fot. Jacek Mójta

Barok, „de Lyublyn”, niepodległość i trudy młodego artysty

Z młodym klawesynistą i założycielem zespołu „Musica Graciana” spotykamy się kilka miesięcy po wydaniu jego solowej płyty „de Lyublyn”, zawierającej wybór utworów z obszernego zbioru, jakim jest pochodząca z połowy XVI wieku tzw. Tabulatura Jana z Lublina.

Nowy projekt Maksymiliana Święcha, nad którym patronat medialny objęła m.in. „Kultura u Podstaw”, wydaje się zupełnym ewenementem na tle licznych i różnorodnych wydarzeń muzycznych, które przygotowano z okazji 100-lecia niepodległości.

 

PIOTR URBAŃSKI: Pana dorobek artystyczny, nie ukrywam, budzi podziw. Trzy płyty solowe („Clavicembalisti XVII” oraz „Sprezzatura nuova” z włoską muzyką klawesynową z przełomu XVI i XVII wieku, a także „de Lyublyn” z utworami z Tabulatury Jana z Lublina), powołanie własnego zespołu specjalizującego się w polskiej i włoskiej muzyce barokowej, założenie wydawnictwa, które publikuje płyty z muzyką zespołu Musica Graciana… to naprawdę sporo. Do tego jeszcze repertuar, po jaki sięgacie, jest bardzo niebanalny, niemal nieznany. Niebawem ukaże się też płyta zespołu pt. „Pubblicato in Venezia – muzyka XVII-wiecznej Wenecji na dawnych instrumentach”. Nie gracie Bacha czy Händla, są za to polscy i włoscy kompozytorzy mało znani szerszej publiczności. Sam pan mówi, że jest to muzyka trudna. Dlaczego więc nie wielcy mistrzowie baroku?

MAKSYMILIAN ŚWIĘCH: Mniej więcej od połowy ubiegłego stulecia na piedestale stawia się największych kompozytorów tzw. muzyki klasycznej i wykonuje się wszędzie ten sam repertuar, poddając go nieustannym przekształceniom, czego najlepszym dowodem jest opera. Każdy teatr operowy w Polsce gra te same dziesięć tytułów i tylko reżyserzy się zmieniają. W przypadku Johanna Sebastiana Bacha przyczyniła się do takiego podejścia – skądinąd znakomita – monografia Alberta Schweitzera, który zmitologizował tę postać do granic możliwości. W efekcie kultura słuchania muzyki uległa bardzo dużemu spłaszczeniu. Efektem ubocznym sięgania niemal wyłącznie po wielkich mistrzów jest kiepska znajomość innego repertuaru, bardziej niszowego, zwłaszcza polskiego. Dlatego dwa lata temu stwierdziłem, że jednym z moich nadrzędnych celów będzie próba odświeżenia i poszerzenia repertuaru, sięgnięcie po rzeczy wartościowe a nieznane.

 

To zwłaszcza przypadek Tabulatury Jana z Lublina, zbioru skądinąd dość tajemniczego i przebogatego.

Maksymilian Święch (klawesyn), „de Lyublyn. Wybrane utwory z Tabulatury Jana z Lublina”, Chordis 2018

Tak, z takiego właśnie myślenia o repertuarze, który byłby nową propozycją artystyczną, wyniknął mój pomysł na nagranie utworów z Tabulatury Jana z Lublina czy włoskich dzieł na dwóch pierwszych płytach. Poza Frescobaldim czy Scarlattim są one wypełnione w większości nazwiskami mało rozpoznawalnymi. I wreszcie pomysł na najnowszy program, „Rzeczy pospolite”, w którym proponujemy mnóstwo nazwisk polskich.

 

Dzieła tych polskich kompozytorów nie są chyba zbyt często wydawane, a dostęp do materiałów nutowych także nie wydaje się najłatwiejszy?

Tak. Co prawda edycje, które pojawiają się od lat 90. ubiegłego wieku, mają wielką wartość, są autentyczne, można z nich śmiało grać. Tymczasem wcześniejsze, starsze, opublikowane przed działalnością Anny i Zygmunta Szweykowskich, są rzeczywiście mocno problematyczne. Autorzy tych opracowań w dobrej wierze próbowali dostosować dawny materiał muzyczny do własnych realiów, zwłaszcza wykonawczych. Stąd np. bardzo popularne były PWM-owskie zbiory wyjątków z tych dzieł przerobione na fortepian, silnie przekształcone, mocno oddalone od oryginału. Tabulatura Jana z Lublina została natomiast przez PWM w całości wydana jako faksymile, a w 1964 roku doczekaliśmy się także edycji amerykańskiej autorstwa Armena Carapetyana – jest to kompletne wydanie wielotomowe, niestety obecnie niemal zupełnie niedostępne. Posiłkując się tymi dwoma źródłami, zapewniłem sobie dobrą podstawę do własnej pracy.

 

Jak rozumiem, na płycie „de Lyublyn” prezentuje pan nie tylko autorski wybór, ale także własne opracowanie utworów?

Musica Graciana „Pubblicato in Venezia”, Chordis

Owszem, wynika to bowiem z charakterystycznej dla epoki praktyki semiimprowizacyjnej. Utwory z Tabulatury są przecież w większości bardzo krótkie i bardzo proste. Zgodnie z ówczesną sztuką dyminucyjną czy improwizacyjną trzeba do nich dużo dodać, żeby miały jakiś sens. Taka była, powtórzmy, powszechna wówczas praktyka wykonawcza w całej Europie. W zapisie są to rzeczy bardzo proste. Dodajemy więc do nich dyminucje i ozdobniki.

 

Wyjaśnijmy krótko, czym była sztuka dyminuowania.

Była ona nieco starsza od praktyki basso continuo, oparta na kontrapunkcie. Sztuka ta była normą wykonawczą polegającą na wplataniu w proste konstrukcje harmoniczne przeróżnych schematów melodyczno-rytmicznych. W Tabulaturze są oczywiście formy zamknięte, np. intawolacje, ricercary czy fantazje. Natomiast w przypadku tańców, których jest bardzo wiele w tym zbiorze, są one formą na tyle otwartą, że można nimi manipulować w dowolny sposób. Są one przecież bardzo krótkie, obejmują kilkanaście czy kilkadziesiąt taktów fragmentu parzystego plus krótką triplę. Ale przecież nikt się nie zabierał do tańca trwającego tylko minutę, stąd niewątpliwie były owe tańce wielokrotnie powtarzane przez muzyków, pokazywane w rozmaitym oświetleniu. Muzycy improwizowali, zgodnie z własną fantazją i na miarę własnych możliwości.

 

Wiem, że nie próbuje pan sobie jakoś wyobrazić postaci tajemniczego Jana z Lublina czy stworzyć jakiegoś „portretu autora”…

Maksymilian Święch, „Clavicembalisti XVII”, Maksymilian Święch 2017

Chyba nawet nie miałoby to sensu, skoro nie wiadomo, czy rzeczywiście on zebrał te utwory. Tabulatura to pół tysiąca utworów, z których wiele nie ma tytułów oraz pozostało niedokończonych. Zapisane są one zresztą dość przypadkowo, np. poprzedzielane innymi, by wykorzystać najmniejszy skrawek papieru. Nie próbuję więc na podstawie tego chaosu, który panuje w tym zbiorze, odtworzyć osobowości Jana.

 

W nowym projekcie, zatytułowanym „Rzeczy pospolite”, z jednej strony proponuje pan dzieła kompozytorów polskich bliżej nieznanych szerszej publiczności – są tu utwory Marcina Mielczewskiego, Andrzeja Rohaczewskiego, Kaspara Foerstera młodszego, Adama Jarzębskiego, Tarquinis Merulego, Franciszka Liliusa i innych. Z drugiej strony, chce pan tę muzykę zderzyć z czymś bardzo współczesnym. Czy więc muzyka XVII wieku ma być swego rodzaju komentarzem do naszego tu i teraz?

„Rzeczy pospolite” są programem złożonym z utworów kompozytorów nie tyle polskich, co tworzących na ziemiach Rzeczypospolitej Obojga Narodów, a to diametralnie zmienia postać rzeczy. Chcę nawiązać do obchodów stulecia niepodległości i pokazać przy pomocy faktów z dziejów muzyki, jaki wpływ dzisiaj – a jest to sprawa nadal problematyczna – mają na kulturę narodową i dobro narodowe Polacy napływowi, czyli tzw. uchodźczy czy imigranci.

 

Jak się okazuje, są nimi pomimo często zupełnie polsko brzmiących imion czy nazwisk.

Jeśli się przeanalizuje biografie twórców z XVII wieku, mniej więcej połowa z nich jest obcego pochodzenia. Na przykład Franciszek Lilius to Włoch, choć urodził się najprawdopodobniej w Polsce. Bartłomiej Pękiel zapewne był Niemcem. Z kolei Mikołaj Zieliński zawdzięczał swoje wykształcenie pobytowi w Rzymie. Jeśli chodzi o utwory wybrane z „Tabulatury pelplińskiej”, czyli gigantyczny zbiór, pojawiają się tylko dwa nazwiska polskie – Adam Jarzębski oraz Andrzej Rohaczewski. Poza tym są tu nazwiska włoskie, niemieckie, a nawet angielskie, jak np. Thomas Morley. Sięgamy też po Marcina Mielczewskiego, który w naszym pierwszym programie okazał się bardzo atrakcyjny dla publiczności.

 

Jaka jest więc intencja dokonanego przez pana wyboru?

W zderzeniu ze sprawami społecznymi czy nawet politycznymi, chcę pokazać, że patriotyzm i narodowość to jest nie kwestia krwi i urodzenia, przywilej jednej grupy politycznej, ale dobro wspólne, przeznaczone dla wszystkich – tak więc są to po prostu „rzeczy pospolite”.

 

Drugi wymiar programu jest bardzo współczesny.

Otóż między utworami będą prezentowane wypowiedzi przypadkowych ludzi, przedstawicieli społeczeństwa, którzy będą odpowiadać na pytania o to, czym jest dzisiaj patriotyzm, kto dziś jest odpowiedzialny za tworzenie dobra narodowego, kto ma do tego prawo. Są to pytania pozornie proste, związane z naszą kulturą i narodowością, których na co dzień sobie nie zadajemy, bo wydaje się, że odpowiedzi są oczywiste.

 

Będzie to więc trochę taka intelektualna prowokacja, próba dania słuchaczom do myślenia.

Nie wiemy, jakie będą te odpowiedzi, może niektóre okażą się mocno kontrowersyjne.

 

Rozumiem jednak, że nie będzie to program zakładający udowodnienie z góry przyjętej tezy?

Tak, żadnej konkluzji z naszej strony nie będzie. To sami słuchacze mają spróbować wyciągnąć wnioski. My tylko chcemy im uświadomić, że proces kształtowania kultury polskiej, która jest najbardziej podstawową częścią naszej tożsamości narodowej, nie jest wcale taki jednoznaczny.

 

W jakim składzie będzie prezentowany program „Rzeczy pospolite”?

Zestaw instrumentów zespołu „Musica Graciana” jest z jednej strony moją osobistą koncepcją brzmienia, z drugiej – jest on najbardziej typowy dla ówczesnej muzyki. Tak wiec dwa równoważne głosy skrzypiec oraz continuo. Ta wykształcona we wczesnym baroku baza stylistyczna trwała w całej Europie przez ponad 150 lat.

 

Grupa continuo wydaje się jednak bardzo rozbudowana.

I jest ona naszą najbardziej charakterystyczną i rozpoznawalną cechą. Nie ograniczamy się bowiem do jednego instrumentu melodycznego, wiolonczeli czy gamby, oraz jednego harmonicznego. Mamy aż dwa instrumenty klawiszowe, które grają jednocześnie: skonstruowany przeze mnie pozytyw szkatulny oraz klawesyn, na którym gram ja, viola da gamba, teorba oraz szesnastostopowe violone, które nas zdecydowanie odróżnia od innych zespołów. Ten nisko brzmiący instrument daje rzeczywistą podstawę basową oraz doskonale przeciwstawia się skrzypcom, powoduje równowagę brzmienia. Continuo jest więc bardzo wyraziste, dzięki czemu brzmienie staje się spójne. Powstaje cała paleta brzmieniowa, ponieważ instrumenty wchodzące w skład continuo usłyszymy zarówno grające tutti, jak i w rozmaitych konfiguracjach, co stwarza zupełnie nowe możliwości kolorystyczne. Tego nie praktykowaliśmy zresztą w naszym poprzednim programie.

 

Wyjaśnijmy może, czym jest ów pozytyw szkatulny.

Otóż jest to taka polska odmiana pozytywu budowana stosunkowo długo, bo od renesansu aż po ostatnie dziesięciolecia wieku XVIII. Pozytywy szkatulne pełniły głównie funkcję instrumentów procesyjnych, znajdowały się także w wyposażeniu klasztorów czy bardziej zamożnej szlachty. Do naszych czasów zachowało się kilka instrumentów historycznych, dysponujemy też kilkoma kopiami. Instrument ten cechuje się tym, że powietrze jest wtłaczane mechanicznie przez miechy, a ponieważ ten system powietrzny nie jest bez wad i jest raczej dość niestabilny, brzmienie instrumentu jest ciekawe, co wydaje się jego dodatkową atrakcją.

 

Działalność pana i pana zespołu wyraźnie zapełnia pewną lukę w barokowym Poznaniu.

Niewątpliwie, zwłaszcza w sytuacji, gdy znakomity zespół Arte dei Suonatori koncertuje zwykle poza Wielkopolską, a działalność Accademia dell’ Arcadia ostatnio zamarła. Mam wrażenie, że uda się nam wypełnić pewną niszę, zwłaszcza że gramy zupełnie inny repertuar. Myślę, że jest to szansa, którą przy ciężkiej pracy uda się nam wykorzystać. Niestety, wykonywanie muzyki barokowej sprowadza się często do działalności projektowej. Zapomina się też w Poznaniu o tym, że są tu osoby, dla których granie baroku jest chlebem powszednim.

 

Dlaczego słuchacze powinni, pana zdaniem, przyjść na „Rzeczy pospolite”?

Chyba z tego powodu, że myślimy przede wszystkim o zderzeniu współczesności z przeszłością. To, co dla nas najważniejsze, to możliwość zobaczenia społeczeństwa w muzycznym odbiciu. Stworzenie pewnej gry z muzyką. Kolejność utworów i wypowiedzi jest starannie przemyślana, stanowi zamkniętą kompozycję.

 

Mam więc nadzieję, że pana zamysł zostanie dobrze przyjęty przez słuchaczy i dostarczy im nie tylko ciekawych wrażeń estetycznych, ale również da do myślenia.Życzę też, by pana działalność solowa rozwijała się dynamicznie, a założony zespół i projekty zyskały dobrego menedżera, który będzie zdobywać fundusze, dbać o promocje i patronaty, a panu pozwoli skoncentrować się na działalności czysto artystycznej, uwolni od konieczności dbania o plakaty i liczne sprawy organizacyjne.

Promocja jest rzeczywiście bardzo ważna. Ostatnio grałem w bydgoskim Pomorzaninie, który jest dawnym kinem, kupionym przez firmę deweloperską Moderator Inwestycje. W tym wciąż remontowanym, wilgotnym i chłodnym miejscu koncert zabrzmiał zupełnie zjawiskowo. To, co to miejsce ma do zaoferowania pod względem akustycznym, jest niesamowite. Będzie to po zakończeniu remontu ważne miejsce na mapie kulturalnej Bydgoszczy, multifunkcyjne centrum sztuki z salą kinową, teatralną, koncertową oraz przestrzenią wystawienniczą. Mieliśmy tu dużą jak na muzykę barokową publiczność, około siedemdziesięciu osób. Nasze pierwsze koncerty w poznańskim Pawilonie czy Centrum Kultury Zamek także miały nadkomplet publiczności. Może trochę z tego powodu, że były darmowe… Wciąż jeszcze niestety nie myślimy o tym, że kultura musi kosztować, bo artyści nie żyją samym powietrzem i sztuką.

 

MAKSYMILIAN ŚWIĘCH – klawesynista, organista, absolwent Akademii Muzycznej im. I.J. Paderewskiego w Poznaniu. Swoje umiejętności doskonalił na licznych kursach mistrzowskich. Równolegle ze studiami muzycznymi prowadził badania nad polskimi organami przenośnymi. Prowadził opery: „Antreprener w kłopotach” D. Cimarosy (2015), „Dydona i Eneasz” H. Purcella (2018), i inne dzieła wokalno-instrumentalne m.in. J.S. Bacha, A. Vivaldiego, czy G.B. Pergolesiego. Współpracował z Filharmonią Gorzowską, Lubelską, Krakowską, Polską Operą Królewską, Zamkiem Królewskim w Warszawie – Muzeum. Jest założycielem i kierownikiem zespołu „Musica Graciana” i gościem „Sceny klasycznej” TVP Kultura (2018). Ma na koncie trzy solowe albumy muzyczne: „Clavicembalisti XVII”, „Sprezzatura Nuova” i „de Lyublyn” i jeden z zespołem „Musica Graciana” – „Pubblicato in Venezia”.

 

Tekst ukazał się w dodatku do „Głosu Wielkopolskiego”, Kultura u Podstaw, Muzyka/Wielkopolska, 27–28 października.

CZYTAJ TAKŻE: Paul Esswood, „Giulio Cesare in Egitto” i wielka lekcja baroku
CZYTAJ TAKŻE: Dlaczego inscenizatorzy nie wierzą Wagnerowi? (O „Lohengrinie”)
CZYTAJ TAKŻE: „Don Giovanni”, czyli o defekcie wyobraźni