fot. Mariusz Forecki

Betonowa utopia na Świętym Marcinie

Przez Poznań przetoczyła się fala oficjalnych zachwytów odnowioną ulicą Święty Marcin. Sam prezydent opuścił swój urząd i zorganizował konferencję prasową w jej plenerach. Niewiele było słychać, bo po nowiutkich, betonowych po horyzont nawierzchniach gwizdał tylko wiatr, zagłuszając mikrofony.

Dowiedzieliśmy się, jak tu będzie pięknie… za 5 lat, kiedy urosną drzewa. Zmarznięta grupka dziennikarzy cisnęła się wokół zadowolonej z siebie władzy. Tylko zwykłych przechodniów zabrakło. Martwa ulica po udekorowaniu w nowe sprzęty jest takim samym trupem co wcześniej.

Święty Marcin upadał długo. Jednak przez cały PRL nic takiego się nie zapowiadało.

 

Zniszczenia Starego Miasta spowodowały, że to właśnie tu przeniosło się życie powojennego Poznania. Szybko uzupełniono zabudowę nowymi kamienicami, ulokowano reprezentacyjne urzędy i najlepsze sklepy.

Na Modernistycznym Domu Partii powiewały czerwone flagi, a przed największym w Wielkopolsce sklepem z telewizorami zawsze stały tłumy. Nie bez powodu ulicę przemianowano wtedy na Armii Czerwonej, niekwestionowanej wyzwolicielki miasta spod niemieckiej okupacji.

Dwadzieścia lat po wojnie władze postanowiły rozprawić się z kapitalistyczną architekturą tej części miasta. Przyjęto radośnie do realizacji projekt zrównania z ziemią połowy centrum, wyburzenia wszystkich kamienic między placem Wolności, Teatrem Polskim a ulicami Ogrodową i Kościuszki. W ramach tego barbarzyńskiego planu zniszczono wiele zabytkowych i monumentalnych kamienic, przygotowując teren pod nowe trasy komunikacyjne i nową zabudowę rozrywającą historyczne ciągi uliczne.

Blizny i dziury w zabudowie, wynikające z tego planu, są dobrze widoczne jeszcze dzisiaj, ponad pół wieku później. Tak powstały Domy Towarowe Alfa, wysokie budynki przy Piekarach, i pustki obok Okrąglaka. Na szczęście socjalistycznym „burzymurkom” zabrakło zapału i pieniędzy – większość zabudowy Świętego Marcina ocalała. Nie powstał tylko najwyższy wieżowiec związków zawodowych, planowany na narożniku ulicy Gwarnej. Nie zrealizowano „nowoczesnego” centrum administracyjno-usługowego, a ulica wciąż tętniła życiem. Do czasu.

ŚMIERĆ ULICY

Ul. Święty Marcin po przebudowie, fot. Mariusz Forecki

Upadek Świętego Marcina nieprzypadkowo zbiegł się z powstaniem nieopodal Starego Browaru. Nawet dzieci wiedzą, że nie buduje się wielkiego centrum handlowego w centrum miasta. Bo obiekt taki działa na miejską tkankę jak nowotwór. To Stary Browar „wyprowadził” ze Świętego Marcina najlepsze sklepy i tłumy przechodniów.

Cała dobra energia tej ulicy uleciała nieodwracalnie. Wybudowana później obok Kupca Poznańskiego Galeria MM potwierdziła tylko ten nadchodzący upadek. Wyżej wymienione galerie szybko opustoszały i nie mają szans na rozwój, podobnie jak dziesiątki pustych lokali w parterach kamienic.

Do śmierci ulicy wydatnie przyczyniły się działania miasta. Najpierw wieloletni bałagan przy przebudowie Ronda Kaponiera skutecznie odciął ulicę Święty Marcin od żywego centrum miasta, a ostatni, półtoraroczny remont był już tylko gwoździem do trumny. Lokale usługowe i sklepy padały jak muchy, pozbawione dojazdu i klientów. Absurdalna ucieczka kolejnych wydziałów uniwersytetu poza miasto uzupełniła obraz tej katastrofy. I to w tym samym czasie, gdy naukowcy tej uczelni pisali raport, jak ożywić ulicę Święty Marcin.

Ul. Święty Marcin po przebudowie, fot. Mariusz Forecki

Życia miasta nie da się zadekretować. Takie pobożne życzenia wpisywali w swoje projekty socjalistyczni urbaniści ponad trzydzieści lat temu, rysując plany nieludzkich blokowisk. Dziwić się trzeba, że mogli tak jeszcze myśleć miejscy urzędnicy, przygotowując warunki konkursu na projekt odnowienia ulicy Święty Marcin. I wyniki konkursu były takie sobie, a wiele renomowanych pracowni wobec wielu ograniczeń w ogóle nie podjęło tematu. Nie chcieli angażować się w połowiczne i nijakie projekty, zgodnie z zasadą „dla każdego coś miłego”.

Drogi dla aut też się prawie nie zmieniły. Z samego ograniczenia prędkości niewiele wynika dla urbanistyki tego miejsca. Nie oddano tej przestrzeni pieszym, tylko poszerzono trochę chodnik. Za jakieś 100 milionów złotych. Drobnostka.

ZAMIENIĆ PRZELOTOWĄ ULICĘ W MIEJSCE

Ul. Święty Marcin po przebudowie, fot. Mariusz Forecki

Na co właściwie wydano te pieniądze? Sądzić należy, że głównie na wymianę podziemnej infrastruktury, bo żadnych luksusów na ziemi nie widać. Pierwsze, co zwraca uwagę, to koszmarnie migocząca swym wzorem posadzka ulicy. Wszyscy, których o to pytałem, mówili, że ten pulsujący bez żadnego komunikacyjnego sensu ornament jasnych płytek i czarnych pasków przeraża. Fotograf z redakcji od razu chciał uciekać z tej wywołującej wrażenie migotania powierzchni.

 

Historie o tym, że projektanci inspirowali się obrazami Strzemińskiego, mogą tylko wywołać pusty śmiech. Ciągnący się setki metrów monotonny rytm pozbawiony jest urody i logicznego sensu – wywołuje przykry efekt stroboskopowy.

Mamy tu przykład, jak nieludzka może być zabawa wzorkiem na komputerze projektanta, który bawiąc się świetnie, zapomniał o zróżnicowaniu wyglądu jezdni dla samochodów i deptaku dla pieszych. I nawierzchni o różnej wysokości, bo na skrzyżowaniu z ulicą Ratajczaka można, ulegając złudzeniu, spaść z wysokiego krawężnika i wybić sobie zęby. Wjeżdżający na nową ulicę kierowcy są przez to zdezorientowani i nie wiedzą, gdzie jechać. A i przechodniów naraża się na niepotrzebne niebezpieczeństwo.

Ul. Święty Marcin po przebudowie, fot. Mariusz Forecki

Ul. Święty Marcin po przebudowie, fot. Mariusz Forecki

Ruch samochodowy jest na nowo oddanej ulicy wielkim nieporozumieniem. A już szczytem wszystkiego jest pas parkujących aut pośrodku ulicy, skutecznie odcinający od siebie obie jej strony. Czy tak powinien wyglądać pieszy pasaż? Jakoś dziwnym zbiegiem okoliczności nie widać tych aut na ślicznych kolorowych wizualizacjach, które serwowano nam przez ostatnie lata.

Do niedawna ulica pełniła funkcję czysto komunikacyjną. Już wcześniej przestała być miejscem, które samo jest celem wizyty. Z czasem i ta funkcja tranzytowa straciła sens. Przez Stare Miasto nie da się przejechać, a w drugą stronę ulica też prowadzi donikąd – w zakamarki Jeżyc. Przywrócenie spowolnionego ruchu, którego dokonano, niczego tu nie zmieni na lepsze, pogłębi jedynie panujący bałagan komunikacyjny. A wystarczyło tylko zostawić tramwaje i oddać całą ulicę ludziom. Zabrakło odrobiny wyobraźni.

 

Na nowej ulicy posadzono 65 rachitycznych drzew. To one na wizualizacjach „robią” wszystko. Podrasowane w kolorze zielonej żabki zasłaniają chaotyczną przestrzeń wokół.

Tereny między ul. 27 Grudnia a Świętym Marcinem, fot. Mariusz Forecki

Tereny między ul. 27 Grudnia a Świętym Marcinem, fot. Mariusz Forecki

Tereny między ul. 27 Grudnia a Świętym Marcinem, fot. Mariusz Forecki

Może za lat kilka będzie tak rzeczywiście. Tylko że przebudowę zaczęto od wycięcia 23 dorodnych drzew pośrodku ulicy. Widać je wciąż na zdjęciach w Google Maps, więc jeśli ktoś nie dowierza, może łatwo sprawdzić, jaka to strata.

Będzie zielono przez kilka miesięcy w roku – od wiosny do jesieni. Przez resztę dominować tu będzie pustka, poprzecinana rachitycznymi słupkami latarni, które wieczorem niemiłosiernie rażą światłem w oczy. Źle dobrane osłony rzucają ostre światło dookoła, także w okna budynków. Ładnie to wypada na nocnych zdjęciach, ale jest nieprzyjazne dla przechodniów.

Nie zmienią tej pustki dziwaczne plastikowe ławki, na których już dzisiaj tworzą się kałuże brudnej wody po każdym deszczu. Dobrze zaprojektowana przestrzeń składa się z takich właśnie drobnych szczegółów.

TU ZASZŁA ZMIANA?

Tereny między ul. 27 Grudnia a Świętym Marcinem, fot. Mariusz Forecki

Tereny między ul. 27 Grudnia a Świętym Marcinem, fot. Mariusz Forecki

Najpierw należałoby zadać pytanie, dokąd ma prowadzić ten deptak? Kto tu ma chodzić? A dopiero potem inwestować grube miliony. Dzisiaj przemyka tędy niewiele osób. Partery ulicy rzeczywiście są już w dużej części powynajmowane, tych pustych ubywa, ale czy to wystarczy?

Jedynym dziś miejscem spotkań na ulicy są duże popielniczki dla palaczy. Stoją przy nich pracownicy okolicznych firm, w których nie wolno palić. To jednak trochę mało, by mówić o ożywieniu ulicy.

Mówi się o nowych lokalach gastronomicznych, o akademiku w jednej z odremontowanych Alf. Fajnie, studenci w Poznaniu dają miastu najlepszą energię. Tylko co mieliby na tej odpicowanej ulicy robić? Pić piwo? Czas pokaże, czy uda się w taki łopatologiczny sposób ożywić martwą przestrzeń.

 

Myślenie miasta o planowaniu centrum niewiele daje nadziei. To pozbawione całościowej wizji wycinkowe interwencje.

W przypadku odcinka ulicy Święty Marcin miasto dogodziło właścicielom przyległych nieruchomości, zwłaszcza Alfom. Wystarczy jednak wejść na tyły tych postarzałych wieżowców, by zobaczyć przestrzeń urągającą wszelkim standardom współczesnego miasta. Takiego dziadostwa dawno nie widziałem. Czy tereny między ulicą 27 Grudnia a Świętym Marcinem nie interesują miejskich planistów? Lepiej już projektowano tę część miasta w PRL-u.

Choć poprzednie pokolenie projektantów nie dokonało tu wielkich rzeczy, to przynajmniej miało wizję odważnych zmian. Nie bało się podejmowania decyzji. Nie stać nas na to dzisiaj? Gdzie są następcy Władysława Czarneckiego i Cyryla Ratajskiego?

Za wielkie pieniądze przypudrowano tylko trupa ulicy. Wesoły chodniczek – tam lampeczka, tu ławeczka. No i drzewa zrobią z czasem klimacik. Prowincjonalnego miasta bez ambicji.

CZYTAJ TAKŻE: Rynek w szmatach

CZYTAJ TAKŻE: Okruchy międzywojennego Poznania (wystawa „Narodziny nowoczesnego miasta”)

CZYTAJ TAKŻE: Ratusz bez orła