fot. P. Kozłowska

Cierpienie i cierpliwość

Coraz rzadziej zabieram ze sobą słuchawki, zdecydowanie więcej słucham otoczenia niż muzyki. Podczas pandemii wstawałem dość wcześnie, zazwyczaj po szóstej, szedłem do ogrodu wypić kawę i posłuchać ptaków - opowiada Marcel Gawinecki, muzyk znany z takich zespołów jak Ugory, Próchno, Melisa, The Spire, Trip Muad'diba.

Piotr Tkacz: Na początek opowiedz o tym, jak zacząłeś zajmować muzyką.

Marcel Gawinecki: Ciągnęło mnie do gitary już w wieku około 11–12 lat, słuchałem wtedy Faith No More, Marillion, Dream Theater, Pink Floyd, różnych mniej lub bardziej przypałowych artystów. Ale pamiętam uczucie świeżości i lekkości, które towarzyszyło mi po włączeniu „Nevermind” Nirvany. Mimo że nie doceniłem od razu prostoty tej muzyki, to dostrzegałem w niej niesamowite pokłady energii, buntu i czego tam jeszcze nie było!

Później była szkoła średnia i pierwsze próby grania w zespołach i w ogóle granie z ludźmi zamiast granie w domu do płyt. Koledzy chcieli grać numery Metalliki, co kompletnie mnie nie interesowało, bo nie znosiłem tego zespołu.

 

Poza tym miałem obcykane kilkanaście płyt niemal nuta w nutę, w domu strasznie się nudziłem, więc ćwiczyłem. Nie chciałem robić tego samego w sali prób.

UGORY, fot. J. Pełka

UGORY, fot. J. Pełka

Pochodzę z małej miejscowości, z której chciałem się wyrwać, nie miałem stałego łącza, nie wiedziałem jak szukać nowej muzyki, gdzie w ogóle jej szukać, o istnieniu last.fm dowiedziałem się lata później, wtedy dochodził do mnie głównie mainstream. A ja czekałem, aż skończę ogólniak i wyjadę studiować.

Był rok 2009, wylądowałem w Toruniu i było tam niesamowicie nudno. Wszystkich, z którymi grałem interesowało granie cudzych utworów, a ja już miałem dość, zresztą ta niechęć do coverów została ze mną na długie lata. Geografia, którą studiowałem nie ciekawiła mnie na tyle, żeby wiązać z nią przyszłość, toteż spakowałem się i wróciłem na wieś.

Rok później wylądowałem w Poznaniu na jeszcze nudniejszych studiach inżynierskich, które rzuciłem równie szybko, co geografię. Ale Poznania już nie opuściłem. To był czas zakładania pierwszych autorskich zespołów i moich muzycznych poszukiwań oraz próby zdefiniowania siebie jako muzyka. Byłem zaskoczony, kiedy chwilę później poznałem współczesną scenę toruńską, np. zespół Jesień. Pamiętam, że myślałem sobie: gdzieście, do cholery, byli, kiedy was szukałem?!

PT: A co znalazłeś wtedy w Poznaniu – z kim grałeś, na czyje koncerty i gdzie chodziłeś?

MG: Grałem wtedy z Maćkiem Kędziorą i założyliśmy The Spire. Przyłączyli się Maciej Maciągowski i Jasiu Talaga z Mnody i w takim właśnie składzie nagraliśmy pierwszy album. Było to w poznańskim Radiu Afera.

 

Przyjaźniłem się z Jakubem Lemiszewskim, Mateuszem Frugo, obok kręcili się Patryk Lichota, Hubert Wińczyk – przez chwilę tworzyliśmy zespół Trip Muad'diba (również z Maciejem w składzie, a zespół ten dał początek mnie jako basiście), Fryderyk Lisek, Tomek Śliwka – pamiętam pierwszy i chyba jedyny koncert zespołu Śnieg, który założył, to była magiczna sprawa.

Melisa fot. A. Kieblesz

Melisa fot. A. Kieblesz

Wokół było pełno składów – KakofoNIKT, Tatansquaw, A Hole in Silence, Social Cream, Graveyard Drug Party, zespół Szezlong czyli pra-Wczasy. Poza Cafe Mięsna był Dragon, Kontenery, Klub Pod Minogą, za chwilę miał się wyłonić LAS, wtedy jeszcze w pierwszej miejscówce – w budynku Poznańskich Zakładów Graficznych na Jeżycach, gdzie również graliśmy próby. Bardzo chciałem być częścią tego wszystkiego.

 

PT: Jaki mieliście pomysł na The Spire, co was inspirowało, jak się rozwijał ten zespół?

MG: Jarałem się wtedy najbardziej latami 60. i 70., ale moją największą wtedy inspiracją były solowe nagrania Johna Frusciante i to na jego brzmieniu najbardziej opierałem swoją grę. Później trochę zluzowałem z Fru (chociaż do dzisiaj wracam do jego płyt regularnie) i zakochałem się w noise rockach i połamanych rytmach. Inspirowały mnie wtedy takie zespoły jak Lightning Bolt, Talbot czy Daughters i czułem, jakby bieguny w mojej głowie zamieniały się miejscami. Był chyba 2014 rok i właśnie zakładałem Melisę, a lada moment miały się wykluwać Ugory.

 

PT: Bardzo się cieszę, że padła nazwa Melisa, bo wydaje mi się niesłusznie zapomnianym czy przegapionym zespołem. Jak to się zaczęło i jak skończyło?

MG: Bardzo mi miło, że tak uważasz, jednak sam nie wiem, z czym miałoby się wiązać docenienie. Melisa istniała krótko, acz intensywnie. Nagraliśmy dwie płyty plus koncertówkę z Chmur, z czego wszystkie się sprzedały, zagraliśmy półtora trasy koncertowej, w tym zagraniczne koncerty. Zaczęło się od przyjaźni z Mateuszem Romanowskim, zawsze kiedy byłem w Warszawie, zatrzymywałem się u Mateusza i Bibi.

 

Przegadaliśmy godziny o muzyce, koncertach, sytuacji politycznej i tego typu sprawach. Odgrażaliśmy się kilka miesięcy, że musimy sobie pograć, aż w końcu Mateusz załatwił salkę na weekend i Michała na bębny i tak to się zaczęło.

Jeździłem do Warszawy raz-dwa w miesiącu pisać z chłopakami materiał. Po kilku takich weekendach mieliśmy pierwszą płytę. Drugą napisaliśmy chyba w dwie próby, trzecia była już tylko ogrywaniem gotowego. Naprawdę było super, graliśmy wspólnie z Torn Shore, Złotą Jesienią, z Sierścią zagraliśmy całą trasę…

Dzieliliśmy czas także na inne nasze zespoły, a w sumie trochę ich było i tego czasu właśnie na Melisę zaczęło brakować. Postanowiliśmy odpuścić, bo też prywatnie nie czuliśmy się na tyle silni, żeby udźwignąć tego kolosa. Jak już wspominałem, istnieliśmy krótko, ale bardzo intensywny był to czas i emocje związane z tą muzyką również się nam udzieliły.

 

PT: Czyli już grając w Melisie, myślałeś o Ugorach, które są teraz twoim najważniejszym projektem?

MG: Wtedy Ugory to byłem ja i Robert Śliwka, robiliśmy sobie muzykę na luzie, w domowym zaciszu, bez prób i całego tego przygotowania, bez parcia na granie na żywo. Myśleliśmy o Ugorach bardziej jak o projekcie, który po prostu wypuszcza w świat nagrania, bardziej z potrzeby serca i z potrzeby wyrzucenia z siebie pewnych emocji niż z chęci robienia kariery czy jak to tam nazwać. Dla mnie stanowiło to odskocznię od prób, jeżdżenia, noszenia sprzętu i całej tej logistyki związanej z graniem w zespole.

 

PT: Skład Ugorów jednak się zmieniał, czy mógłbyś nas przeprowadzić przez tę ewolucję? Czy zmiany osobowe miały też wpływ na brzmienie? Jak wyglądał proces twórczy na początku i w późniejszych etapach?

MG: To prawda, zmieniał się i wciąż się zmienia, dlatego bardziej wolę operować terminem „kolektyw” niż „zespół”.

 

UGORY 6 i ekipa SAD Sessions, fot. A. Hudomięt

UGORY 6 i ekipa SAD Sessions, fot. A. Hudomięt

Pomyślałem, że po co zakładać kilka projektów, skoro mogę mieć taki, którego nie ogranicza żaden skład ani żadne ramy.

Obecnie gramy w kilku konfiguracjach: jako Ugory6 w składzie Mateusz Gawinecki (gitara), Marcin Haremza (bębny), Kuba Kaczmarek (gitara), Robert Śliwka (głos), Slasia Wilczyńska (głos i lira korbowa) i ja, jako Ugory4+2, czyli  Mateusz, Marcin, Mikołaj Andrzejewski (bas), Robert Śliwka oraz Miłosz Cirocki, jest też ambientowa inkarnacja pod szyldem Nagrania Polowe, czyli Karolina Karpowicz i ja.

Ale lista jest dużo dłuższa, bo po drodze zapraszaliśmy różne osoby do współpracy, zwłaszcza na „Późnym lecie” jest to bardzo widoczne. Ogólnie przez Ugory przewinęło się kilkudziesięciu muzyków i muzyczek. Uważam, że dzięki takiemu zabiegowi nasza muzyka wciąż brzmi świeżo i zaskakująco.

 

PT: A jakie artystyczne ciągoty realizujesz w zespole Próchno? Jak zawiązała się ta współpraca?

 

MG: Próchno powstało niespodziewanie i zostałem do niego zaproszony przez Bartka Leśniewskiego. Przyjechał on do mnie chyba w grudniu 2017, żeby nagrać swoje solo rzeczy, które okazały się bardzo przyjemnymi ambientami. Materiał zmiksowałem i wysłałem Bartoszowi, a on kilka dni później wysłał mi te same utwory z dograną perkusją i krótką informacją, że teraz moja kolej. Postawiłem na minimalizm i trans, bo taki kierunek zaproponował Artur swoją grą na perkusji. Moją myślą przewodnią w Próchnie jest właśnie minimalizm, nihilizm i mizantropia.

 

PT: Czy podczas pandemii zmieniło się jakoś twoje słuchanie, muzyki albo otoczenia?

 

MG: Coraz rzadziej zabieram ze sobą słuchawki, zdecydowanie więcej słucham otoczenia niż muzyki. W pewnym momencie zacząłem czuć zmęczenie i przebodźcowanie, dlatego postanowiłem spróbować zdystansować się od muzyki. Podczas pandemii wstawałem dość wcześnie, zazwyczaj po szóstej, szedłem do ogrodu wypić kawę i posłuchać ptaków.

 

Ugory, fot. A. Hudomięt

To był mój niemal codzienny rytuał, a wczesny ranek wciąż jest moją ulubioną porą dnia. Nawet teraz, kiedy jest środek zimy, zaczynam dzień od krótkiej przechadzki, zanim zjem śniadanie.

Fascynujące jest to, jak zmienia się cały akompaniament w zależności od pory roku; jaki wpływ na dźwięk silnika z dronu gdzieś w oddali ma temperatura i wilgotność powietrza; że skowronek ustępuje miejsca żurawiom czy przelatującym kaczkom.

I najlepsze jest to, że to wszystko okazuje się jedną wielką kompozycją bez początku ani końca. Fajnie jest uczestniczyć w takim słuchowisku. Natomiast jeśli chodzi o muzykę, to najwięcej słuchałem Williama Basinskiego. Jego płyty są dla mnie jak wspomnienie, którego nigdy nie miałem.

Bardzo pobudzają moją wyobraźnię i zmuszają do poszukiwań innych środków wyrazu niż dotychczas mi znane. Poza Basinskim ostatnio bardzo czerpię z amerykańskiego prymitywizmu, zwłaszcza upodobałem sobie grę Johna Fahey'a. Pandemia pogłębiła moją fascynację minimalizmem.

 

PT: Na koniec zostawiłem tradycyjne pytanie o plany na przyszłość.

 

MG: Ostatnie dwa, trzy lata były bardzo pracowite. Przez ten czas z Ugorami wypuściliśmy chyba trzy płytki i premierowy utwór dla Cyberpunk 2077, graliśmy trochę koncertów.

 

Próchno też nie spało, wyszła epka oraz bardzo fajny grudniowy live z Wrocław Industrial Festival.

Chciałoby się trochę odpocząć, ale jak zwykle nie ma kiedy. W planach jest album Ugorów, który nagraliśmy w czerwcu 2020, ale pracujemy nad nim w swoim tempie, więc proszę o jeszcze chwilę cierpliwości.

 

Poza tym, razem z moją partnerką Karoliną budujemy studio nagrań o nazwie Cierpienie i jest to duży projekt, który pochłonął nam zdecydowaną większość 2020 roku i pochłonie pewnie połowę 2021, ale robimy wszystko, żeby otworzyć się jeszcze tej wiosny. Studio będzie duże i jasne, napędzane energią słoneczną, z bazą noclegową i wszystkimi wygodami, których życzyłbym sobie i zespołom podczas sesji nagraniowej. Można nas śledzić na Facebooku i Instagramie.