fot. Instytut Pamięci Narodowej

Ciemna strona wyzwolenia

Sowieccy sprawcy przestępstw seksualnych w Poznaniu pozostawali w zasadzie bezkarni. Sporadycznie sądzono ujętych na gwałcie żołnierzy. Wyroki były niskie, a organy Armii Czerwonej jeszcze je łagodziły.

Major Tadeusz Paszta, syn przedwojennego działacza Komunistycznej Partii Polski i wysoki oficer Ludowego Wojska Polskiego, wysłany przez władze PKWN z Lublina do Poznania, by zorganizować tu Milicję Obywatelską, przyjechał do miasta 6 lutego 1945 r.

W Poznaniu trwały jeszcze zacięte walki z Niemcami, gdy Paszta instalował się w gmachu przy dzisiejszej ul. Głogowskiej na czele niemal 300-osobowej grupy operacyjnej Komendy Głównej MO.

 

„Opanowanie sytuacji było nadzwyczaj trudne ze względu na specyficzne warunki. (…) Szczególne trudności napotkaliśmy ze strony żołnierzy Armii Czerwonej, którzy zachowują się do miejscowej ludności nieodpowiednio. Fałszywa ich ocena, że Poznań to niemieckie miasto i wszystko co w nim się znajduje jest niemieckie, bezwzględne niszczenie wszelkiego inwentarza, grabieże w mieszkaniach prywatnych, gwałt na polskich kobietach. Komendantura Wojskowa ze względu na małe swoje siły, oraz na frontową sytuację i różnorodne jednostki wojskowe z oddzielnymi kierownictwami jest bezsilna. Milicja w większości nieumundurowana i składająca się przeważnie z młodzieży, również nie ma odpowiedniego autorytetu i nie może zapobiec nadużyciom. Obecnie po zakończeniu działań wojennych i odejściu pierwszych linii frontu, sytuacja poprawia się.”– donosił Paszta w specjalnym raporcie (pisownia oryginalna). 

„Widać dziką nienawiść do Niemców”

Ostatni walczący na Cytadeli Niemcy poddali się rankiem 23 lutego 1945 r. Miasto było zniszczone w ponad 50 procentach zabudowy. Radość z wyzwolenia Poznania szybko uleciała: Sowieci zachowywali się tu jak w podbitym mieście. Częste były gwałty na Polkach. Raport Paszty niczego nie koloryzuje – pisany był przecież z myślą o jego komunistycznych mocodawcach. Dlatego jest tak wiarygodny:

 

„Ocena sytuacji przez władze centralne i Komendę Główną M.O. dotycząca zachodnich oswobodzonych terenów ze względu na oderwanie, okazała się niesłuszna. Ludność polska pomimo szalonego terroru hitlerowskiego w większości zachowała swą polskość. Na każdym kroku widać wielki patriotyzm i dziką nienawiść do niemców i Volksdeutscher’ów. Ludność bierze aktywny udział w wyłapywaniu zdrajców narodu. Milicja, jak już wyżej zaznaczyłem, prawie wyłącznie zajmowała się rejestracją niemców i Volksdeutscher’ów. Częste są zjawiska, że prowadzeni aresztowani niemcy są bici na ulicy przez ludność cywilną” (pisownia oryginalna).

Dwie krowy od Smirnowa

Choć Paszta donosił w lutym, że sytuacja w mieście się stabilizuje, było to raczej jego pobożne życzenie. Poznań głodował, a wiosną 1945 r. nastroje były tak kiepskie, że powszechnie oczekiwano opuszczenia miasta przez oddziały Armii Czerwonej.

Główną rolę w oswobodzonym z Niemców Poznaniu odgrywał sowiecki komendant wojenny, pułkownik Nikołaj Smirnow (funkcję pełnił do marca 1945 r., potem Poznaniem zarządzało kilku kolejnych oficerów sowieckich). Komendant odpowiadał m.in. za aprowizację Armii Czerwonej.

 

Nikołaj Smirnow, fotografia pochodzi z książki Krzysztofa Stryjkowskiego "Poznań 1945"

Nikołaj Smirnow, fotografia pochodzi z książki Krzysztofa Stryjkowskiego “Poznań 1945”

To do niej trafiały w pierwszej kolejności poniemieckie dobra przemysłowe, komunalne, rolnicze i żywnościowe. Choć Smirnow sprawował nadzór nad tysiącami ton zapasów mąki, udostępniał ją głodnym Polakom bardzo oszczędnie – wydał na chleb dla ludności całego województwa poznańskiego ledwie 8 ton.

Za to pięćset wagonów mąki z magazynów lubońskich zakładów chemicznych pojechało do ZSRR. Podobnie było z mięsem. Mieszkańcom województwa Smirnow ofiarował zaledwie… dwie krowy.

Ekscesy Sowietów

W maju 1945 r. sowiecki żołnierz zabił polskiego milicjanta, który próbował mu przeszkodzić w rabunku sklepu na ulicy Górna Wilda, naprzeciwko ulicy Krzyżowej. Śmierć milicjanta wzburzyła poznaniaków. W jego pogrzebie uczestniczyło ponad 5 tysięcy osób. Pojawiły się stanowcze żądania „odejścia sojuszników”.

 

„Społeczeństwo masowo skarży się na dokonywane przez żołnierzy radzieckich przechodzących oddziałów napady, grabieże, kradzieże i gwałty kobiet nawet w podeszłym wieku. Czynią to nie tylko zwykli żołnierze, a nawet oficerowie.” – czytamy w sprawozdaniach władz miasta z czerwca 1945 r.

 

W tym czasie Komenda Wojewódzka MO w Poznaniu obliczyła, że spośród 39 napadów rabunkowych dokonanych z bronią w ręku – aż w 37 przypadkach sprawcami byli czerwonoarmiści.

Strach padł na kobiety. Krzysztof Stryjkowski, autor książki „Poznań ’45. Ostatni rok wojny i pierwszy rok budowy”, podkreśla, że od informacji o gwałtach:

 

„aż roi się w sprawozdaniach sytuacyjnych, przygotowanych przez administrację lokalną”.

 

Z podsumowania z lipca 1945 r. wynika, że Sowieci wyspecjalizowali się w gwałtach zbiorowych. Napastnicy wywabiali z domów mężczyzn (np. pod pretekstem wezwania do komendanta wojennego), a potem zabierali się za ich żony lub córki.

 

„Gwałcenie odbywało się na zmianę od godz. wpół do 12. do 1. Dopiero gdy matka zemdlała, sprawcy z przestrachu ulotnili się.” – czytamy w sprawozdaniu dla zarządu miejskiego z 1 sierpnia 1945 r.

 

Poznań rok 1945, fot. Instytut Pamięci Narodowej

Poznań rok 1945, fot. Instytut Pamięci Narodowej

W połowie września nieustaleni z nazwiska sowieccy żołnierze zgwałcili, a następnie zastrzelili w lesie w Michałowicach 13-letnią dziewczynkę. Ofiarami sowieckich oficerów padały też Niemki, porywane przez nich z obozów odosobnienia dla obywateli niemieckich.

Sprawcy przestępstw o podłożu seksualnym zwykle pozostawali bezkarni. Sporadycznie zdarzało się, że ujętych na gwałcie żołnierzy sądzono. Wyroki były niskie, a organy Armii Czerwonej jeszcze je łagodziły.

Nietykalni

Oficerowie Armii Czerwonej byli nietykalni. Podczas alkoholowych imprez w restauracjach często dochodziło do scysji z Polakami, zaczepianymi przez podpitych Sowietów. Kończyły się interwencjami milicji, strzelaninami i ofiarami śmiertelnymi. Sowieccy oficerowie wzywali wtedy posiłki, doprowadzając do upokarzających scen rozbrajania polskich milicjantów. W listopadzie 1945 r. do sytuacji takiej doszło w Żegrzu, w lokalu S. Kaniewskiego.

 

Ruiny Cytadeli, fot. Instytut Pamięci Narodowej

Ruiny Cytadeli, fot. Instytut Pamięci Narodowej

Ekscesy wyzwolicieli i dewastacyjny charakter ich pobytu w Poznaniu – masowa wycinka drzew i krzewów w miejskich parkach, łowienie ryb w stawach za pomocą ładunków wybuchowych czy grabież urządzeń fabrycznych – wszystko to spowodowało, że sympatia mieszkańców miasta do żołnierzy Armii Czerwonej błyskawicznie zamieniła się w niechęć, a nawet nienawiść.

Tym bardziej, że mimo rosnących oddziałów Milicji Obywatelskiej, Polaków długo nie miał kto bronić.

 

„Na wszystkich Komisariatach i »Komendzie Głównej« [milicji – red.] ogromny chałos. Brak jakiejkolwiek ewidencji milicjantów, brak kontroli nad wykonywaną pracą milicjantów, jednym słowem kto chciał nakładał opaskę na ramię, otrzymywał broń i robił co mu się podobało (…)” Posiadamy na składzie kilka samochodów osobowych i jedną ciężarówkę oraz kilkanaście motocykli. Uruchomione warsztaty reperacyjne. Zbieramy części samochodowe. Zupełny brak benzyny i zdobycznych talonów, bez których trudno wyruszyć w drogę.” – donosił do centrali major Paszta (pisownia oryginalna).

 

Bezpieczeństwo na ulicach Poznania poprawiło się dopiero latem 1945 r., gdy w centrum miasta zwiększono liczbę polskich patroli milicyjnych i wojskowych. W siłę rosły w końcu oddziały polskiej milicji.

W grudniu 1945 r. liczyły już 671 funkcjonariuszy, uzbrojonych w 1009 karabinów i 160 pistoletów. Milicjanci pełnili wtedy służbę w przefarbowanych niemieckich mundurach, bieliznę i czapki szyto dla nich ze starych polskich płaszczy.

 

Piotr Bojarski – pisarz i publicysta, kierownik Centrum Szyfrów Enigma. W lipcu ukaże się jego nowa powieść „Coraz ciemniej w Wartheland”.