fot. Teatr im. Aleksandra Fredry w Gnieźnie

Bardzo zmysłowy queer

Choć odkrywanie nieheteronormatywności u znanych osób lub innych cech wykraczających poza tzw. normę na szczęście przestało już być sensacją – to obraz Bruno Schulza w najnowszym spektaklu w Teatrze Fredry budzi emocje. Takie, które wyzwalają i mówią: nareszcie!

„Bruno Schulz. Fetyszysta” w reżyserii twórcy młodego pokolenia Jana Jelińskiego to pierwsza premiera w gnieźnieńskim Teatrze im. Aleksandra Fredry w obecnym sezonie artystycznym. Jednak to kolejna sztuka, która bazując na konkretnych realiach, a przede wszystkim osobach, zamierza powiedzieć o człowieku i jego tożsamości, uczuciach czy prawach coś ważnego.

 

Po przejmującej oraz pięknej historii miłości Mali i Edka, czyli spektaklu Elżbiety Depty pt. „U mnie zawsze wszystko dobrze”, przyszła pora na alternatywną czy raczej, jak to określa sam Jeliński, „biografię możliwą” wspomnianego artysty.

 

Schulz to autor tyleż znany i przerabiany w szkołach, co tajemniczy. Postać często nierozumiana oraz wyprana z kontrowersyjnych namiętności czy nieprawomyślnych podejrzeń. Tak przynajmniej sama zapamiętałam rozmowę o tym twórcy z lekcji języka polskiego. I pomimo że w tej szkolnej narracji pojawiała się oczywiście figura matki, ojca czy służącej Adeli, to wszystko jednak mieściło się w pewnych ramach oraz obowiązkowej osobności i dziwności twórcy „Sklepów cynamonowych” czy „Sanatorium pod Klepsydrą”.

Przyznać więc muszę, że nie przepadałam za tym pisarzem, bo go nie rozumiałam, dlatego więc tym bardziej ucieszył fakt, że Jan Jeliński postanowił odczarować Schulza z tej całej aury niezwykłości.

Głębszy i szerszy obraz

Tymczasem, żeby cały zabieg się udał, spektakl buduje przede wszystkim minimalistyczna i bardzo współczesna scenografia, która podobnie jak „retro-dzisiejsze” kostiumy i sugestywne światła, jest dziełem Doroty Nawrot, kreującej już świat w wystawianym kilka lat temu u Fredry „Listopadzie” Tomasza Węgorzewskiego.

O tej scenografii zaś reżyser powie, że to

fot. Teatr im Aleksandra Fredry w Gnieźnie

fot. Teatr im Aleksandra Fredry w Gnieźnie

 

 

„jakieś dziwne jelito, z którego wypełzają kolejne postaci”

 

trudno nie przyznać mu racji oraz nie zauważyć, że jej prostota i osobliwość, podobnie jak drabiny udające góry, pomagają skupić się na bohaterach. Co więcej, to skupienie też ułatwia podział sztuki na dwie części: „Floriańska 10. Drohobycz” oraz „Bruno Schulz i związki”.

 

Pierwsza z nich to właściwie opowieść o kształtującej się seksualności artysty (w roli Schulza jak zawsze wyrazisty i w tym przypadku jeszcze bardziej magnetyzujący Michał Karczewski) w domu rodzinnym, a druga to już rzecz o nawiązywanych w pełni świadomie relacjach z kobietami i mężczyznami. Bo też tematem dzieła Jelińskiego jest wspomniana biografia możliwa tytułowego bohatera w tej najbardziej intymnej sferze.

 

W tym celu reżyser sięgnął więc nie tylko po poetyckie opowiadania, ale też po o wiele bardziej odważne i jednoznaczne rysunki drohobyckiego twórcy z „Xięgi bałwochwalczej” czy dostępne biografie, w tym Jerzego Ficowskiego. Dopiero takie połączenie pozwoliło uzyskać głębszy i szerszy obraz bohatera.

Na scenie ożywa więc rodzina Schulza, którą mogliśmy już rozpoznać w „Sklepach cynamonowych”, czyli wycofany, zafascynowany ptakami i uległy wobec służącej Adeli Ojciec (bardzo dobrze oddający te stany Wojciech Siedlecki), będąca faktyczną głową rodziny Matka (pięknie dramatyczna i apodyktyczna Katarzyna Kalinowska) czy zwyczajna i pewna siebie Adela (cudownie uwodzicielska Zuzanna Czerniejewska-Stube). Poza tym galerię bliskich dopełnia bardziej racjonalny i „ułożony”, a może po prostu do szpiku mieszczański brat Lulu (wiarygodny w swej postawie Maciej Hązła) oraz zagubiona i schorowana siostra Hania (emanująca wrażliwością Kamila Banasiak).

 

Co ważne, wszystkie te postaci dostrzegają odmienność Brunona, którego poza nie do końca rozumianą pasją i pracą artystyczną pociąga go też masochizm i fetyszyzm stóp w sferze seksualnej.

 

Jeliński zaś pokazując odważne grafiki pisarza, na których widnieją podobne do artysty postacie w uległej pozie i skupiające się na stopach pięknych kobiet – konfrontuje m.in. ich treść z potencjalną reakcją stanowczej i tradycyjnej matki. Konflikt bowiem w tym przypadku zdaje się nieunikniony z uwagi na epokę, różnicę pokoleń i poglądów, ale też dobrze znaną mentalność typu „co ludzie powiedzą?”, która nie pozwala na akceptację. Cechy, które także współcześnie często stają się przeszkodami do uznania osób ze społeczności LGBTQIA+ w rodzinach.

Odważna próba wyzwolenia

Jak zatem można się domyślić, emancypacja czy raczej jej próba nastąpi w większym ośrodku, a na pewno „wśród swoich” – w tym przypadku w bohemie artystycznej. To tam, czyli w Warszawie, Schulz, który większość życia i tak spędzi w Drohobyczu, pozna Zofię Nałkowską (pełna mocy i seksapilu Joanna Żurawska), która szybko stanie się jego mentorką, przyjaciółką, a nawet kochanką.

O tej relacji w kontekście literackim napiszą Zuzanna Leśniak i Jakub Orzeszek w materiałach do spektaklu:

 

fot. Teatr im Aleksandra Fredry w Gnieźnie

fot. Teatr im Aleksandra Fredry w Gnieźnie

 

„Wyobraźmy sobie, że dzisiaj nikomu nieznany debiutant z prowincji przyjeżdża do domu Olgi Tokarczuk i bezczelnie daje jej maszynopis swojej prozy do lektury. Schulzowi się udało”.

 

Wszak to Nałkowska, która w swoich czasach była jak Tokarczuk, ciepło przyjmie „Sklepy cynamonowe” i doprowadzi do ich szybkiego wydania. Jednak najpewniej największy gest w tej biografii możliwej głównego bohatera uczyni, poznając jego preferencje seksualne i fetysze, a następnie… realizując jego fantazje. Czy tak było naprawdę? Tego nie wiemy dokładnie, ale za to na scenie oglądamy jedną z piękniejszych i odważnych projekcji zbliżenia postaci. Wszystko to zaś dzięki wielkoformatowemu obrazowi wideo Agaty Rucińskiej, który zapewne był wyzwaniem dla niej i aktorów, a teraz wyzwala widza lub chociaż skłania go do refleksji nad spełnieniem, pragnieniem czy marzeniami.

 

„Bo nie ma queeru bez obnażania się. Dopóki kultura wokół nas ciągle gnębi tych, którzy nie naginają się do większości, to każdy gest niezgody jest odsłonięciem się. Jak coming out” – napiszą z kolei Sylwia Chutnik i Justyna Bilik w swojej książce „Kłirówy. Te, które złamały zasady”.

Takim obnażeniem się i coming outem, tyle że być może ważniejszym, stanie się związek Bruna z Józefiną „Juną” Szelińską (delikatna i empatyczna oraz silna i zdecydowana zarazem, wspaniała Magdalena Sildatk), która na preferencje mężczyzny odpowie szczerym niezrozumieniem, mimo że podejmie próbę wejścia w ten fetyszystyczno-masochistyczny świat.

 

fot. Teatr im Aleksandra Fredry w Gnieźnie

fot. Teatr im Aleksandra Fredry w Gnieźnie

Co ciekawe, według oficjalnych informacji ich związek był poważny i romantyczny, bo znaczony płomiennym uczuciem, które doprowadziło do statusu narzeczeństwa. Niestety relacja nie wytrzymała próby czasu i rozpadła się z przynajmniej dwóch powodów: niemożności wzięcia ślubu cywilnego i braku decyzji Bruna o przeprowadzce do Warszawy, na której zależało ukochanej.

Oglądając zaś inscenizację Jelińskiego ze świetną dramaturgią Anny Mazurek, która widoczna jest od początku, do wspomnianych wyżej przeszkód twórcy dorzucają także trudne do pogodzenia preferencje seksualne. I jak to w biografii możliwej bywa – potencjalnie mógł to być kolejny powód ich rozstania.

Warto dodać, że całości dopełnia niepokorny, chwilami szalony i osobliwie zmysłowy taniec większości postaci, czyli bardzo dobra choreografia Wojciecha Grudzińskiego.

W pułapce dosłowności

Trudno więc odmówić twórcom spektaklu pomysłu na odbrązowienie Schulza z poważnych interpretacji i odczarowanie z enigmatycznych oparów jego twórczości. Dobrze, że obok wybitnego literata i autora m.in. „Sklepów cynamonowych” widzimy w końcu człowieka z krwi i kości oraz twórcę „Xięgi bałwochwalczej”, który swoimi pragnieniami i tożsamością próbuje przekroczyć ustalone normy.

 

fot. Teatr im Aleksandra Fredry w Gnieźnie

fot. Teatr im Aleksandra Fredry w Gnieźnie

Co więcej, zostaje tu również koncertowo wygrana polemika z Jerzym Ficowskim (rozczulająco broniący swych racji Maciej Hanczewski), który stawia Bruna Schulza na biograficznym piedestale i nie dopuszcza, by pojawiła się na nim jakaś „queerowa rysa”.

Chwilami jest to zabawne i przypomina zabiegi ukrywania tęczowych faktów z życia Marii Konopnickiej lub innych „zasłużonych osób”. I tylko szkoda, że pod koniec rozmowa bohaterów o różnorodności i potrzebie akceptacji czy definiowanie queeru przyjmują nieco zbyt dosłowną i nachalną formę. Bo w przypadku tego zrozumiałego i wyrazistego spektaklu warto było pozostawić widzów z miejscem na własną refleksję.

Podziel się kulturą!
What’s your Reaction?
Ciekawe
Ciekawe
2
Świetne
Świetne
2
Smutne
Smutne
0
Komiczne
Komiczne
0
Oburzające
Oburzające
0
Dziwne
Dziwne
0