fot. studenci niosą żądania uwolnienia żaków z Krakowa; ze zbiorów IPN

Przed Czerwcem był Maj

Już w maju 1946 roku na placu Kolegiackim w Poznaniu władza komunistyczna pokazała, na co ją stać – siłą aresztowano kilkuset demonstrujących studentów. Wtedy obeszło się jeszcze bez ofiar.

Wszystko zaczęło się 3 maja 1946 roku. Tego dnia studenci wielu polskich miast wyszli na ulice. Byli wzburzeni, bo komuniści w ostatniej chwili odwołali uroczyste obchody święta 3 Maja, choć dzień ten ciągle był oficjalnym świętem państwowym. Władze Polski Ludowej obawiały się jednak, że uroczystości te przyćmią 1 Maja, a być może przekształcą się też w demonstracje antyrządowe. Obchody trzeciomajowe celowo zredukowano więc do zawodów sportowych, odczytów i nabożeństw.

Studenci połapali się w manipulacji władz. Do największego protestu doszło w Krakowie. Tłumiąc studenckie demonstracje, władze wyprowadziły na ulice wojsko, które strzelało z broni maszynowej do tłumu.

Po Polsce krążyły wtedy plotki, że podczas pacyfikacji w Krakowie – ponoć z udziałem sowieckich czołgów – zginęło wiele osób. W aktach WiN-u mówi się o 8–15 zabitych. Ofiary śmiertelne odnotowano także w Łodzi i we Włocławku.

Brutalność władz była benzyną dolaną do ognia. Po stłumieniu protestów w Krakowie kontynuowali je uczniowie z Chrzanowa, Jaworzna i Wieliczki, a także żacy z Poznania, Wrocławia, Trójmiasta, Torunia i Warszawy. Tym razem zbierali się w obronie studentów aresztowanych przez władze w Krakowie.

PROSTY GEST SOLIDARNOŚCI

Jeszcze 3 maja 1946 roku w Poznaniu panował względny spokój. W mieście zorganizowano jedynie małą akademię w auli Uniwersytetu Poznańskiego, która zgromadziła około 250 osób. Wprawdzie ludzie zaczęli się gromadzić na placu Wolności, bardzo szybko jednak rozeszli się do domów.

O wydarzeniach w Krakowie większość poznaniaków dowiedziała się z zachodnich rozgłośni radiowych – i od wracających z ferii studentów. Duży wpływ na zorganizowanie demonstracji w Poznaniu mieli emisariusze krakowscy: młoda kobieta i młody mężczyzna widziani w domu akademickim przy Świętym Marcinie 7.

Na gest solidarności ze studentami Krakowa zdobyli się żacy z Uniwersytetu Poznańskiego oraz Akademii Handlowej.

 

Odmówili udziału w zajęciach, a 13 maja 1946 r. zebrali się o godz. 15 na placu Mickiewicza, przed aulą UAM, skąd ruszyli w miasto, kierując się na plac Kolegiacki, gdzie mieścił się wówczas Urząd Wojewódzki.

Według akt MO i UB w pochodzie studentów przez Poznań wzięło udział od 1000 do 1500 osób. Z raportów bezpieki wynika, że studenci przeszli dwukrotnie przez centrum Poznania, niosąc transparent: „Żądamy uwolnienia kolegów w Krakowie”. Szli m.in. przez dzisiejszy plac Cyryla Ratajskiego, plac Wolności, ulice Święty Marcin i Armii Czerwonej [w 1946 r. nazwę tę nosił fragment Św. Marcina – red.], Wałami Batorego [dziś al. Niepodległości] i ulicą Fredry.

Marcin Podemski, badacz tego tematu z poznańskiego IPN-u ustalił jednak, że świadkowie wydarzeń nie potwierdzili dwukrotnego marszu studentów przez centrum. Prawdopodobnie na plac Kolegiacki zmierzały po prostu różne grupki studentów. 

WŁADZA REAGUJE BRUTALNIE

Studenci zgromadzili się na placu Kolegiackim, by wręczyć petycję wojewodzie Feliksowi Widy-Wirskiemu. Ostatecznie przyjął ich wicewojewoda Grosicki, zapewniając, że żacy będą mogli spokojnie się rozejść. Rzeczywistość okazała się jednak inna: uczestnicy demonstracji zostali otoczeni przez milicję konną. A z grupy zostali wyciągnięci rzekomo „najbardziej agresywni” studenci.

Milicja na koniach rozpędza studentów na Świętym Marcinie, 13 maja 1946 r.; ze zbiorów IPN

Elżbieta Weymanowa, wówczas studentka I roku Wydziału Lekarskiego UP, wspominała:

 

„Na placu, przed gmachem Województwa, zaczęliśmy skandować: «Woje-woda! Woje-woda!» Urząd ten pełnił Widy-Wirski, lekarz z zawodu, a «czerwony» z przekonań. Nie reagował na nasze wezwania. Plac natomiast zaczęły otaczać wojskowe ciężarówki, wypełnione żołnierzami. Zaczęło się robić tłoczno. Powoli wojskowi i ubecy w cywilu zaczęli wyłuskiwać z tłumu pojedynczych mężczyzn. Najpierw tych w okularach, battle-dresach i jasnych, rzucających się w oczy prochowcach (taką mieli metodę). Pojmanych wyprowadzali do samochodów. Wśród nich znalazł się również mój przyszły mąż. […] Okazało się, że wśród zatrzymanych byli również niezwiązani z manifestacją gapie. Przechodnie, przyglądający się bacznie zamieszaniu, pozdrawiali wiezionych na ciężarówkach – zdejmowali kapelusze i wznosili okrzyki solidarności. Rozbawiła nas historia naszego kolegi Kazia, który wcale się na pochód nie wybierał, ale był zakochany w koleżance Marysi. «Co ty, Kazik, tchórzysz?» – pytaliśmy zaczepnie. Kazik poszedł więc z nami, głośno krzyczał, a ponieważ miał też jasny prochowiec jako jeden z pierwszych został przez ubowców wyłuskany z tłumu. Przesiedział w areszcie kilka tygodni”.

Wszystkich zatrzymanych załadowano na ciężarówki. 330 osób zawieziono do komendy wojewódzkiej MO na Focha (dziś budynek szkoły katolickiej przy ul. Głogowskiej), a kolejne 303 do Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego na Kochanowskiego. Skala aresztowań w Poznaniu była ogromna, nieporównywalna z innymi protestami solidaryzującymi się z Krakowem.

„WOJEWODA DOSTAŁ BURZĘ GWIZDÓW”

Następnego dnia wojewoda Widy-Wirski przyjechał na Uniwersytet na spotkanie ze studentami. Doszło do niego w obecności rektora – prof. Stefana Dąbrowskiego. Aulę uniwersytetu otoczyły oddziały Korpusu Bezpieczeństwa Publicznego pod bronią.

 

„Ku naszemu zaskoczeniu, budynek otaczał kordon żołnierzy KBW, z pepeszami skierowanymi ku nadchodzącym studentom. Na schodach i balkonach pełno już było studentów skandujących: «Chodź-cie do nas!» Jednakże każdy podchodzący bliżej wahał się. Co robić? Ja pomyślałam, że mimo wszystko żołnierz nie strzeli przecież do przechodzącej studentki, na placu pełnym gapiów. Poderwałam się więc i przebiegłam między żołnierzami, pociągając za sobą całą gromadę ludzi” – wspominała Elżbieta Weymanowa. – „W auli kłębił się tłum. Staliśmy ciasno stłoczeni. Okazało się, że wśród nas jest kilku wypuszczonych z komendy milicji kolegów. Nagle, obok mnie zrobił się ruch. Ktoś mówił cicho: «Proszę przepuścić». Rozstąpiliśmy się. Wyprowadzono jakiegoś uzbrojonego mężczyznę, prawdopodobnie prowokatora. Głos zabrał rektor. Próbował nas uspokoić. Prosił o rozwagę i obiecywał poparcie. Pamiętam, że mówił: «My z panem wojewodą bardzo rzadko się widujemy, bo on i ja jesteśmy bardzo zajęci». Oklaskiwaliśmy go długo. Przemawiający zaraz potem wojewoda dostał burzę gwizdów”.

Demonstracja studentów w centrum Poznania, na ul. Armii Czerwonej; ze zbiorów IPN

Nic dziwnego, skoro według wojewody cała akcja była prowokacją przeciwników władzy ludowej. „Wszystko wskazuje jasno i logicznie na to, że ktoś tu inspirował, organizował, ustawiał, malował transparenty, podsycał nastroje […]. I dlatego należy w tej sprawie oddzielić podniecony tłum poczciwców i rozgorączkowanych naiwniaków od świadomego ośrodka dywersji i jej inspiratorów” – grzmiał Feliks Widy-Wirski w maju 1946 roku.

Udało mu się jednak zawrzeć porozumienie ze studentami. W myśl ustaleń żacy zrezygnowali z planowanego strajku, wojewoda natomiast obiecał, że zwolni wszystkich aresztowanych z wyjątkiem „prowodyrów” i odwoła ciężarówki milicyjne oczekujące już na zewnątrz na kolejnych studentów.

W ciągu dwóch dni większość zatrzymanych – po przesłuchaniach – została zwolniona. 23 maja 1946 r. w areszcie przebywało już tylko ok. 50 osób. Studenci ostatecznie wrócili do nauki.

„PROWOKATORÓW” BRONIŁ HEJMOWSKI

Studenci niosą żądania uwolnienia żaków z Krakowa; ze zbiorów IPN

W lipcu 1946 r. pięcioro studentów: Maria Łozińska, Tadeusz Palacz i Witold Zając (cała trójka żaków z Uniwersytetu Poznańskiego) oraz Ryszard Błaszkiewicz i Jan Kosmalski (studenci Akademii Handlowej) stanęli przed Wojskowym Sądem Rejonowym. Postawiono im jeden z najcięższych wówczas zarzutów: próbę zamachu na organy państwa. W najgorszym przypadku groziła za to śmierć.

Oskarżonych bronił m.in. Stanisław Hejmowski, słynny adwokat z przedwojenną jeszcze praktyką, który z urzędu bronił m.in. Arthura Greisera, hitlerowskiego namiestnika Kraju Warty, a potem – jesienią 1956 roku – reprezentował robotników, uczestników Poznańskiego Czerwca.

Oskarżeni studenci zostali skazani na pół roku więzienia w zawieszeniu na dwa lata, choć to nie oni zorganizowali protest. Przyłączyli się do niego spontanicznie, znaleźli się jednak na zdjęciach z pochodu, wykonanych przez agentów Urzędu Bezpieczeństwa. Bezpiece nie udało się wykryć bezpośrednich inspiratorów protestu.

 

Demonstrantów ukarano dodatkowo odebraniem im praw do głosowania w wyborach w 1947 roku, relegowaniem z uczelni czy wcieleniem do wojska.

Wszyscy skazani – poza Marią Łozińską, która wkrótce poważnie zachorowała – po relegowaniu z uczelni ukończyli studia w późniejszych terminach.

PIERWSZA LEKCJA

Demonstracja studentów w centrum Poznania, na ul. Armii Czerwonej; ze zbiorów IPN

Studenckie protesty z 1946 roku nauczyły czegoś władze Polski Ludowej: pod ich wpływem stworzono instrukcję rozpraszania demonstracji, którą po raz pierwszy wprowadzono w praktyce w czyn podczas wyborów w 1947 roku. Jak niedoskonały był to jednak dokument, komuniści przekonali się dziesięć lat później w Poznaniu, gdy na ulice wyszły dziesiątki tysięcy demonstrantów.

„Dla młodych ludzi lekcja maja roku 1946 stanowiła niejednokrotnie pierwsze bezpośrednie zderzenie z przemocą, brutalnością, własną bezsilnością, pierwszy krok na drodze pogodzenia z rzeczywistością, uległości, konformizmu, oportunizmu, czasem wręcz cynizmu – pamięć o tym była uwierająca” – napisała prof. Krystyna Kersten, badaczka początków systemu represji w Polsce Ludowej. Nic dziwnego, że wielu z ówczesnych studentów wyparło z pamięci swoje pierwsze polityczne zaangażowanie.

Temat protestów studenckich z 1946 roku wrócił dopiero w wolnej Polsce.

PIOTR BOJARSKI – pisarz i publicysta, autor m.in. powieści „Szmery”, „Cwaniaki”, „Biegacz” i „Pokuszenie”.

W artykule wykorzystałem m.in. tekst Kamila Dworaczka „Pierwszy bunt – maj 1946 roku” (polska1918-1989.pl), wspomnienia Elżbiety Weymanowej w „Meritum” (2/2004) oraz tekst dra Piotra Grzelczaka opublikowany na kultura.poznan.pl.

 

CZYTAJ TAKŻE: Generał z Poznania w okopach Unii

CZYTAJ TAKŻE: Z chmur do katyńskiego dołu. O życiu kapitana pilota Józefa Mańczaka

CZYTAJ TAKŻE: Zwycięskie, choć uratowane