fot. Mariusz Forecki

Rynek w szmatach

Uwielbiam poznański Stary Rynek. Gdy tylko mam okazję, zaglądam tutaj, nawet nadkładając drogi. Idąc ulicą Wrocławską, podnoszę głowę, by objąć wzrokiem wieżę ratuszową. Na wprost wyglądam barokowej figury Świętego Jana Nepomucena. Myślałem, że nic nie jest w stanie mnie tu zaskoczyć. A jednak.

Widok wielkiej podartej szmaty, obwieszonej nie pierwszej świeżości białymi podkoszulkami, zwisającymi z elewacji poznańskiego Arsenału, wzruszył mnie do głębi. „Hello my friend” – krzyczały kulfony czerwonych liter z rozwieszonej na sznurkach bielizny.

Rozumiem, że od czasów Duchampa dzieło sztuki zostało całkowicie odarte i wyzute z wartości estetycznej. Że buntowniczą nienawiść skierowali artyści przeciw widzowi. Prawo do istnienia ma też sztuka protestu, dla której wypluwanie brzydoty rzeczywistości jest aktem zgoła rewolucyjnym.

 

Cytując Donalda Kuspita: „Artyści protestu nie zdają sobie sprawy […] że nieobecność piękna w ich pracach pokazuje, że nie są one krytyczne. Są w rzeczywistości twórczymi porażkami. […] Artysta próbuje sterroryzować widza, by uwierzył w to, w co wierzy on sam. Staje się despotą przekonującym o swojej nieomylności, mówiącym nam (czy raczej wykrzykującym do nas) o tym, co już wiemy – o brzydocie i niesprawiedliwości świata – nie oferując w zamian żadnej estetycznej czy kontemplacyjnej alternatywy”.

 

Mechaniczne odtwarzanie fragmentów rzeczywistości udaje jej krytyczną analizę i pozbawione jest artystycznej wyobraźni. Paradoksalnie jednak brzydota i nijakość tych przedstawień zwyczajnie nudzą i banalizują poruszane problemy. Nie wzrusza mnie takie dzieło, więc i wobec tych problemów pozostaję obojętny. Tak zobrazowane ludzkie tragedie mogą wydawać się śmieszne. W taki oto sposób sztuka wysoka, wychodząc na ulicę, staje się profanacją.

PRZESTRZEŃ POD OCHRONĄ

Zdawać by się mogło, że poznański Stary Rynek to wizytówka miasta. Pełna historii, bezcenna przestrzeń chroniona i podziwiana przez wszystkich. Strzeżona w swej doskonałości przez zastępy policjantów, strażników, plastyków i konserwatorów miejskich. Nie jakiś tam miejski plac, ale Park Kulturowy, w którym każda ingerencja w przestrzeń wymaga konsultacji i urzędowych zgód.

Galeria Miejska Arsenał, fragment wystawy Andrei Marioniego „EKONIZATION: Hello My Friend”. Fot. Wojciech Hildebrandt

 

Ostrzega się oficjalnie, że „cały obszar Parku Kulturowego znajduje się w strefie ochrony konserwatorskiej, dlatego na wszelkie prace na elewacji (montaż szyldów, reklam, urządzeń technicznych, malowanie) należy uzyskać pozwolenie konserwatorskie. Z wnioskiem powinien wystąpić właściciel nieruchomości lub osoba przez niego upoważniona. Załączony do wniosku projekt powinien być zwymiarowany i opisany tak, by nie budził wątpliwości co do formy, rozmiarów, technologii wykonania elementów reklamowych oraz miejsca i sposobu ich mocowania na elewacji”.

 

Tymczasem można zakpić sobie z tych przepisów i obwiesić elewację budynku na środku rynku podartymi szmatami i bielizną. I… nic. Żadnej reakcji ze strony obrońców miejskiej estetyki. A spróbowałby tylko ktoś wyciąć drzewo, to zaraz zebrałaby się manifestacja obrońców zieleni miejskiej. A gdy ktoś zeszpeci przestrzeń w samym sercu miasta, to nikogo to nie obchodzi.

Tysiące ludzi, przez prawie dwa miesiące mijało to paskudztwo obojętnie. Czasem można było usłyszeć radosny śmiech i tekst w stylu: „Zobacz, sztuka współczesna!”.

 

Galeria Miejska Arsenał długo pracuje na swoją opinię. Zawieszanie podartych szmat spełnia postulat wolności repertuarowej miejskich placówek.

Ulica Półwiejska w Poznaniu. Fot. Mariusz Forecki

To jedynie zapowiedź tego, co można zobaczyć we wnętrzu galerii. Celowo nie poświęcam tej ekspozycji miejsca w tym tekście, bo nie interesują mnie wystawione na niej przenośne toalety. Nikt tu nie musi zaglądać, chyba że jest w potrzebie. Tłumów jednak nie ma.

Marnuje się to miejsce, ale nikomu to nie wadzi. Podczas gdy mnie oburza niszczenie przestrzeni zewnętrznej Starego Rynku przez obwieszanie elewacji szmatami. I że ma to skłaniać przechodniów do refleksji. Krzycząca szpetota tej instalacji daje do myślenia jedynie w kwestii kondycji sztuki współczesnej. W swojej bezradności wychodzącej na ulice wielkich miast. Tu odbywa się to kosztem chronionej, bezcennej przestrzeni Starego Miasta.

BAJKA O NAGIM KRÓLU

Wszyscy udają, że tego nie widzą. Jak w bajce o nagim królu. Naprawdę jest tam takie coś? – dziwią się rozbrajająco miejscy urzędnicy. Wywołani do odpowiedzi tłumaczą pokrętnie, że to przecież tymczasowe. Że oni osobiście nie są zwolennikami rozwieszania T-shirtów, ale z ingerencji w wolność sztuki nigdy jeszcze nic dobrego nie wynikło. Tego uczy historia.

 

Strażnicy estetyki z Parku Kulturowego deklamują: „Sztuka i estetyka mają bardzo „pojemne” definicje, a na próby wyznaczania ich granic wylano morze atramentu, a nawet stosy palono. Park Kulturowy nie wyznacza granic estetycznych w stosunku do sztuki […]. Jest to część instalacji artystycznej umieszczonej w tym konkretnym przypadku na elewacji galerii. Nie ma na niej żadnych treści reklamowych. Park Kulturowy Stare Miasto w Poznaniu nie zabrania sztuki w przestrzeni publicznej. To tymczasowa instalacja…”.

 

Ulica Kurzanoga w Poznaniu. Fot. Mariusz Forecki

Zadałem pytanie, czy w związku z tą wykładnią Park Kulturowy ogłasza swoją kompletną bezradność w tej konkretnej sytuacji niszczenia przestrzeni miejskiej pod przykrywką uprawiania sztuki. „Dziękujemy za uwagi i życzymy miłego dnia” – usłyszałem w odpowiedzi.

Wobec powyższego nie dziwi fakt, że osobom odpowiedzialnym za decyzje przestrzenne w obrębie historycznego serca Poznania wcale nie przeszkadzają inne instalacje artystyczne wokół Arsenału. Z pewnością podziwiają też kolekcję śmieci między Odwachem i Arsenałem, fantastycznie przesypujące się śmietniki w przejściu między tym ostatnim a Wagą Miejską. Ich uwadze polecam też ulokowaną tam artystyczną ławeczkę z plastikowymi wiadrami i butelkami po alkoholu.

 

Władz miejskich nie interesuje też położona niedaleko, między domkami budników a Muzeum Wojskowym, piękna uliczka Kurzanoga. Ordynarnymi kratami zamknięto tu przestrzeń publiczną.

Ulica Kurzanoga w Poznaniu. Fot. Mariusz Forecki

Chyba po to, by nikt nie zauważył liszajów odpadających tynków i pudeł klimatyzatorów na tle renesansowego ratusza. Co z oczu, to z serca.

Tymczasowo oszpecona przestrzeń podobno boli mniej od tej zepsutej na stałe. Tak pojmowana, deklarowana przez władze dbałość o estetykę miasta to czysta fikcja. Czy to nie hipokryzja, że brzydota bez treści reklamowych nie podpada pod paragraf? Uwaga, właściciele nieruchomości na Starym Mieście! Możecie obwiesić swoje kamienice, czym chcecie. Pamiętajcie tylko, by ogłosić, że to jedynie tymczasowa instalacja artystyczna, mająca skłonić do refleksji nad trudnymi problemami, najlepiej ludzkości.

 

PS Na ulicy Półwiejskiej zaklejono właśnie całą kamienicę banerami ze zgrabnymi półpostaciami w rajstopach. Nie jest to chyba dzieło Michała Anioła, ale kto wie…

CZYTAJ TAKŻE: Opatówek i początki polskiego przemysłu

CZYTAJ TAKŻE: Był sobie dwór

CZYTAJ TAKŻE: Dworzec jak katedra