fot. PIX.HOUSE

„Bo żyję”

Zdjęcia Mariusza Stachowiaka bez znieczulenia przenoszą nas w codzienność lat osiemdziesiątych. Równie bezkompromisowa jest wydana właśnie książka, stanowiąca pierwsze opracowanie jego fotograficznego archiwum. O prasowej fotografii niedającej spokoju, wybijającej z dobrego samopoczucia, demaskującej codzienność – opowiada autor publikacji, Mariusz Forecki.

Mariusz Stachowiak – urodzony w 1956 roku fotograf. „W latach 1982–1990 pracował jako fotoreporter „Wprost”, tworząc w poważnym stopniu markę fotografii tygodnika. Później przeszedł do „Dziennika Poznańskiego” (1991–1993), a od 1993 na dobre związał się z teatrem (spektakle fotografował już od 1985) (…) Po śmierci Mariusza Stachowiaka negatywami zaopiekowali się jego przyjaciele, udostępniając je Fundacji Pix.House. Ze względu na tematy i szczerość przekazu zbiór okazał się niezwykle interesującym, najważniejszym, jaki w schyłkowym PRL powstał w Poznaniu i jednym z ważniejszych pośród opisujących Polskę tamtych lat” (ze wstępu i biogramu opracowanych na potrzeby książki przez Mariusza Foreckiego).

 

Michał Sita: Dlaczego Mariusz Stachowiak był dla ciebie tak ważną postacią?

Mariusz Forecki: To była pierwsza osoba, która wyrwała mnie z fotografowania ładnych pejzaży.

 

MS: Ty robiłeś kiedyś ładne pejzaże?

MF: Robiłem. Wprowadzałem też do czarno-białych zdjęć kolor. Pędzelkiem i czerwonym tuszem malowałem przyrodę, chmurki. Bo fotografować zacząłem pod koniec lat siedemdziesiątych w Poznańskim Towarzystwie Fotograficznym. Taki amatorski ruch, jak zresztą i teraz, posiłkuje się dążeniem, by wszystko, co się pokazuje, było ładne, wprawiało w miły nastrój. W Towarzystwie odbywały się przeglądy, głosowania na zdjęcie miesiąca, zwycięska fotografia znajdowała się później w gablotce za szybą. Chodziłem na te spotkania i na konkursy. Paru moim zdjęciom udało się zawisnąć w witrynie.

 

fot. PIX.HOUSE

fot. PIX.HOUSE

Raz na takim spotkaniu pojawił się Mariusz Stachowiak i zapytał, kto chciałby pracować we „Wprost”. Tygodnik był już w Poznaniu rozpoznawalny. Pojawiały się w nim materiały opisujące w bezkompromisowy sposób ówczesną rzeczywistość. Sam fakt, że ktoś cię zapytał, czy chcesz tam pracować, był nobilitujący. A zapytał, bo nie bardzo wiedział, skąd pozyskać nowe siły. Towarzystwo było naturalnym miejscem, gdzie dało się spotkać ludzi fotografujących.

Zatrudnili mnie więc na okres próbny. I dopiero we „Wproście”, po jakimś czasie, zrozumiałem fotografie Stachowiaka. To było tak, jakby ktoś otworzył przede mną nowe drzwi. Zobaczyłem coś całkowicie innego, nowy świat, inną, równoległą  rzeczywistość. Stachowiak był drapiący, bezkompromisowy. Nie dawało się zapomnieć o jego zdjęciach. Dlatego jest dla mnie tak ważny. Umożliwił zetknięcie się z kontestującą rzeczywistość fotografią. I mnie wspierał, chociaż to wsparcie bywało nieprzyjemne. Jakby cię ktoś wrzucił na środek jeziora i powiedział: płyń.

 

MS: Kontrast między ładnymi obrazkami, światem, na który można się zgodzić, a zdjęciami Stachowiaka, jest chyba podstawą tej publikacji. Każde kolejne zdarzenie widoczne w tej książce wytrąca z równowagi. W jego zdjęciach widać głęboki protest.

MF: Szczególnie było to uderzające w tamtych poddanych propagandzie czasach. Można było włączyć dwa programy telewizyjne i kilka radiowych. I tyle. To były jedyne media dające jakieś pojęcie o rzeczywistości. A Stachowiak docierał do sytuacji znajdujących się w kontrze do oficjalnych obrazów.

 

MS: Z sytuacji, na jakich się skupiał, by ten wygładzony obraz świata podważyć, zostaje jedno wrażenie: brutalność jego perspektywy.

MF: Ciekawe, że tak to odbierasz.

 

MS: To co widział Stachowiak jest trudne do przełknięcia.

MF: Dla ciebie? Dzisiaj? Czy wydaje ci się, że było trudne do przełknięcia w tamtych czasach? Mimo że „Wprost” miał ograniczony zasięg, jakość materiałów sprawiała, że był niezwykle poczytny. Pisał inaczej, więcej, szerzej, niż dało się przeczytać w prasie kolorowej czy w tej codziennej. Tematyka charakterystyczna dla „Wprostu” nie tylko po latach ma walor wybijania z dobrego nastroju, miała go przede wszystkim wtedy – w latach osiemdziesiątych. Czytelnicy często odnajdywali w publikowanych tam reportażach fragmenty swojego życia.

 

fot. PIX.HOUSE

fot. PIX.HOUSE

Działała przecież wtedy cenzura. A mimo to we „Wproście” dawało się publikować zdjęcia o bezdomnych, o narkomanach, o pobiciach. Mogły się tam pojawiać, bo była to gazeta niszowa, wydawana w niewielkim nakładzie kilkudziesięciu tysięcy egzemplarzy. Tygodnik był traktowany przez władze jak wentyl bezpieczeństwa.

Działało to tak: na kolegium redakcyjnym swobodnie proponowaliśmy, co chcielibyśmy sfotografować. Materiał miał się pojawić za tydzień czy dwa. Stachowiak skupiał się więc na tematach, jakie sam uznawał za ważne, realizował je z charakterystyczną szczerością. Stąd pewnie bierze się brutalność, o której mówisz. A w warstwie obrazu podkreślona jest dodatkowo przez to, że „Wprost” drukowany był na podłym papierze. By cokolwiek było czytelne na zdjęciach, musiały być kontrastowe. Nie było tam miejsca na subtelne szarości.

 

MS: W jakich tematach Stachowiak szukał sposobu na odarcie tamtej rzeczywistości z fałszu?

MF: Szukał raczej sposobu na szczerość. Materiałem, jaki mną wstrząsnął były zdjęcia z pociągu relacji Szczecin– Przemyśl. Podróżowałem wtedy sporo, znałem dobrze te sytuacje. Ale do głowy mi nie przyszło, żeby je fotografować. Tym bardziej, że nie wiedziałem, jak miałbym to zrobić. Wyobraź sobie – po wejściu do przedziału i zrobieniu zdjęcia z lampą błyskową nie było już ucieczki. Nie dało się odsunąć, jak na ulicy, gdzie błyśniesz i znikniesz. W pociągu Stachowiak był sam na sam, zamknięty z ludźmi, o których podróży starał się opowiedzieć.

 

MS: Demaskował te obskurne kolejowe realia? Pokazywał, jak ciężkie były do przełknięcia? Patrząc na jego relację, czujesz, że miejsce, które sfotografował jest ostatnim, w jakim chciałbyś się znaleźć.

MF: Ale wtedy innej możliwości nie było. Żyłeś w tym po prostu. Kiedy tkwiłeś w tej normalności, ona drażniła i kłuła. Jak podczas jazdy pociągiem. Czułeś ten zapach, ten ścisk, wkurzałeś się, że nie możesz usiąść, że pety są wszędzie.

 

fot. PIX.HOUSE

fot. PIX.HOUSE

Stachowiak potrafił tę codzienność zauważać i ją wzmocnić. Dopiero z bezpiecznego dystansu, oglądając zdjęcia z fotela w redakcji, gdzie miałeś kawę i było przyjemnie – ich sens docierał, one wtedy zaczynały działać. Stachowiak znajdował sytuacje, z jakimi podświadomie się nie godziliśmy, ale nie wiedzieliśmy, jak sobie z nimi poradzić. Nie wiedzieliśmy, czy cokolwiek w ogóle da się z nimi zrobić. On zrobił.

MS: Skupiał się na codzienności takiej jak podróż pociągiem, która wydaje się przezroczysta. Uznajemy, że tak po prostu jest. Ale też w bardziej sensacyjnych obszarach szukał potencjału, by czytelników wytrącić ze zgody na ich otoczenie. Szukał w Monarze, wśród narkomanów, w szpitalach, wśród bezdomnych. Konstrukcja książki jeszcze takie wrażenie wzmacnia. Masz w niej kilka obszarów społecznych problemów, obok których nie da się przejść obojętnie. Stachowiak głęboko wchodził w te sytuacje? Czy charakter tamtych czasów i mediów sprawiał, że wystarczało wstrząsać czytelnikami?

MF: Znając miejsca ze zdjęć, wiem, że nie chodziło o tanią sensację, ale o rodzaj normalności, który był wtedy pewnym standardem. Taką normalność Stachowiak pokazywał – do niej docierał. Nie tyle szukając sensacji, co problemów, jakie w tej codzienności zamiatane były pod dywan. Dlatego jest tu historia bezdomnych czy opowieść taka jak ta: Zbigniew Namysłowski gra w przejściu na saksofonie, obserwuje go milicjant i dziecko w wózku. Dlatego jest tu historia o Babilonce – bohaterce materiału o bezdomności. Stachowiak rozmawiał z tymi ludźmi, zdjęcia pojawiały się w towarzystwie reportaży opisujących ich życie. Zresztą, jak się przyjrzysz – poczujesz, że był blisko. Słuchał.

 

MS: Właśnie z Babilonką, o której wspominasz, mam największy problem w całej książce. Widzisz zdjęcie pobitej kobiety ilustrujące tekst Piotra Gabryela z 1985 roku: „A Babilonka żyje jak pies i to jest jej nawet w smak (…) ma czterdzieści trzy lata, a wygląda na sześćdziesiąt. Tak mówią stali klienci dworca, bo trudno określić, na ile faktycznie wygląda (…) skopana przed dwoma dniami przez penerów z Głogowskiej ma straszliwie opuchniętą, fioletową twarz, którą stara się skryć za zbyt małymi, tandetnymi okularami za sto czterdzieści złotych”. Jest tu reporter oglądający coś, co go szokuje. I pokazuje to innym, których ten widok też ma szokować. Osoby, jako osoby, za zdjęciem Babilonki nie widzę. Ale przed 35 laty ten reportaż mógł mieć zupełnie inne znaczenie.

MF: Przed sobą masz tylko fragment tamtego materiału. W 1985 roku wywołał on ogromną dyskusję. W tygodniku kilka razy publikowane były relacje z rozmów mających znaleźć rozwiązania. Zastanawiano się publicznie, co zrobić, jak bezdomność ogarnąć. Jak pomóc? Reportaż o problemie, a nie sensacyjna relacja – uruchomił cały szereg dyskusji. Bo o problemach były te zdjęcia – o alkoholizmie, o bezdomności, o uzdrawiaczach, o narkomanii… Reportaż naprawdę był zaczynem do dyskusji o rzeczach, o jakich się nie mówiło, bo tego rodzaju tematy były pudrowane przez władze. Redakcja inicjowała dyskusję – i właśnie dyskusja była wartością tych materiałów. To działało. Rozmawiało się po takiej publikacji na łamach tygodnika, rozmawiało się na ulicy.

 

MS: Reporter miał ten komfort, że mógł wtedy jeszcze powiedzieć: ja wam to tylko pokazuję, a teraz wy, mądrzejsi ode mnie, dyskutujcie, jak to zmienić. Ten rodzaj uzasadnienia roli dokumentu bardzo trudno dzisiaj utrzymać.

MF: To były zupełnie inne czasy. Pamiętaj, że Polska była wtedy zamkniętym krajem, bez dostępu do wolnej prasy, do zachodnich mediów. Dziś być może odbiera się te materiały inaczej, ale wtedy – perspektywa Stachowiaka była bardzo ważna, bo pozwalała wyrwać się z otaczającej propagandy. Była przeciw, była w kontrze. Dzisiaj, kiedy cały świat masz na wyciągnięcie telefonu, może się wydawać, że tamten świat rządził się innymi prawami. Tak. Było inaczej. Rzeczywistość, proza życia były zupełnie inne.

 

fot. PIX.HOUSE

fot. PIX.HOUSE

Wyobraź sobie, że większość tego, z czym miałeś do czynienia w prasowych doniesieniach, to szum. Stachowiak był jednym z nielicznych fotografów, którzy w ogóle docierali do realnych problemów. Nie wydumanych, nie tych stworzonych przez propagandzistów partii, ale prawdziwych.

On zatrzymywał się i dostrzegał coś, czym normalnie byśmy się nie zainteresowali przytłoczeni codziennym funkcjonowaniem. W Polsce pracował tak Witold Krassowski, Tomasz Tomaszewski czy Erazm Ciołek – ale tak mocno, tak drażliwie, fotografował właśnie Stachowiak. Mnie ten sposób patrzenia wybijał z dobrego samopoczucia.

 

MS: Złożyłeś książkę ze zdjęć Stachowiaka w bardzo osobisty sposób. Widać w niej ten sam, charakterystyczny dla twojej własnej fotografii, sposób patrzenia. Zdjęcia ujawniają, że to co nas otacza jest o wiele mniej przyjazne, niż byśmy chcieli.

MF: Dokładnie tak. Przejąłem wiele ze sposobu fotografowania i wrażliwości Mariusza Stachowiaka. I można powiedzieć, że w dużym stopniu to moja książka, składająca się z jego zdjęć. Jednak jednocześnie chodziło tu o coś więcej – o ducha lat osiemdziesiątych.

 

fot. PIX.HOUSE

fot. PIX.HOUSE

Zdjęcia, które znalazły się w książce pamiętam ze wspólnej pracy w redakcji. To fotografie, które mnie wtedy uderzyły. Nie rozumiałem z początku, dlaczego zdjęcie z flagami stojącymi na stoliku baru mlecznego tak mocno działa. A działało, bo wtedy właśnie w tej fotografii ogniskowało się to, w czym żyliśmy – zwyczajność tamtych czasów.

Wybrałem więc do książki te zdjęcia, które na podobnej zasadzie były dla mnie istotne już w latach osiemdziesiątych. Bo chciałem opowiedzieć, co wtedy czułem, jak odbierałem tamtą rzeczywistość, zdać wrażeniową relację z tamtego okresu. Chodziło o przekazanie emocji i napięcia – tego wszystkiego, co mnie ukształtowało. I jeśli dzisiaj zauważasz w tych zdjęciach brutalność – może tak właśnie było?

 

MS: Na tytuł wybrałeś jednak temat wpuszczający w tę książkę jakiś promyk nadziei.

MF: Stachowiak był człowiekiem poszukującym szczęścia. Kulminacją tych poszukiwań była audycja w radiu, gdzie zaproponował, że sfotografuje wszystkich, którzy zgodzą się napisać na kartce, dlaczego są szczęśliwi. I pisali: „bo mam pracę”, „bo mam rodzinę”. Jedna osoba napisała w lustrzanym odbiciu – „bo żyję”. I to wydało mi się podsumowaniem życia Mariusza, który zawsze był wbrew, zawsze chciał zobaczyć więcej, inaczej niż w obowiązujących kanonach. To podsumowanie jego życia, takiego jakie znałem.

 

MS: Optymistyczny projekt fotografa prasowego, który prosi ludzi, by pokazali, dlaczego są szczęśliwi. To mogłaby być dzisiaj społeczna kampania rozwieszonych na przystankach portretów, które miałyby sprawić, że wszyscy poczujemy się lepiej. Albo wesoły temat w lajfstajlowym magazynie. Ale Stachowiakowi taka laurka chyba nie mogła się udać. Zostajemy ze spostrzeżeniem, że ”to co mam”, „to że tu jestem”. Reszta może wcale nie być wesoła.

MF: Portretów było dużo więcej, ludzie zostali sfotografowani w różnych sytuacjach, często w takich, które nie wprawiły w przyjemny, optymistyczny nastrój. Zostaje wrażenie, że jest inaczej, niż ci się wydaje. Inaczej, niż chciałbyś wierzyć, że jest.

 

Mariusz Forecki – urodzony w 1962 roku w Poznaniu, fotograf dokumentalista. Absolwent Instytutu Twórczej Fotografii w Opawie, gdzie obecnie pracuje nad doktoratem. Współzałożyciel galerii i wydawnictwa PIX.HOUSE. Członek ZPAF. Konsekwentnie dokumentuje zmiany społeczne zachodzące w Polsce i krajach byłego bloku radzieckiego. Swoje długoterminowe projekty wydał w formie kilkunastu wystaw i autorskich książek fotograficznych: „I Love Poland” (2009), „Człowiek w ciemnych okularach” (2016 – książka zdobyła II nagrodę Miesiąca Fotografii w Bratysławie), „Mechanizm. Polska 1988–2019” (2019 – wyróżnienie konkursu Picture of The Year International, główna nagroda miesięcznika „Press” dla najlepszej książki fotograficznej 2019 roku, wyróżnienie w plebiscycie Fotopolis). Autor publikacji w ramach Kolekcji Wrzesińskiej w 2011 roku. Był stypendystą Ministerstwa Kultury, laureatem Nagrody Artystycznej Miasta Poznania, wielokrotnym laureatem polskich konkursów prasowych lub ich jurorem.

 

 

„Bo żyję”
fotografie: Mariusz Stachowiak
koncepcja książki, skany i edycja fotografii: Mariusz Forecki
projekt: Andrzej Dobosz
skład i łamanie: Dariusz Nowak
korekta: Anna Molter
tłumaczenia: Ewa Dratwa
korekta wersji angielskiej: Violetta Lont
opieka merytoryczna i konsultacja: Adrian Wykrota

Książka została wydana przez Fundację Pix.House w listopadzie 2020 roku. Jej premiera miała miejsce na 5 Festiwalu Książek Fotograficznych X.PRINT.

Podziel się kulturą!
Ciekawe
Ciekawe
0
Świetne
Świetne
0
Smutne
Smutne
0
Komiczne
Komiczne
0
Oburzające
Oburzające
0
Dziwne
Dziwne
0