fot. Mariusz Forecki

Chciałam być chirurgiem

„Mam swoją publiczność, która zawsze jest ze mną, przychodzi specjalnie na moje spektakle. Wiem o tym. Tyle, że ja nie mam osobowości gwiazdy. Zawsze Teatr Wielki w Poznaniu traktowałam jak swój artystyczny dom, a nie pałac. Chcę się tu dobrze czuć, a nie błyszczeć” – mówi sopranistka Barbara Kubiak, która świętuje jubileusz 30-lecia pracy na scenie.

ADAM OLAF GIBOWSKI: Jedna z Pani najsłynniejszych ról to Toska z opery Pucciniego o tym samym tytule, która w drugim akcie śpiewa słynną arię Vissi d’arte, czyli „Żyłam dla sztuki”. Czy Pani żyje dla sztuki?

BARBARA KUBIAK: Dla sztuki i dla miłości. Sztukę uprawiam na scenie, a miłość pielęgnuję w domu. Cała moja kariera przebiegała dwutorowo. Z jednej strony scena, z drugie rodzina. Mam wspaniałą rodzinę – męża i dwójkę dzieci. Czas i energię było trzeba dzielić na te dwie dziedziny, nie zawsze było łatwo.

Opera jest bardzo zazdrosną sztuką, domaga się ciągłej uwagi. Moja kariera artystyczna nabrała tempa, kiedy urodziłam drugie dziecko, córkę Patrycję. W tym czasie miałam bardzo dużo wyjazdów artystycznych i gdyby nie mąż, nigdy nie mogłabym sobie pozwolić na kilkutygodniowe wyjazdy, a wiele razy tak bywało. Ale jak człowiek jest młody, na wszystko znajduje energię i czas, z upływem lat to się zmienia.

Odnoszę wrażenie, że mówi Pani o tym z jakąś rezygnacją w głosie.

Nie, to nie jest rezygnacja. Po prostu z biegiem lat zmieniają się nasze priorytety. Jeżeli człowiek ma za sobą określony bagaż doświadczeń, to czasami na pewne rzeczy przestaje mieć ochotę. Niektóre sprawy się odpuszcza, ale nie z lenistwa. W życiu trzeba mieć różne namiętności, nie można tylko zasklepiać się w skorupce własnego zawodu.

Zawsze chciała pani być śpiewaczką?

Ależ nie, ja chciałam zostać chirurgiem, to było moje marzenie. Jednak z czasem doszłam do wniosku, że to chyba nie dla mnie. Wtedy myślałam, że aby zostać lekarzem będę musiała się bardzo dużo uczyć, co mnie trochę przerażało. Paradoks polega na tym, że potem całe życie musiałam się uczyć, ciągle dochodziły nowe role i partytury, tak jest do teraz. Nauka mnie więc nie ominęła, z czego bardzo się cieszę. Zaczęło się od dziecięcego chóru Skowronki, gdzie śpiewałam w pierwszych altach. Potem była średnia szkoła muzyczna, gdzie odkryłam, że bardzo lubię scenę i dobrze się na niej czuję.

 

To chyba najważniejsze w zawodzie artysty.

Oczywiście, że tak. Scena dodaje mi energii i skrzydeł, daje mi siłę. Trema jest zawsze, ale nie jest to trema paraliżująca, tylko stymulująca.

Barbara Kubiak

Barbara Kubiak, fot. Mariusz Forecki

 

Zadebiutowała Pani stosunkowo wcześnie, bo jeszcze na studiach.

Tak, zadebiutowałam jako I Dama w „Czarodziejskim flecie” Mozarta, byłam na ostatnim roku studiów. Tak więc zaczęłam bardzo zdrowo, patrząc z punktu widzenia higieny głosu.

 

A potem?

Potem było już mniej zdrowo. Zaczęło się wielkie śpiewanie. Czyli Halka i Madame Butterfly. Na szczęście poradziłam sobie z tymi partiami i nie zaszkodziły mi, mimo mojego młodego wieku. I tu wrócę do młodzieńczej energii, o której rozmawialiśmy na początku.

Proszę sobie wyobrazić – jest rok 1989, młode małżeństwo, kilkuletni syn, budowa domu na głowie i zbliżająca się premiera „Halki”. Pamiętam jak dziś, przyszliśmy z mężem po próbie z teatru (mąż jest muzykiem orkiestry) i kładliśmy wykładzinę do późnej nocy. Skończyliśmy i usiedliśmy, patrząc na nasze dzieło, powiedziałam do męża – zobacz jak mamy ładnie. A mąż do mnie: „Basia, ty się połóż spać, rano masz próbę!” I tak to wyglądało, człowiek działał na pełnych obrotach i znajdował czas na wszystko. Śpiewałam cały czas i wydawało mi się, że wszystko jest dobrze, aż do czasu kiedy zabrałam się za Aidę Verdiego…

 

Straciła pani głos?

Nie, absolutnie nie. Po prostu zrozumiałam, że czegoś mi w głosie brakuje. Chodziło o względy czysto techniczne. Postanowiłam poszukać jakiejś pomocy pedagogicznej. Byłam w tej szczęśliwej sytuacji, że dokładnie wiedziałam czego potrzebuję – jasnych wskazówek, jak unieść ciężar tak wielkiej partii, jaką jest Aida.

To bardzo charakterystyczne dla muzyki Verdiego, która jest napisana bardzo gęsto. Śpiewa się numer za numerem. Aria, duet, znów aria, potem jakaś scena ansamblowa i tak dalej. Trzeba mieć dobrą kondycję, aby sobie z tym poradzić. Taką pomoc znalazłam w Kopenhadze u pana Andrzeja Orłowicza, który otworzył mój głos. Dzięki niemu zrozumiałam, jak mogę swój głos wykorzystywać bardziej i bezpieczniej. To była wielka pomoc. Po lekcjach u prof. Orłowskiego koledzy w teatrze bardzo szybko zauważyli, że śpiewam znacznie lepiej i swobodniej.

 

Trafiła Pani do Teatru Wielkiego w momencie, kiedy w zespole aż roiło się od oryginalnych osobowości artystycznych. Jak się Pani w nim odnalazła?

Rzeczywiście, to był ciekawy okres. Wielkie wsparcie otrzymałam od Krystyny Kujawińskiej, jednej z największych gwiazd operowych w Poznaniu. Pani Kujawińska była dla mnie wzorem, zawsze mnie wspierała i darzyła wielką życzliwością. Wiele się od niej nauczyłam. Teraz ja jestem w podobnej sytuacji, powoli młodsze koleżanki przejmują moje partie. I uważam, że teraz ja muszę oddać to, co sama otrzymałam, kiedy byłam w ich wieku. Poza tym, taka liczna rodzina teatralna to wielki skarb. Daje poczucie bezpieczeństwa i stymuluje rozwój młodych śpiewaków.

 

Kiedy poczuła się Pani gwiazdą tego teatru?

Proszę pana, ja nigdy nie czułam się gwiazdą. Proszę mnie dobrze zrozumieć, nie chcę powiedzieć, że nie czułam sympatii publiczności, wprost przeciwnie. Mam swoją publiczność, która zawsze jest ze mną i przychodzi specjalnie na moje spektakle. Mam tego świadomość. Tyle, że ja nie mam osobowości tak zwanej gwiazdy. Zawsze Teatr Wielki w Poznaniu traktowałam jak swój artystyczny dom, a nie pałac. Chcę się tu dobrze czuć, a nie błyszczeć. Do dziś bardzo silnie identyfikuję się z tym miejscem i jestem dumna kiedy mówię, że jestem solistką Opery w Poznaniu.

 

W tym roku obchodzi Pani jubileusz 30 lat pracy artystycznej. Z tej okazji 17 września w Teatrze Wielkim odbędzie się Pani koncert. Co usłyszymy?

Wybrałam te partie, które kocham najbardziej, z których jestem znana. Dlatego będzie dużo Verdiego i Pucciniego, nie zabraknie też Moniuszki, który także jest mi bliski.

 

Koncert z okazji jubileuszu pracy artystycznej Barbary Kubiak odbędzie się w niedzielę 17 września o godz. 18. Tego samego wieczoru odbędzie się też koncert inaugurujący nowy sezon artystyczny w Operze. Wystąpią soliści, chór i orkiestra Teatru Wielkiego w Poznaniu, za pulpitem dyrygenckim stanie Gabriel Chmura.