fot. Dawid Tatarkiewicz

A w maju było jak w raju!

Rankiem (rzecz względna) szóstego dnia maja wybrałem się w teren. Przed dziewiątą byłem na miejscu. Dla niektórych to już prawie południe, dla drugich środek nocy.

Słoneczny poranek, a zanurzona w nim przyroda, pod wpływem ciepła, wypuszczała w powietrze aromatyczne zapachy charakterystyczne dla pełni wiosny. Było niemal bezwietrznie. Wczorajszym deszczem i pierwszą wiosenną burzą przyroda została odkurzona, przetarta z pyłów miasta i pyłków kwiatowych. Jeszcze nic nie zapowiadało tego, co miało nastąpić za chwilę…

Ptasie radio

Minąwszy tory kolejowe, stanąłem za tunelem od strony Woli i zacząłem nasłuchiwać. Długo nie czekałem, aż w tym samym aromatycznym powietrzu dał się słyszeć wyjątkowy, miły dla ucha koncert. Fletowe tony, gwizdy, kląskania. Tak charakterystyczne dla tego śpiewaka. Stałem jak wryty – jeszcze wczoraj go nie było, a w każdym razie: nie słyszałem go. Dziś nie żałował gardła i od samego rana rozpoczął swoje trele.

Stałem więc oczarowany, próbując go wypatrzyć w coraz bujniejszej tegorocznej zieleni. Bez skutku. Liście krzewów i niektórych drzew są już mocno rozwinięte, skończył się więc czas beztroskich obserwacji, prostych ze względu na brak liściastej osłony kryjącej ptasich bohaterów. Niemniej, by spokojnie odsłuchać koncert i móc go ocenić, nie trzeba widzieć solisty.

 

Tym bardziej, że tu nikt nie oszukuje, nie ma żadnego pójścia na łatwiznę, na skróty, wszystko odbywa się bez playback’u, na żywo i na najwyższym poziomie.

 

Z racji fotograficznej pasji, bywałem na niejednym koncercie w ludzkim świecie i rzadko się zdarzało, by mnie, byłego chórzystę, zachwycił jakiś wykonawca. W przyrodzie jest odwrotnie: tu zachwyca każdy śpiewak, każdy zna swoje rzemiosło i jest przygotowany do występu na najwyższym poziomie. Wchodząc przy tym niejednokrotnie na poziom, który penetruje obszary ludzkiego ducha. Reasumując: to nie sztuczki, ale sztuka.

 

Wykonawcą arii był słowik rdzawy.

Moje refleksje przerwał ochrypłym głosem grzywacz, który choć nie śpiewa, to i tak zachwyca. To przecież nasz największy gołąb. W końcu jednak ruszyłem się z miejsca. Trudno było opuścić ten występ, ale skoro jeden słowik już śpiewał, to w okolicy było ich zapewne więcej. Chciałem posłuchać i tych solistów.

fot. DawidTatarkiewicz

fot. DawidTatarkiewicz

W ostanim artykule pisałem o trznadlach, których dawno nie słyszałem. Na drugi dzień po oddaniu tamtego tekstu do publikacji, ptaki od razu zaczęły się odzywać. Śpiew trznadla towarzyszył mi też podczas dzisiejszej wędrówki. Nie uszedłem jednak daleko, a w oddali zamajaczyło mi jakieś „ku-ku”. 

 

„No, coś takiego!” – pomyślałem sobie.

 

Czyżby kukułki zaczęły śpiewać razem ze słowikami? A za chwilę nie było już żadnych wątpliwości. Kukanie powtórzyło się wyraźnie i mocno. Kukułki też już przyleciały i oznajmiły to całemu światu.

Zerknąłem na zegarek: dziewiąta trzydzieści – a już tyle zdążyło się wydarzyć! Stanąłem więc ponownie w miejscu, ale za chwilę omal nie usiadłem, gdyż coś zagwizdało mi nad uchem. A właściwie ktoś.

 

Proszę mi powiedzieć, kto gwiżdże pięknie, fletowo, pełną piersią, w maju? No kto? Tak, proszę Państwa: wilga.

I właśnie ów egotycznego piękna ptak, choć wcale nie tak łatwy do dostrzeżenia – mimo wyróżniającego się żółto-czarnego upierzenia samców – ten właśnie ptak, artysta najwyższych lotów, właśnie się odezwał. Mamy więc już skompletowane majowe trio: słowik, kukułka i wilga. Dodam, że inni spektakularni wykonawcy majowi – trzciniaki – przybyli tu dwa dni wcześniej.

Niespodziewanie coś zajęczało. Za chwilę jęczenie powtórzyło się. Chwyciłem za lornetkę, by przekonać się, że to on, mimo że pora jego największych jęków (taki zabawny, wyróżniający się w naszych lasach głos godowy) już minęła. Chyba jednak i jemu udzielił się ogólny nastrój, zachwyt, połączony z zadziwieniem. I postanowił dołączyć do chóru.

 

Tak odzywa się dzięcioł średni.

 

Ale to nie on przykuł moją uwagę (ciekawe określenie lingwistyczne: dzięcioł przykuwający uwagę!), ale następny mocny, nowy głos tej wiosny. Coś małego śpiewało donośnie, nowatorsko na tle dotychczasowego pozimowego chóru leśnego. No i rzeczywiście: kolejne dziś piękne zaskoczenie. Mianowicie: muchołówka żałobna. Smutna nazwa jak na tak wesołego ptaka, który przeplatał śpiew polowaniami na owady, które to owady też występują już w obfitości. Nazwa ta wynika zapewne z ubarwienia. Mimo że jest w odbiorze biało-czarne, nie nazwałbym go żałobnym, zwłaszcza w kontekście zachowania.

 

Wniosek z tego prosty: nie tylko ubarwienie powinno determinować nazwy nadawane przez ludzi, mimo że to ono, zgódźmy się, rzuca się nam w oczy w pierwszym rzędzie.

Nagle dał się słyszeć alarm wśród ptasiej gawiedzi. Chyba jakiś ptak drapieżny przeleciał w okolicy. Na chwilę zapadła cisza. Gdybym to teraz przeszedł ten fragment drogi, nie usłyszałbym zbyt wielu śpiewaków. Nie jest więc bez znaczenia dla obserwacji czas, który na nią poświęcimy. By wychwycić pewne niuanse, trzeba czasu.

Nowe powiedzenie

Doszedłem wreszcie do arcydzieła inżynierii bobrów, zlokalizowanego w olsie, po zachodniej stronie Rusałki. Tam, na kikutach olch, coś przesiadywało i żwawo śpiewało. Wierciło się przy tym, przelatując to tu, to tam. Obserwowałem tę pleszkę, zachwycając się jej pastelowoorchową barwą, której pozazdrościć mógłby jej niejeden zachód słońca. Ciekawe, że tutejsze pleszki żyją w zupełnie innym środowisku niż te z centrum miasta. Trochę podobnie, jak ludzie: jedni żyją w mieście, drudzy na wsi. Rozbawił mnie też obserwowany tu szpak, który całkiem pociesznie usiadł w rozwidleniu konarów.

Kaczki krzyżówki na tafli wody jeziora łabędziego oraz siedzące na drzewie, fot. Dawid Tatarkiewicz

Kaczki krzyżówki na tafli wody jeziora łabędziego oraz siedzące na drzewie, fot. Dawid Tatarkiewicz

 

Na tę okoliczność szybko zapisałem rym: zachwyciłem się szpakiem, który usiadł okrakiem.

Tego dnia słyszałem jeszcze pierwszy koncert żab zielonych, odnotowałem pierwszą w tym roku wypatrzoną zwinkę, o pięknie ubarwionych żywozielonych bokach ciała, a na jeziorze siedziały 54 łabędzie nieme. Kilka dni później były to już 62 ptaki.

Co za dzień, co za koncert! „W marcu jak w garncu”, „Kwiecień plecień poprzeplata, trochę zimy, trochę lata” i wreszcie powiedzonko, które niespodziewanie samo narodziło się w mojej głowie, kiedy ostrożnie, by nie przeszkadzać śpiewakom, opuszczałem „widownię” tego przyrodniczego spektaklu: W maju jak w raju!

Podziel się kulturą!
Ciekawe
Ciekawe
0
Świetne
Świetne
1
Smutne
Smutne
0
Komiczne
Komiczne
0
Oburzające
Oburzające
0
Dziwne
Dziwne
0