od niego dużo książek.

 

Inni ważni dla pani ludzie, ważne spotkania?

Jolanta Maćkowiak-Piasecka, Skład Kulturalny, fot. Mariusz ForeckiJolanta Maćkowiak-Piasecka, Skład Kulturalny, fot. Mariusz Forecki

Skład Kulturalny, ul. Szamarzewskiego 4/6, Poznań. Fot. Mariusz Forecki

Przeniosłam się do antykwariatu. Tam poznałam Ryszarda Kaję, naszego poznańskiego grafika i plakacistę. Przychodził do mnie na śniadanka i rysował. Pamiętam, jak zrobił kiedyś kolaż z cytatem z Tetmajera: „Wolę polskie gówno w polu niźli fiołki w Neapolu”. To był czas „Solidarności”. Ja też w niej trochę działałam, trzymałam ulotki w szafie, w kozakach.

 

Wszyscy ludzie, których spotkałam, dawali mi jakiś impuls do działania. Dzięki Rysiowi zaczęłam tworzyć kolaże. Do dziś je robię.

Miałam szczęście, poznawałam w życiu cudownych ludzi: Joasię Papuzińską, Joasię Kulmową. Z Emilią Waśniowską robiłam wystawy: o Tatrach, o Mickiewiczu („Pierwodruki mistrza Adama”). Z Małgosią Musierowicz szykowałyśmy „Jeżycjady”, przyjeżdżały całe autokary młodzieży.

Zawsze, kiedy trzeba było coś załatwić, szłam i mówiłam z takim zacięciem, że musiało się udać. Na Tydzień Komiksów zaprosiłam Henryka Chmielewskiego (Papcia Chmiela), autora „Tytusa, Romka i A’Tomka”. A w ostatnich czasach w naszym Składzie Kulturalnym byli: Sylwia Chutnik, Łukasz Orbitowski, Jakub Małecki, krakowska poetka Małgorzata Lebda, Karolina Bednarz, autorka reportażu „Kwiaty w pudełku”, Magdalena Kicińska, ta od „Pani Stefy”. Przewinęło się tylu wyjątkowych twórców…

 

Dziś książka jest na wyciągnięcie ręki. Kiedyś były specjalne półki, na których zostawiało się książki wybranym klientom. Jak to było z tymi półkami?

Te półki były niezbędne dla tych, którzy książki kochali i ich potrzebowali. Przychodził na przykład profesor Janusz Ziółkowski, ówczesny rektor uniwersytetu. A czasem sama proponowałam, żeby te książki ludziom zostawiać. Chciałam wszystkich „zarazić książką”.

To odkładanie było też związane z handlem wymiennym. Na Paderewskiego była kiedyś Moda Polska, panie tam pracujące brały książkę, a ja sukienkę czy dobre perfumy. To był czas, kiedy ludzie byli razem, chcieliśmy uradować jeden drugiego. Teraz jesteśmy inni, ufamy innym bogom.

 

Do działania potrzeba dużo uporu i energii. Co jest pani siłą napędową?

Chyba najbardziej spotkania z ludźmi, lubię z nimi rozmawiać. Czasem ludzie przychodzą do księgarni, i mówią, że dziś nic nie kupią, ale chcą porozmawiać. To działa w dwie strony, to są przyjaciele. Czasem się mówi, że życie jest trudne, ludzie są źli, a ja mam poczucie, że moi klienci to cudowni ludzie.

Bardzo lubię rozmawiać z dziećmi, pytać, co czytają, co czują, gdy widzą piękną ilustrację – i słucham uważnie, jak o tym opowiadają.

 

Ktoś napisał na Facebooku, że księgarnia Skład Kulturalny to „miejsce z duszą”. Organizuje tam pani spotkania autorskie, literackie i plastyczne warsztaty dla dzieci.

Jolanta Maćkowiak-Piasecka, Skład Kulturalny, fot. Mariusz Forecki

Skład Kulturalny, ul. Szamarzewskiego 4/6, Poznań. Fot. Mariusz Forecki

Nazwa powstała osiem lat temu, przedtem moje księgarnie były w różnych miejscach. Jestem społecznicą, lubię działać i dzielić się z ludźmi wiedzą. W księgarni mamy w sprzedaży plakaty minimalistyczne, wśród nich są portrety Marii i Jana Kasprowiczów autorstwa Witkacego. Gdy tylko ktoś ich dotyka, to ja już przy nim jestem, „włącza się Harenda”, opowiadam. Osoby starsze mają łzy w oczach, że to jeszcze jest, że internet nie zagarnął wszystkiego.

Był cykl spotkań „Poezja NaStanie”, ale trochę ostatnio tego zaprzestałam, nie miałam czasu. Są inne projekty. Planuję „Barłóg literacki” z Sylwią Chutnik. W tym roku Targi Książki zaprosiły mnie do współpracy. Miałam dużą radość z wyboru autorów – gości targowych. Za chwilę kolejne „Czytniki” w Teatrze Nowym. To jest ta moja zachłanność na działanie.

 

Jak pani wybiera książki?

Książki dziecięce to takie, które sama chciałabym mieć. To musi być książka artystyczna, z dobrym tekstem. Jestem konsekwentna. Nie biorę byle czego. Robię to intuicyjnie. Ale też klienci podpowiadają. Nie da się mieć wszystkiego.

Mamy książki dziecięce i młodzieżowe, literaturę dla dorosłych, architekturę i sztukę, dział reportażu, książki pomagające zrozumieć naturę. Czas jest trudny, cena książek jest różna. Gdyby była jednolita, przetrwałyby księgarnie i ładna książka. Mamy ciekawe księgarnie w Poznaniu, które są, tak jak moja, miejscami kultury. Ale jest ich coraz mniej.

 

Książka powinna być ładna? Jaka powinna być książka dla dziecka?

Emilka Waśniowska mawiała, że książka dziecięca jest dobra wtedy, gdy między treścią a ilustracją można postawić znak równości, w nim siada dziecko i jest szczęśliwe. Dobra treść powinna łączyć się z dobrą ilustracją i to powinno dostać dziecko do ręki.

Kiedy do księgarni przychodzą grupy przedszkolaków, pokazuję im książki, mówię o książce dla niewidomych dzieci, każę im zamykać oczy i dotykać. Gdy pytam, jak powstała książka, mówią: „Książka powstała, bo się ją kupuje.” Opowiadam im więc, że ktoś musi mieć pomysł, napisać historię, potem jest korektor, ilustrator, drukarz, ktoś, kto książkę przywiezie, sprzeda. Któreś z dzieci powiedziało, że nie myślało, że „książka ma taką długą drogę”.

Gdyby miała pani zaczynać od nowa, coś by się zmieniło?

Pracy z książką nie zamieniłabym na nic innego. Chciałabym jeszcze zrobić wiele rzeczy. Rozwinąć moją księgarnię. Zrobić nowe wystawy. Muszę się czasem opanowywać. Piszę też wspomnienia o Marusi Kasprowicz. Rozpoczęłam pracę nad antologią wierszy tatrzańskich. Ale nie wiem, czy skończę, jestem zaangażowana w tyle działań…

 

Co pani czuła, otrzymując nagrodę Fundacji Kultury Polskiej? To ważna nagroda.

Jolanta Maćkowiak-Piasecka, Skład Kulturalny, fot. Mariusz Forecki

Jolanta Maćkowiak-Piasecka z nagrodą Fundacji Kultury Polskiej. Fot. Mariusz Forecki

Ta nagroda to „wysoka półka”. Kiedy sekretarz rady fundacji, pan Marcin Poprawski, zadzwonił do mnie, żeby mnie o tym poinformować, wyczuł chyba zdziwienie w moim głosie. Zapytał, czy wiem za co. Oczywiście za działania kulturalne, wystawy tematyczne, spotkania, za Kasprowicza. Ale też za to, że lubię ludzi i rozmawiam z nimi.

Samo odebranie nagrody… Myślałam, będzie tłum ludzi, jak ja to zrobię? Ale w drodze na scenę wyprostowałam się: skoro dostałam tak piękną nagrodę, nie mogę się bać. Nie przygotowywałam się, mówiłam od serca. Powiedziałam to, co kiedyś napisała mi moja koleżanka: że jestem „dobrym duchem książki”. Dotarło do mnie, że jednak coś ważnego zrobiłam.

Gdy mam teraz coś trudnego do rozwiązania, to przypominam sobie, jak wchodziłam na tę scenę i myślę, że jestem silna. Mogę dalej pracować.

JOLANTA MAĆKOWIAK-PIASECKA – księgarka i działaczka kulturalna. Wraz z mężem Marianem Piaseckim jest właścicielką księgarni Skład Kulturalny. Wiceprezeska Stowarzyszenia Przyjaciół Twórczości Jana Kasprowicza. Laureatka Nagrody Głównej Fundacji Kultury Polskiej za rok 2018.

CZYTAJ TAKŻE: Sprawy nie zawsze do śmiechu („Ale kino”)

CZYTAJ TAKŻE: Sputnik 2018

CZYTAJ TAKŻE: Książki na koniec roku 2018