fot. Wielkopolskie Muzeum Niepodległości

180 tysięcy pocisków – sprawdzone sowieckie rozwiązanie

Kiedy 28 czerwca 1956 roku Wojsko Polskie otworzyło ogień do poznaniaków, na ulicach pojawiły się plotki o Rosjanach w polskich mundurach. Rosjanie nie musieli jednak strzelać do demonstrantów – skutecznie dowodzili Polakami pacyfikującymi swoich rodaków.

Udział wojska w zdławieniu poznańskiej rewolty w 1956 roku to jedna z czarnych plam na mundurze żołnierzy Ludowego Wojska Polskiego. Fakt, że polscy żołnierze podnieśli broń i strzelali w stronę swoich rodaków, był szokiem dla Polaków – zwłaszcza tych, którzy pamiętali jeszcze nie tak dawną wojnę i niemiecką okupację. Nic dziwnego, że niejeden z nich próbował jakoś wytłumaczyć sobie to, co się zdarzyło.

Już wtedy, w ogniu ulicznych walk, pojawiły się pierwsze teorie spiskowe kierujące odpowiedzialność za ponad 50 zabitych w stronę „sojuszników” z Armii Radzieckiej. Skąd się wzięły i na ile odpowiadały prawdzie? 

„WOJSKO Z NAMI!”

Gdy 28 czerwca 1956 roku tuż przed południem na Jeżycach pojawiły się pierwsze czołgi z Oficerskiej Szkoły Wojsk Pancernych i Zmechanizowanych – wysłane do ochrony gmachu Wojewódzkiego Urzędu do spraw Bezpieczeństwa Publicznego – siedziba ubowców od dobrej godziny była oblegana przez rozsierdzonych poznaniaków.

 

Maszyny bojowe nie odstraszyły jednak demonstrantów ostrzeliwujących gmach WUdsBP. Cywile stawali na drodze niepewnie manewrujących pojazdów. – Wojsko z nami! – skandowali demonstranci.

Czerwiec 1956 r., Poznań. Źródło: Wielkopolskie Muzeum Niepodległości

Rozmowy z żołnierzami przyniosły skutek: czołgi zatrzymały się przed tworzonymi naprędce barykadami, a następnie wycofały. Niektórzy żołnierze dali się nawet rozbroić.

Wysłani ponownie, w większej kolumnie czołgów i wozów z osłaniającą je piechotą, żołnierze nie wykazywali już chęci do bratania się z tłumem. Zaatakowani fizycznie, w kilku przypadkach pobici wycofali się do koszar.

Poznaniacy atakujący siedzibę UB byli przekonani, że wojsko nie ruszy cywilów. Wrażenie to potęgował fakt, że kilku żołnierzy przyłączyło się do ostrzeliwania gmachu UB.

NA WNIOSEK ROKOSSOWSKIEGO

Dowódcy wojskowi już od wczesnego ranka wiedzieli, co się święci w mieście. Wzmocnili więc warty i ogłosili pogotowie we wszystkich jednostkach poznańskiego garnizonu, a także na wojskowych uczelniach: w Oficerskiej Szkole Wojsk Pancernych i Zmechanizowanych oraz w Centrum Wyszkolenia Służby Tyłów. Na nogi postawiono również 10. Pułk Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego.

Czerwiec 1956 r., Poznań. Źródło: Wielkopolskie Muzeum Niepodległości

Kierownik Wojewódzkiego Urzędu ds. Bezpieczeństwa Publicznego, pułkownik Feliks Dwojak oraz pierwszy sekretarz KW PZPR, Leon Stasiak już od godz. 9 domagali się od komendanta szkoły pancernej, by ten wysłał czołgi przeciw „prowokatorom”. Ale szef Głównego Zarządu Politycznego Wojska Polskiego w Warszawie gen. Kazimierz Witaszewski zakazał użycia wojska do akcji w mieście do czasu nowych rozkazów z MON-u.

 

Decyzję o wysłaniu wojsk do Poznania podjęło Biuro Polityczne KC PZPR, obradujące od godz. 10.

„Na wniosek Konstantego Rokossowskiego, sowieckiego marszałka, który w Polsce pełnił funkcję ministra obrony narodowej, postanowiono użyć wojska. Ale nie podchorążych z poznańskiego garnizonu, lecz regularnych oddziałów. Rokossowski doskonale wiedział, jak takie protesty tłumiło się w ZSRR. Dwa lata wcześniej Armia Czerwona spacyfikowała też Berlin. W NRD na ulice wyszło przeszło milion Niemców. Podobnie jak w Poznaniu chodziło tam o kwestie socjalne. Sowieci użyli artylerii, lotnictwa, na ulicach doszło do egzekucji” – opowiadał w rozmowie z „Polską Zbrojną” prof. Janusz Karwat, poznański historyk wojskowości.

W czerwcu 1956 roku na poligonie w Biedrusku ćwiczyli żołnierze 2 Korpusu Pancernego, który składał się z dwóch dywizji. Od swoich dowódców żołnierze usłyszeli, że w Poznaniu wybuchła kontrrewolucja. I że niemieccy rewizjoniści chcą odłączyć miasto od Polski.

„W odróżnieniu od poznaniaków żołnierze 2 Korpusu nie znali sytuacji w mieście. Wojsko z Biedruska dotarło do Poznania około godziny 15. Niedługo potem dołączyła do nich ta część 2 Korpusu Armijnego, która ćwiczyła na poligonie w Wędrzynie. Do tego doszły siły KBW ściągane niekiedy aż z Orzysza. W sumie w mieście pojawiło się 12 tysięcy żołnierzy i około dwóch tysięcy pojazdów, w tym 420 wozów bojowych: czołgów i transporterów opancerzonych. Dla porównania, gen. Wasilij Czujkow, który szturmował Poznań zimą 1945 roku, miał do dyspozycji siły o połowę mniejsze” – mówił prof. Karwat.

Moskwa miała doskonałe rozeznanie w sytuacji – wszystkie ważniejsze funkcje w polskiej armii pełnili wszak sowieccy oficerowie. W Poznaniu stacjonowały oddziały Armii Czerwonej, choć nie liniowe, a miasto – z powodu Międzynarodowych Targów Poznańskich – pozostawało pod szczególnym nadzorem służb radzieckich.

DZIAŁAĆ JAK W STALINGRADZIE!

Do Poznania wysłano wiceministra obrony narodowej, generała armii Stanisława Popławskiego – także Rosjanina.

„Popławski przyleciał na Ławicę, ściągnął do siebie wszystkich dowódców, zarządził odprawę, zrugał ich na czym świat stoi, założył sztab wojenny i nakazał stworzyć obóz filtracyjny. Słowem: poczuł się, jak na froncie” – relacjonował prof. Karwat. „Po południu, po konsultacji z generałem Wsiewołodem Straszewskim, dowódcą Śląskiego Okręgu Wojskowego, nakazał wojsku działać w oparciu o doświadczenia ze Stalingradu. Do rozbijania tak zwanych gniazd ogniowych używać nie karabinów, lecz w razie potrzeby armat i czołgów. Po takie środki żołnierze sięgnęli kilkakrotnie. Popławski zakładał nawet, że wykorzysta ciężką artylerię, jeśli demonstranci opanują gmach UB. Do tego jednak nie doszło, bo wojsko zdołało go odblokować wcześniej”.

Zanim około godz. 14 Popławski wraz z zespołem stworzonym do pacyfikacji wylądował na lotnisku Ławica, szef Sztabu Generalnego gen. Jerzy Bordziłowski (kolejny Rosjanin w Wojsku Polskim) przekazał już komendantowi poznańskiej szkoły pancernej rozkaz „użycia broni przeciw prowokatorom”.

Czerwiec 1956 r., Poznań. Źródło: Wielkopolskie Muzeum Niepodległości

Gdy gen. Popławski był już w mieście, rozkazy wymarszu na Poznań zdążyły już dotrzeć do czterech dywizji wojska. Były to dwie dywizje pancerne (19. i 10.) ćwiczące na poligonie w Biedrusku, a także dwie dywizje piechoty (4. i 5.), które były na poligonie w okolicach Słubic.

Pierwsza grupa czołgów z 19. Dywizji Pancernej weszła do miasta około 13.30. Pancerniacy pobłądzili i znaleźli się w rejonie walk. Dwa czołgi dostały się w ręce zbuntowanych poznaniaków, którzy rozpoczęli z nich ostrzał pojazdów szkoły oficerskiej, wysłanych w kolejnej już odsieczy dla ubeków.

Główne siły pancerne weszły do miasta po południu, między 16 a 18 – od północy i wschodu. 19. Dywizja Pancerna miała oczyścić z rebeliantów okolice WUdsBP przy Kochanowskiego, zlikwidować tamtejsze barykady i objąć ochroną najważniejsze budynki w mieście.

 

Żołnierze byli po kilkugodzinnych „kursach politycznych” – przekonani, że za rebelię odpowiadają „zachodni dywersanci”, którzy przyjechali na Międzynarodowe Targi Poznańskie i chcą oderwać Poznań od Polski.

Tak urobieni czołgiści parli do przodu, nie żałując gazu łzawiącego. Poznaniacy odpowiedzieli butelkami z benzyną. Nie dowierzali, że atakuje ich polskie wojsko – to właśnie wtedy pojawiły się pierwsze pogłoski, że bunt robotników tłumi Armia Radziecka, przebrana w polskie mundury. Niektórzy zaklinali się nawet, że słyszeli wypowiadane po rosyjsku słowa…

Tymczasem miasto pacyfikowały polskie jednostki, dowodzone przez Rosjan. 

BEZ SZANS

Oblegani ubowcy w gmachu przy ul. Kochanowskiego zostali odblokowani przez pancerniaków dopiero około 17.30. Wojsko miało potężną przewagę ognia. Blisko 1800 żołnierzy 19 Dywizji Pancernej weszło do Poznania wraz ze 130 czołgami i działami pancernymi. Do miasta wkraczały kolejne jednostki, ograniczając do minimum szanse uzbrojonych w nieliczne karabiny cywilów (broń zdobyli w więzieniu na Młyńskiej i w punktach przysposobienia wojskowego).

Około godz. 20 do Poznania weszły 10. Dywizja Piechoty oraz 4. Dywizja Piechoty. Do północy wojsko opanowało m.in. ZISPO (zakłady Cegielskiego) oraz Międzynarodowe Targi Poznańskie. Jakby tego było mało, jeszcze tej samej nocy do Poznania wysłano z poligonu w Lubuskiem żołnierzy 5. Dywizji Piechoty. Oczyszczali miasto z ostatnich rebeliantów, uczestniczyli też z UB i milicją w przeprowadzaniu aresztowań.

Walki poznaniaków z wojskiem, które przerodziły się w coraz bardziej sporadyczne ataki, trwały całą noc z 28 na 29 czerwca. Nie zapobiegła im wprowadzona w nocy godzina milicyjna. Grupy szturmowe KBW i milicji zaatakowały w sumie 29 stanowisk oporu powstańców. Wojsko niszczyło stanowiska strzeleckie ogniem czołgów i zwartych kolumn piechoty, ale pod wpływem dowódców zmieniło taktykę: nacierało małymi grupami szturmowymi.

Od godz. 1.30 w różnych punktach miasta zaczęto aresztowania. Zatrzymanych przewożono do tak zwanego punktu filtracyjnego na Ławicy, gdzie byli brutalnie przesłuchiwani, bici i poniżani

186 KARABINÓW

Czerwiec 1956 r., Poznań. Źródło: Wielkopolskie Muzeum Niepodległości

29 czerwca 1956 roku nad ranem miasto było już spacyfikowane. Według IPN podczas walk na ulicach Poznania zginęło w sumie 57 osób, a jedna zmarła później w wyniku odniesionej rany. Strzały w mieście zdarzały się jeszcze w kolejnych dniach. Dwukrotnie zaatakowano np. żołnierzy rozlokowanych w parku Kasprzaka (dziś Wilsona).

Obie dywizje piechoty oraz pancerniaków wycofano z ulic miasta na poligony po pogrzebach ofiar, które zorganizowano 30 czerwca. Dłużej pozostał w Poznaniu tylko jeden z pułków 10. Dywizji Piechoty, skierowany do ochrony gmachu UB, komitetów partii, rozgłośni radiowej i elektrowni. Żołnierze pilnowali ich do 3 lipca. Nadzór wojska nad kluczowym ZISPO trwał do 10 lipca.

 

Jak szacują historycy, władza ludowa użyła przeciw poznaniakom prawie 10 tys. żołnierzy oraz 390 czołgów i dział pancernych. Z raportów wynika, że wojsko wystrzelało 180 tysięcy pocisków, z czego 160 tysięcy zużyli żołnierze 2 Korpusu Pancernego ściągnięci z Biedruska.

Piotr Bojarski, „Juni”, Wydawnictwo Miejskie Posnania, Poznań 2016

Liczbę powstańców – uzbrojonych bądź nie poznaniaków, atakujących gmach UB i walczących z wojskiem – trudno oszacować. Było ich co najmniej kilkuset – na pewno więcej niż używanej przez nich broni. Wiadomo, że w ich rękach znalazło się łącznie 186–188 sztuk głównie karabinów, a także trochę granatów i butelek z benzyną.

Dwa dni po „czarnym czwartku” na trzech poznańskich cmentarzach odbyły się ciche pogrzeby ofiar, pilnie śledzone przez ubeków. Oficjalne uroczystości pogrzebowe z udziałem premiera Józefa Cyrankiewicza zaaranżowano na Cytadeli. Znamienne, że przemawiając nad grobami ofiar, sekretarz KC PZPR Edward Gierek w pierwszej kolejności oddał hołd „bohaterskim obrońcom praworządności ludowej”.

 

Wykorzystałem m.in. fragmenty wywiadu z prof. Januszem Karwatem „Trauma Poznańskiego Czerwca”, opublikowanego na stronie polska-zbrojna.pl.

 

PIOTR BOJARSKI – pisarz i publicysta, autor m.in. książki „1956. Przebudzeni”, a także powieści o Poznańskim Czerwcu, zatytułowanej „Juni”.

 

CZYTAJ TAKŻE: Ostatni żart Tymfa

CZYTAJ TAKŻE: To nie był anty-Katyń

CZYTAJ TAKŻE: Przed Czerwcem był Maj. Protest studentów w 1946 r.