fot. ilustracja Pawła Jarodzkiego

Tożsamościowe machlojki

Książka Anny Markowskiej nie jest przedmiotem sensu sticto. Jest grą przedmiotu i tekstu. To leksykon tożsamościowych machlojek, które robią przeciąg w klaustrofobicznych, mieszczańskich przestrzeniach Poznania.

„Nie lękajmy się sztuki, nie miejmy wobec niej przesądów!” – to zawołanie podsumowuje wprowadzenie do nowej publikacji Anny Markowskiej „Sztuka podręczna Wrocławia. Od rzeczy do wydarzenia”. Autorka jest cenioną historyczką sztuki, która postanowiła zbudować książkę wystawkę – coś w stylu giveboksu czy, sięgając do ulubionej przez nią sztuki awangardowej i jej męskich frontmanów Duchampowskiej „La Boîte−en−Valise” (1936–1941) – przenośną formę ekspresji dla przechowania w niepewnej sytuacji wojny zreprodukowanych przedmiotów.

Markowska znalazła kilka uzasadnień dla podręcznego formatu, w jaki wpisała powojenną sztukę Wrocławia. Pierwsze z nich wiąże się z kontekstem Ziem Odzyskanych, który pozbawił opisywane przez nią miejsce historycznej ciągłości, otworzył je na przygodność oraz kulturowe zróżnicowanie. Drugie to refleksja nad transformacją w Polsce, która przemieniła stan „socjalistycznego niedoboru” w „kapitalistyczną nadprodukcję”.

Wymiar ekonomiczny, społeczny i kulturowy tej zmiany autorka wiąże ze „zwrotem ku rzeczy” w pogrążonych w kryzysie naukach humanistycznych – ze zbliżeniem historii sztuki z praktykami antropologów oraz etnografów, dla których wejście w wymiar codzienności, mobilność i programowy brak egzaltacji w stosunku do opisywanego świata od początku stanowiły sprawy priorytetowe, choć niestety nie chroniły przed postawą kolonizatorską.

 

Tymi drogami Anna Markowska dochodzi do osobistej perspektywy opowiadania o powojennej sztuce Wrocławia, stawiając na „działanie oddolne, wyzwalające radość i afirmację tego, co nas otacza poprzez umiejętność zaskoczenia: nic nie jest takie, jak się wydaje. Wiadro, balia czy balonik mogą się stać czymś zdumiewającym!”.

Oczywiście ta książka nie jest przedmiotem sensu sticto! Jest grą przedmiotu i tekstu. Pomysłowość autorki w sprowadzeniu sztuki z cokołu do czegoś w zasięgu ręki, jej fascynacja „rzeczami okołoartystycznymi” wyrażone zostały z nabokowską wprost zręcznością językową.

Historia „uprzedmiotowionej” sztuki opowiadana jest nam po zakreśleniu ram teoretycznych, w części hasłowej, nielinearnie, poprzez algorytm treści ułożonych quasi-alfabetycznie, począwszy od litery „r”. Jakkolwiek zmiana narracji się udaje, to odnoszę wrażenie, że na drodze do radykalnego odczarowania sztuki znajduje się przeszkoda w postaci modernistycznej koncepcji dzieła, która towarzyszy historykom sztuki jak widmo.

I u Markowskiej niekiedy wprowadza ona dezorientację w ruch przemiany i – poprzez różnego typu mapowane przez nią obrzędy, rytuały i ceremonie – okazuje się na powrót przemieniać rzeczywistość w sztukę: doskonały zamrożony kadr, w którym pełno jest rozwibrowanego, tanecznego ruchu… myśli. Ale też namaszczone i zmitologizowane zostają rzeczy nieistotne z punktu widzenia estetycznej koncepcji sztuki, co odsłania szaleńcze pęknięcie w akademickiej świadomości badaczki, najbardziej dla mnie interesujące, gdyż odzwierciedlające niespójność naszego świata i potrzebę nowych struktur wiedzy.

 

HETEROGENICZNE AKCENTY POZNAŃSKIE

 

„No dobrze” – mogą teraz powiedzieć czytelniczki i czytelnicy Kultury u Podstaw – „Ale jak książka o sztuce wrocławskiej ma się do Wielkopolski”?

Anna Markowska „Sztuka podręczna Wrocławia. Od rzeczy do wydarzenia”

Anna Markowska „Sztuka podręczna Wrocławia. Od rzeczy do wydarzenia”, Wrocławski Program Wydawniczy, 2018.

Ma się z co najmniej dwóch powodów. Pierwszy jest tematyczny i odnosi się do jej wątków poznańskich. Przytaczając je, poprzez buszowanie w książce Markowskiej, tworzymy własny tekst, który wydobywa jej bardziej uniwersalny potencjał – dekonstrukcję mieszczańskiej narracji na temat tego miasta. W następnym etapie chodziłoby o tworzenie alternatyw – nie tylko dla opowiadania, ale i skutecznego działania w najbliższym, miejskim otoczeniu.

Trafiamy na buty w Galerii pod Moną Lisą, które „przeprowadzają” nas przez ogólnopolskie spustoszenia powojennej antysemickiej polityki historycznej naszego kraju, pokazują udział poznańskiego artysty w historii wrocławskiej awangardy, a zarazem odsłaniają poziom czasoprzestrzennej metanarracji.

Dowiadujemy się, że w 1968 roku w legendarnej galerii awangardzistów wrocławskich poznański artysta, Jarosław Kozłowski, „na wystawie zatytułowanej «Sytuacja» postawił na podłodze – zmienionej w olbrzymią szachownicę – wiele par butów. Szachownica została wyrysowana kredą, w niektórych polach pojawiały się różne, także narysowane kredą, liczby. Część butów mieściła się w kwadratowych polach, część wysypano w duży stos. Znoszone buty, dość starannie ustawione na polach szachownicy, zmierzały w różnych kierunkach, jakby po skończonej grze musiały rozpierzchnąć się po świecie lub – jakby zostały porzucone i bez właściciela. Rok 1968 dla ukazania «Sytuacji» nie był oczywiście przypadkowy – chodziło o exodus wielu tysięcy Żydów, zmuszonych do opuszczenia kraju”.

Drugie hasło, graffiti exclusive teleportuje nas z kolei do historii najnowszej, pokazując anarchistyczne działanie artysty wrocławskiego w Poznaniu: „Elegancko wykonane tablice pamiątkowe, do zawieszenia na murze lub ścianie tworzy Jerzy Kosałka w serii «Graffiti exclusive». Klasyczną antykwą wykonane wulgarne napisy głoszą np.: ‘Baby to chuje’, ‘Jebać rząd’, ‘Radio ma ryja’ lub ‘CHWDP’. Tablica z tym ostatnim napisem zawisła kiedyś na ścianie poznańskiej komendy, została bowiem przymocowana przez artystę na fasadzie Komendy Policji w Poznaniu. Całość akcji nagrano, a film został pokazany przez artystę na 13. edycji Przeglądu Sztuki SURVIVAL (2015) pod wszystko wyjaśniającym hasłem przewodnim «Czyny zabronione». Pracę opatrzono komentarzem: «Czy zatem akcja artysty jest zwykłym aktem wandalizmu? Czy też dostojna forma napisu upoważnia artystę do umieszczania tego rodzaju treści na elewacji gmachu użyteczności publicznej? Sporym zaskoczeniem było, że funkcjonariusze publiczni dość długo się nie zorientowali, iż podrzucony im został niechciany prezent»”.

Kosałka, jeden z twórców legendarnej grupy LUXUS, słynącej z psot o politycznym zacięciu, gościł w poznańskiej Anarchistycznej Klubokawiarni Zemsta w 2014 roku. Miejsce to znane jest z antykapitalistycznego ostrza wymierzonego w system, którego wszyscy jesteśmy częścią oraz czujnego mapowania współczesnych strategii oporu.

Anna Markowska „Sztuka podręczna Wrocławia. Od rzeczy do wydarzenia”

Ilustracja Pawła Jarodzkiego do książki Anny Markowska „Sztuka podręczna Wrocławia. Od rzeczy do wydarzenia”.

Pamperki zjawisko poznańskie – również odnoszą się do tego kontekstu, przypominając dawne gwary i jarmarczne, analogowe rzeczywistości: „Choć Jan Jaromir Aleksiun istnieje w świadomości obserwatorów życia plastycznego miasta głównie jako plakacista i grafik, ważną rolę w jego twórczości odgrywają niewielkie makietki (wielkości – jak obrazowo ujął to Mirosław Ratajczak – nieprzekraczającej pudełka od butów). Artysta komponuje różne quasi-teatralne, narracyjne scenki z różnych elementów gotowych, w tym zabawek. Jak wyjaśniał Ratajczak: „To, co składa się na aranżację danej sytuacji, co ją dopowiada stosownym szczegółem, wyszło przeważnie spod ręki artysty, ale już «protagoniści dramatu», postacie ludzi i zwierząt, są «kupne». Ich role grają plastikowe figurki ze sklepów zabawkarskich lub modelarskich, czasem podebrane z gier planszowych (w dzieciństwie, pamiętam, mówiliśmy na nie «pamperki», zapożyczając to słowo bodajże z gwary poznańskiej, ale dzisiaj to określenie już rzadko spotykane, no i kuda tamtym technologiom do dzisiejszych, nie mówiąc o różnorodności wzorów)”.

ALTERNATYWNY PRZEWODNIK PO POZNANIU?

Drugi motyw uzasadniający recenzowanie książki Markowskiej w tym miejscu jest kontekstowy. Pozwala zobaczyć jej treść w relacji do aktualnego myślenia i działania w Poznaniu w polu różnego typu przedmiotów, niekoniecznie i niewyłącznie ze swej natury artystycznych.

Być może za jakiś czas jej książka stanie się inspiracją do napisania przewodnika po Poznaniu na miarę współczesności, opisującego przedmioty i ludzi? Może znajdzie się jakieś feministyczno-aktywistyczne wcielenie Marcina Wichy – osoba, która opowie o losach tego miasta w erze końca ludzkiej cywilizacji bez ogródek, ale i z nadzieją na przyszłość?

Anna Markowska „Sztuka podręczna Wrocławia. Od rzeczy do wydarzenia”

Ilustracja Pawła Jarodzkiego do książki Anny Markowska „Sztuka podręczna Wrocławia. Od rzeczy do wydarzenia”.

Punktem odniesienia dla takiej opowieści mogłaby być postać Josepha Beuysa, reformatora społecznego, twórcy „poszerzonej definicji sztuki”, teorii „rzeźby społecznej” i environmentalisty, który w 1941 roku uczęszczał na wykłady z biologii i zoologii na zgermanizowanym poznańskim uniwersytecie, a od nazistowskiego zła rzekomo ocaliła go troska Tatarów, okazana po jego wypadku samolotowym. W innej swej książce Markowska omawia jego liczne akcje ekologiczne (ocalanie bagien, zalesianie świata), zauważając, że niemiecki artysta był jednym z tych, którym chodziło o „zredukowanie działań estetycznych po to, aby zwrócić uwagę na otoczenie”.

Od 2018 roku w Poznaniu przy ul. Głogowskiej 27 działa Po-dzielnia, freeshop oraz centrum edukacyjno-kulturalne prowadzone przez aktywistki: Kalinę Olejniczak, Kasię Wągrowską, Anię Kaczmarek, Darię Mielcarzewicz, Agatę Markisz i i aktywistę Wojtka Jurkowlańca we współpracy z Fundacją Pro terra. Jak czytamy na stronie miejsca w mediach społecznościowych: „Główną ideą projektu jest wydłużenie życia przedmiotów, ograniczenie konsumpcjonizmu, promowanie upcyklingu i umiejętności naprawiania przedmiotów. Po-Dzielnia jest miejscem wykładów, warsztatów i wystaw związanych z tematyką nadmiaru przedmiotów i nadawania im nowego życia”

Stoją tam giveboksy, a zatem regały działające według zasady give-and-take. Zmiana wzorców konsumpcji promowana jest również na poziomie ideowym. Niedawno w Po-dzielni odbył się wykład profesora Andrzeja W. Nowaka „Dlaczego w systemie kapitalistycznym opłaca się śmiecić?”. Mówił on o nieopłaconych kosztach pracy, uspołecznianiu potomstwa czy zrywaniu kulturowej ciągłości między kolejnymi pokoleniami. To wszystko bowiem dzieje się w ramach systemu ekonomicznego, w którym żyjemy. Kreślił przy tym perspektywę nie tyle katastroficzną, co sprawiedliwościowo-organizacyjną, która pozwala widzieć „każdą reklamówkę, której używamy jako część globalnej ekonomii”.

Diana Lelonek, absolwentka Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu i tegoroczna laureatka Paszportów „Polityki” w dziedzinie sztuk wizualnych w udzielanych ostatnio wywiadach podkreśla, że rolą artystów jest dziś oddolne tworzenie alternatyw i wizji przyszłości. Zmiana praktyk artystycznych nie zawsze okazuje się jednak prosta i oczywista, czego przykładem są prace artystki z cyklu „Center for the Living Things”. To kolekcja obiektów, jak buty czy torby, porosłych mchem i roślinami.

Znalezione w nowych ekosystemach obiekty zostały następnie muzealnie „zaramowane” poprzez wstawienie w gabloty i opatrzenie metryczkami. Nie jestem pewna, czy oświeceniowy porządek, który przyczynił się do wyalienowania sztuki w estetyce coraz bardziej „odczapionej” od rzeczywistości jest najszczęśliwszym pomysłem na konieczną dziś nowomaterialistyczną alternatywę.

Przecież w biogramie destruktów naszej cywilizacji powinien zarazem zostać uwzględniony fakt, że postapokaliptyczne biotopy rodzą jakieś kwiaty i owoce, a przez diagnostyczną szybę gabloty możemy jedynie obserwować nieco kryminalny spektakl. Bo te znalezione przez Lelonek przedmioty jawią się w nich niczym wypreparowane i zabezpieczone dowody zbrodni, za które, z powodu ich dystansu, nie możemy wziąć odpowiedzialności.

Projekt „Hałda rokitnikowa”,w ramach którego artystka zebrała owoce rokitnika z terenów poodkrywkowych i przerobiła je na sok, opiera się na cyrkulacji. Skłania do zastanowienia się nad powrotem tego samego w erze suszy, nadmiernych wysypisk śmieci, cmentarzysk cywilizacji. Wypijamynawarzone piwo przemienione w superfood.

 

Kapitalizm nie zdechnie, sugeruje praca artystki – obejmie obszary piekielnie wyniszczone i będzie konkurował ze spółdzielczymi formami produkcji i dystrybucji.

WSPÓLNY MIANOWNIK

Anna Markowska „Sztuka podręczna Wrocławia. Od rzeczy do wydarzenia”

Ilustracja Pawła Jarodzkiego do książki Anny Markowska „Sztuka podręczna Wrocławia. Od rzeczy do wydarzenia”.

Widzę wspólny mianownik w tym, co robi Diana Lelonek w sztuce i Anna Markowska w nauce. Ta ostatnia nigdy zresztą nie kryła, że palmę pierwszeństwa woli oddawać artystom, chyba że jest to Aby Warburg, autor „Atlasu Mnemosyne” (1924–1929), który na ciemnych planszach achronologicznie przedstawił wizualnie życie po życiu interesującej go kultury antyku. Co więcej, jego atlas był rezultatem procesu samouzdrawiania z szaleństwa przy pomocy wiedzy zdobytej od Indian.

Wspominając jego pobyt w klinice psychiatrycznej, w trakcie poznańskiej promocji książki „Art brut różnorodnie” pod redakcją Joanny Daszkiewicz i Sonii Rammer, Markowska zbudowała ciekawy pasaż określający tożsamościową wywrotkę autora wielu pomysłów przełożenia myślenia o sztuce na kategorie materialistyczne – „z przedmiotu badania stał się podmiotem uleczenia”.

Wspólna dla Markowskiej i Lelonek płaszczyzna to bycie w procesie „unlearning”. Dla tej pierwszej oznacza ono oduczanie się tożsamości sztuki, która w swym tradycyjnym estetyczno-galeryjnym znaczeniu okazuje się coraz mniej społecznie potrzebna, dla tej drugiej – starych nawyków związanych z wytwarzaniem sztuki.

 

Badaczka uczy nas dostrzegać różnice, a artystka ma dużą intuicję, że stare praktyki należy jak najszybciej zastąpić nowymi, związanymi z koniecznością przetrwania w świecie stającym się radykalnie odmiennym od tego, który znamy.

Normatywizacja degradacji naszego otoczenia nie jest postawą etyczną. Tylko oduczanie się systemowo wdrukowanych i powtarzanych przez nas błędów pozwala zaangażować się i żegnać wampiryczne widmo pożerającego wszystko kapitalizmu.

Mam poczucie, że leksykon tożsamościowych machlojek, które robią przeciąg w klaustrofobicznych, mieszczańskich przestrzeniach, jest na wyciągnięcie ręki. Bo oprócz trykających się koziołków, w Poznaniu mamy też monitorki, tęczowe flagi z tramwajów na połamanych drzewcach, graffiti z peryskopem, miejską kanapę na Łazarzu, którą kiedyś uroczyście spalono w sylwestra, aby przerwać tradycję burd z policją, czy stiuki w farze, które reinterpretują autentyczność barokowego przepychu instytucji w kulturze śmieci.

Ciekawe, jaka genderowa kombinacja skryłaby się za hasłem „aktywistyczne pedałki poznańskie” i kto dziś wyznacza granice uprzedmiotowienia i upodmiotowienia. Kim jest Lizzy Strata? Jakich przedmiotów brakuje dziś w uniwersyteckich curriculach? Itp. itd.

O książce z Anną Markowską będzie okazja porozmawiać 8 lutego w Galerii Miejskiej Arsenał.

 

Anna Markowska „Sztuka podręczna Wrocławia. Od rzeczy do wydarzenia”, Wrocławski Program Wydawniczy, 2018.

 

CZYTAJ TAKŻE: Studenci UAP działają! Od przeprosin do sprawczości

CZYTAJ TAKŻE: Poznań pełen outsiderów

CZYTAJ TAKŻE: Kolektywne rysowanie wolności