fot. M. Adamczewska

Bajki na Zamku i opowieść o małym cesarzu z uschłą ręką

W 1905 odbyła się pierwsza wystawa fowistów, w 1910 zaczęło się ukazywać pismo „Der Sturm” poświęcone awangardzie: dadaizmowi, futuryzmowi i kubizmowi, a Wassily Kandinsky namalował „Pierwszą akwarelę abstrakcyjną”. W tym właśnie czasie budował się w Poznaniu średniowieczny Zamek.

5 milionów marek

585 pomieszczeń z 75-metrową wieżą kosztowało zawrotną sumę 5 milionów marek. Po uroczystym przekazaniu kluczy cesarzowi Niemiec Wilhelmowi II minister finansów Rzeszy podał się do dymisji, a architekt Franz Schwechten dostał Order Czerwonego Orła II klasy z dębowymi liśćmi.

 

Mimo powstania nikomu niepotrzebnej siedziby władcy, który odwiedził je zaledwie kilka razy, dla Poznania była to dosyć korzystna inwestycja, będąca konsekwencją tego, że z miasta wojskowej twierdzy otoczonej murami zyskał status miasta rezydencji, położonej na wschodnich rubieżach Rzeszy. Powstała nie tylko dzielnica cesarska, ale również uwolniono spod wojskowej jurysdykcji tereny znajdujące się do tej pory poza miastem.

Zaczęto budować kamienice i wille na Jeżycach, Wildzie i Łazarzu. Ceny ziemi poszybowały w górę z astronomiczną prędkością i niektórzy dorobili się na spekulacji gruntami niemałych fortun. Jednym z nich był Heliodor Święcicki, który zgromadził imponujący majątek, a potem przekazał wszystko na rzecz poznańskiego uniwersytetu, zostając pierwszym rektorem tej uczelni. A działo się to osiem lat po pełnej przepychu ceremonii wręczania przez architekta Schwechtena kluczy do Zamku cesarzowi Niemiec.

 

fot. M. Adamczewska

fot. M. Adamczewska

Przygotowując się do napisania kryminału z okazji stulecia powstania uniwersytetu poznańskiego, miałam niezwykłą przyjemność czytania gazet z tamtego okresu. Przeglądałam artykuły z pierwszych stron i udzielał mi się niezwykły entuzjazm ludzi, na których oczach historia zakręciła koło. Zamek miał sławić niemiecką kulturę, germańską potęgę i wielkość cesarza, nie raz wypowiadającego się o Polakach z wielką pogardą, a stał się pierwszą siedzibą wielkopolskich władz miasta i niektórych wydziałów polskiego uniwersytetu.

Historia jeszcze raz się obróciła, dwadzieścia lat później wkroczyli naziści. Zamek ucierpiał podczas działań wojennych, ale udało się go odbudować i mamy do dziś w Poznaniu najmłodszy zamek w Europie.  Kiedy śledziłam jego historię, czytałam teksty dotyczące architektury Zamku i oglądałam go z każdej strony, uwagę moją zawsze przykuwał nie balkon, z którego miał przemawiać wódz Trzeciej Rzeszy, co zawsze interesuje wszystkich zwiedzających, ale… postacie z bajek.

 

fot. M. Adamczewska

fot. M. Adamczewska

Można się ich doszukać w rzeźbach i płycinach wkomponowanych w ściany fasady budynku. Obchodząc go dookoła, łatwo wypatrzyć Czerwonego Kapturka z wilkiem, Jasia i Małgosię, psa z kiełbasą, lisa i winogrona, kota i myszkę, i jak niektórzy utrzymują, Zygfryda ze smokiem lub Meluzynę. Zastanawia mnie do dziś, jak one się znalazły na takim dosyć ponurym gmaszysku.

Oczywiste jest, że Wilhelm II, cesarz II Rzeszy Niemieckiej, król Prus, książę Pomorza Zachodniego i Lauenburga, książę Dolnego i Górnego Śląska, wielki książę poznański, osobiście nadzorował projekt swojej nowej rezydencji. Sam wybrał średniowieczy kostium budowli, uznając styl romański za ten który najlepiej oddaje ducha germańskiego narodu i podkreśla spuściznę władcy jako potomka cesarzy i pomazańca bożego. Od niego wyszła również koncepcja wnętrz łamiąca ceremonialne reguły, szczegóły wystroju, nawiązania do innych siedzib władców.

Mnie jednak najbardziej zastanawia to, czy tylko wpływał na formę architektury i układ pomieszczeń, czy interesował się również bajkami, które znalazły się na ścianach Zamku. Oczywiście mogła być to jedynie inwencja architekta. Uznawano powszechnie, że baśnie, szczególnie te braci Grimm, przekazują mądrość ludową, a ta pomaga utrwalać germańską kulturę. Bez wątpienia wpisywałoby się to w program ideowy nowej siedziby. Ale czy tylko?

Wilhelma II dzieciństwo nie z bajki

Wilhelm II urodził się w 1859 roku. Przyszedł na świat po koszmarnym, pośladkowym porodzie. Lekarze ratowali ledwo żywą dziewiętnastolatkę – cesarzową Wiktorię, najstarszą córkę królowej Anglii. Dziecko nie oddychało i wyglądało na martwe. Ocuciła go dopiero bardziej przytomna położna. Podczas porodu jednak doszło u noworodka do zwichnięcia stawu łokciowego. Nikt nie był w stanie złożyć ręki niemowlęcia i chłopiec do końca życia pozostał niepełnosprawny.

 

W tamtych czasach mówiono, że uschła mu ręka.

Rzeczywiście do końca życia miał lewą dłoń wielkości rączki dziecka, a całość górnej kończyny osiągnęła długość ręki siedmiolatka. Żył i był sprawny, ale to nie wystarczało, gdy się było pierworodnym synem i potencjalnym następcą tronu.  A już na pewno nie w Prusach, gdzie panowały legendarne do dziś metody wychowawcze. Matka chłopca odrzuciła i nigdy nie polubiła.

 

fot. M. Adamczewska

fot. M. Adamczewska

Oddała go na wychowanie niezwykle surowym nauczycielom. Jeszcze gorzej było z jego rehabilitacją, która znalazła się rękach szarlatanów i przypominała bardziej tortury niż przywracanie do sprawności. Wykręcano mu ramię w specjalnych metalowych szynach, rażono prądem, okładano skórami martwych zwierząt. Chciał czy nie chciał, musiał jeździć konno. Wielokrotnie spadał i był z powrotem wsadzany na siodło.

Efekt drakońskich metod był taki, że konno jeździł bardzo dobrze, dobrze strzelał, sprawnie jadł widelcem, którego jeden szpikulec miał ząbki, służąc jednocześnie jako nóż, i wyrósł zdrowo na jednego z najgorszych cesarzy Niemiec. Dręczony i niekochany w dzieciństwie, stał się, jak podkreślają zgodnie wszyscy historycy, niedojrzałym emocjonalnie człowiekiem, z „fiołem” (jak to określił jeden ze znanych mi profesorów) na punkcie swojej wielkości.

Niektórzy w jego zachowaniu dopatrywali się nawet pewnych znamion choroby umysłowej, przypisując ją genom. Wilhelm II był bowiem spokrewniony z niezrównoważonym psychicznie carem Pawłem I i ze znanym ze swojego szaleństwa królem Anglii Jerzym. Trudno to ocenić, ale na pewno przeszedł do historii jako siewca konfliktów i „podpalacz świata”. I o ile nie jemu bezpośrednio przypisuje się wywołanie pierwszej wojny światowej, to na pewno jej sprzyjał. Niezwykle łatwo dawał się podpuszczać wykorzystującym go generałom i armii, a ta stopniowo pozbawiała go władzy, aby w końcu doprowadzić abdykacji.

 

fot. M. Adamczewska

fot. M. Adamczewska

Nie sposób rozstrzygnąć, jak bardzo kalectwo, brak miłości matki i wychowanie wpłynęło na życie Wilhelma II, ale niejeden z dzisiejszych psychologów dziecięcych miałby powody do chwytania się za głowę. Wracając do bajek. Czy cesarz sam o nich wspomniał architektowi? Czy ktoś jednak mu je czytał? Czy zwyczajnie pasowały do Zamku, w którym jest przecież tron cesarski dźwigany przez dwa słonie?

Tego się nie dowiemy, ale za to możemy obejrzeć Jasia i Małgosię, stojąc na ulicy Kościuszki; lisa z winogronami, zadzierając głowę na Dziedzińcu Różanym; Czerwonego Kapturka od strony alei Niepodległości i po tej samej stronie figury psa z kiełbasą w pysku i kota z myszką w pazurach.

O tych bajkach porozmawiam z panią Krystyną Adamczak, właścicielką niezwykłej i cudownej Księgarni z Bajki.

 

Joanna Jodełka: Podobizny braci Grimm swego czasy były na tysiącmarkowym banknocie. To cenne wyróżnienie, świadczące o niezaprzeczalnej wartości spuścizny braci spisujących bajki nie tylko dla kultury Niemiec, ale całej Europy. Czy dziś baśnie Grimmów ciągle mają taką wartość? Czy dalej się sprzedają? W wersji oryginalnej czy tylko uproszczonej?

fot. M. Adamczewska

fot. M. Adamczewska

Krystyna Adamczak: Oczywiście, że mają olbrzymią wartość. Pełne wydanie tych baśni, zwane wielkim, ukazało się w 1857 roku, a w 2005 zostało wpisane na Światową Listę Dziedzictwa Kulturowego UNESCO. Przetłumaczone na ponad 160 języków, jest obok Biblii Lutra najbardziej znanym dziełem niemieckiej kultury. To właśnie on, ten kanoniczny zbiór, stał się podstawą do przekładu dokonanego przez Elizę Pieciul-Karmińską, który ukazał się w 2010 roku nakładem wydawnictwa Media Rodzina.

A tego roku ukazał się tom najbardziej popularnych baśni właśnie w przekładzie tej tłumaczki. Zbiór ten został sporządzony na podstawie II wydania z 1819 roku, czyli jednego z najwcześniejszych zbiorów niemieckich badaczy, nieskażonego późniejszym dydaktycznym podejściem, zachowującego lekkość i lapidarność ludowego przekazu. Często i chętnie polecamy właśnie ten zbiór, zwłaszcza że jest przepięknie ilustrowany przez Marcina Minora. Jego barwne, mroczne, a jednocześnie pełne humoru akwarele podkreślają charakter tych baśni.

 

JJ: „Czerwony kapturek” miał kiedyś jednoznaczny wydźwięk: Uważaj! Możesz przykuć uwagę wilka. Bardzo układnego wilka, który mamiąc słowami, będzie chciał zwabić cię do łóżka i pożreć. Czy dziś znaczenie tej bajki jest dalej czytelne? Ma chronić dzieci przed „drapieżnikami w przebraniu’?

fot. M. Adamczewska

fot. M. Adamczewska

KA: Bajki po to są, aby nas wyposażać w mądrość, siłę i moc. Działają na poziomie podświadomym. Każdy z nas, czytelników lub słuchaczy, wie, kim jest dla niego wilk w danym czasie. Bruno Bettelheim, znawca baśni, w swoim wiekopomnym dziele „Cudowne i pożyteczne” ostrzega rodziców i nauczycieli przed interpretacją baśni. Powiada: czytać, czytać, czytać, a interpretację pozostawić inteligencji dziecka.

Wielkim orędownikiem baśni jest także profesor Grzegorz Leszczyński. W swojej książce „Wielkie małe książki” nazywa ją pratekstem literackim, imperium wyobraźni! Co ważne: słuchanych w dzieciństwie baśni nie zapomina się do końca życia, czytane – zapadają w pamięć i rozbudzają wyobraźnię.

 

JJ: Jaś i Małgosia też mieli być pożarci, ale przez czarownicę. Zła macocha wyrzuciła ich z domu. Czytałam jednak, że bracia Grimm, którym dziś zarzuca się zbytnią drastyczność, i tak łagodzili spisywane przez siebie historie. W pierwotnych wersjach w wielu z nich to nie była macocha, tylko matka.

fot. M. Adamczewska

fot. M. Adamczewska

KA: W „Baśniach wybranych” przeczytamy opowieść o Jasiu i Małgosi wyprowadzonych do lasu przez rodzoną matkę i rodzonego ojca. Baśń w takiej wersji wprowadza nas w sam środek czasów, kiedy panował taki głód, że rodzice woleli porzucić dzieci niż przyglądać się, jak umierają z głodu we własnym domu. Matka w „Jasiu i Małgosi” z ostatniego wydania nie jest złą, przebiegłą kobietą, nieczułą na krzywdę dzieci, która manipuluje mężem. Jest raczej osobą bezsilną wobec tragedii, jaka dotknęła jej rodzinę. Tłumaczka nadała jej taki wymiar, przypisała jej taką twarz.

W ten sposób wcześniejsza wersja „Jasia i Małgosi”, z macochą, jest wersją o wiele bardziej złożoną i otwartą na różne odczytania. Być może ta macocha ma być dostrzeżeniem i uznaniem takiej części w nas, matkach, która nazywa się srogość, i która też jest. Objawia się w różny sposób, w różny czas.

 

JJ: Czy dziś łagodzi się opowieści dla dzieci jeszcze bardziej? Czy to potrzebne?

fot. M. Adamczewska

fot. M. Adamczewska

KA: W baśniowych opowieściach dla dzieci jest bardzo wiele portretów złych matek, zła w ogóle. Mimo różnorodnych wątpliwości, które rodzi lektura tych tekstów, możemy spać spokojnie. Poprzez symboliczne obrazy, sceny i motywy, przede wszystkim poprzez dzieje baśniowych bohaterów, baśń ukazuje, do czego prowadzi zachwianie postaw, na których wznosi się misterna konstrukcja człowieka, jego losu, wyposażenia psychicznego, jego duchowości, kondycji.

 

W baśniach nie ma miejsca na dociekanie źródeł ludzkich postaw. Ktoś jest zły, ktoś inny dobry.

Ktoś brzydki, ktoś inny piękny. Każda z postaci jest nosicielem ról. Od złego domu trzeba uciekać. Do dobrego człowieka można przylgnąć, znaleźć dzięki niemu świat własny, bezpieczny i oswojony. Czy może być lepsza niż baśń lekcja życia?

 

JJ: A czy dorośli też potrzebują bajek?

fot. M. Adamczewska

fot. M. Adamczewska

KA: Tak, z całą pewnością. Warto, abyśmy się zanurzali w baśniach, bajkach i opowieściach dla przyjemności, ale także dla zbawiennego wpływu oddziaływania metafory. Napisał o tym Benedykt Peczko w „Tajemnicy szczęścia”. Ten świetny psychoterapeuta stosuje baśnie w swojej pracy z pacjentami, zwłaszcza z mężczyznami.

Według niego metafora upraszcza złożoną sytuację odbiorcy, umożliwia przeformułowanie problemu w sposób, który czyni go łatwiejszym do rozwiązania, głównie dzięki przerwaniu starych, ograniczających sposobów myślenia i działania. Metafora absorbuje uwagę odbiorcy i tym samym zmienia jego stan świadomości. Metafory nigdy nie należy wyjaśniać, nawet wówczas, gdy wydaje się całkowicie niezrozumiała dla odbiorcy – jednogłośnie twierdzą eksperci w tej dziedzinie.

 

Zatem słuchać i czekać, czekać i słuchać – jak dzieci.

Podziel się kulturą!