fot. Katarzyna Wąsowska

Czekając na śnieg

Projekt Katarzyny i Marianne Wąsowskich, oscylujący na pograniczu fikcji i dokumentu, przekłada na język fotografii epizod polskiej migracji do Argentyny i Brazylii. Mikrohistorie o kiszeniu ogórków i portowych złodziejach są kluczem do opowieści o zderzeniu XIX-wiecznych słowiańskich kolonizatorów z realiami tropikalnej dżungli. O wizualnych badaniach społecznej pamięci z artystkami rozmawia Michał Sita.

Michał Sita: Jak zaczęła się wasza praca? Marianne, ty mieszkałaś w Argentynie, w czasie gdy pojawił się pomysł na zdjęcia potomków polskich kolonizatorów?

Marianne Wasowska: Tak, próbowałam w Argentynie ułożyć sobie życie. Szukałam punktu zaczepienia; historia polskich migrantów, którzy pojawili się tu jeszcze w XIX wieku, z antropologicznego i historycznego punktu widzenia bardzo mnie interesowała. Jakimś cudem trafiłam na archiwum braci Tarnowskich, przybyszów do Argentyny na początku XX wieku – pokoik z zakurzonymi pudłami pełnymi zdjęć i dokumentów. Nikt nie miał dostępu do tych materiałów, a mi udało się do nich dostać. Zapukałam do drzwi i usłyszałam: w porządku, chodź, zobacz. To było jak moment odkrycia skarbu.

 

Od lewej: "Las dziewiczy" z książki Tadeusza Chrostowskiego „Parana, wspomnienia z podróży" z 1914 roku - możliwe źródło wiedzy o charakterze kraju docelowego migrantów; członek stowarzyszenia potomków polskich emigrantów w Brazylii - BRASPOL; Detal małej rzeki w Paranie obecnie. fot. K. Wąsowska

Od lewej: "Las dziewiczy" z książki Tadeusza Chrostowskiego „Parana, wspomnienia z podróży" z 1914 roku - możliwe źródło wiedzy o charakterze kraju docelowego migrantów; członek stowarzyszenia potomków polskich emigrantów w Brazylii - BRASPOL; Detal małej rzeki w Paranie obecnie. fot. Katarzyna i Marianne Wąsowskie

Kiedy Kasia przyjechała do Argentyny, byłam już więc w trakcie zbierania wywiadów, składałam pomysły na zdjęcia, jakie możemy zrobić. Proces fotografowania wspomnień opierał się na rozmowach; słyszałyśmy fascynujące, kompletnie szalone rzeczy. Jak z filmu. To były pełne symboli, wizualnych tropów historie.

 

MS: Opowieści, które wzięłyście na warsztat pochodziły z jakiejś określonej społeczności? Z jednego regionu, do jakiego migrowali Polacy w XIX wieku?

Katarzyna Wąsowska: To nie są jakieś maleńkie przyczółki. W Brazylii chodzi o cały stan Paraná wielkości mniej więcej Polski. Odwiedzenie każdej wioski, w której mieszkają potomkowie Polaków, to byłoby zadanie na całe życie. Albo dwa. Bo tych ludzi mieszka w Brazylii około dwóch milionów. W sąsiadującej z Paraną, argentyńskiej prowincji Misiones, mieszka ich 500 tysięcy. Granica między tymi obszarami w Brazylii i Argentynie nie są szczelne.

MW: Ludzie mówią tam po hiszpańsku z portugalskimi naleciałościami, albo odwrotnie. Rodziny są mieszane, z przodkami po każdej stronie granicy. Pytanie, czy tożsamości są bardziej brazylijskie, czy argentyńskie, jest otwarte. A kiedy rozmawia się z potomkami Polaków, to się komplikuje jeszcze bardziej.

 

MS: Jakie rodzaje opowieści was interesowały, jaki rodzaj wyobrażeń, refleksji, jaki moment historii?

Obraz oparty na opowieściach o przybyciu do nowej ziemi. Wszyscy imigranci podróżowali z dużymi drewnianymi skrzyniami („baúl”), w których przechowywali swoją własność. Były one  łatwym celem dla złodziei portowych, którzy ukradzione przedmioty zastępowali kamieniami, fot. K. Wąsowska

Obraz oparty na opowieściach o przybyciu do nowej ziemi. Wszyscy imigranci podróżowali z dużymi drewnianymi skrzyniami („baúl”), w których przechowywali swoją własność. Były one łatwym celem dla złodziei portowych, którzy ukradzione przedmioty zastępowali kamieniami, fot. Katarzyna i Marianne Wąsowskie

MW: Historie XIX-wiecznych przybyszów, przodków dzisiejszych mieszkańców tych terenów. Trafili do świata, którego kompletnie nie znali, skrajnie odmiennego od tego, co mogli sobie wyobrażać. Z prowincjonalnej Polski czy Ukrainy znaleźli się w środku tropikalnej dżungli.

KW: W zależności od momentu, w jakim taka migracja się odbywała, trafiali w różne warunki. I Argentyna, i Brazylia były w końcu XIX wieku otwarte na imigrantów. Brazylia po zniesieniu niewolnictwa potrzebowała rąk do pracy, a polityka kształtowała się w oparciu o pomysł, że tylko biali będą w stanie pomóc w przeprowadzeniu przemysłowej rewolucji. Ważny był też rasistowski plan wybielenia brazylijskiego społeczeństwa. Na początku przybysze ze wschodniej Europy mogli więc dostać ziemię za darmo. Po jakimś czasie pojawiły się podatki, w końcu za ziemię trzeba było płacić, ale stawki były nadal atrakcyjne.

MW: Interesował nas punkt widzenia i zaplecze imigrantów. W Argentynie na przykład wielu przybyszów pochodziło z Galicji, z jej charakterystycznymi zwyczajami, językiem. I chociaż Galicja dziś nie istnieje, to odniesieniem dla tego, co imigranci budowali na miejscu, było wyobrażenie domu, jakim do dzisiaj jest ta mityczna Galicja.

 

Detale codziennych doświadczeń były dla nas najciekawsze. Szukałyśmy informacji, jak mieszkali, jak reagowali na ten teren, jak radzili sobie w początkowej fazie kolonizacji – wycinanie dżungli pod osady, spotkania ze zwierzętami. Jak odnosili się do autochtonów i czarnych mieszkańców Brazylii?

 

Pani Raczkowska, z pierwszego pokolenie imigrantów z Polski, Azara, Misiones, Argentyna, fot. K. Wąsowska

Pani Raczkowska, z pierwszego pokolenie imigrantów z Polski, Azara, Misiones, Argentyna, fot. Katarzyna i Marianne Wąsowskie

KW: Zastanawiałyśmy się, jak ten teren wpływał na ich mentalność. Miałam taki stereotyp Brazylii – z sambą i upałem, i myślałam, że może w tych warunkach te nasze polskie, zamknięte głowy stawały się otwarte, a ludzie wyluzowani. Ale nie. Do tego chyba trzeba czegoś więcej.

 

MS: Zajmujecie się wyobrażeniami, jakie towarzyszyły kolonizatorom. Po pięciu pokoleniach wszystko, z czym możecie pracować, to archiwalia, dzienniki i fantazje potomków tych ludzi. Jakich historii szukałyście?

KW: Historii o tym, jak budowali domy ze spadzistymi dachami przygotowane na śnieżyce.

MW: Albo o tym, że pracowali jak szaleni, przygotowując zapasy na zimę, i jak z pogardą się odnosili do autochtonów, którzy przez cały rok utrzymywali równe tempo.

KW: Bo miejscowi wiedzieli, że zimy nie będzie, a oni nie. Ta nieistniejąca zima miała zresztą dalsze konsekwencje – bo chociaż nigdy nie przychodziła, imigranci nie zmienili zwyczajów i nie przestali akumulować. Bogacili się po prostu. Z zapasami na zimę wiąże się też moja ulubiona historia – żeby dłużej utrzymać kiszone ogórki, trzeba je było chłodzić. W upale nie wytrzymają. Dlatego pod wodospadem albo w strumieniach, w przepięknej scenerii pośrodku dżungli, topiło się słoiki ogórków.

MW: Zabierali ze sobą z Polski zapasowe drewniane części, na wypadek gdyby w dżungli nie było ich z czego zrobić. Nie radzili sobie też z dużymi, agresywnymi mrówkami, jakie atakowały ich uprawy. Na skraju desperacji modlili się do tych mrówek, żeby oszczędziły ich pola. A że mrówki budują dwumetrowe kopce, taka scena modlitwy przypomina jakiś dziwny, animistyczny obrzęd. Wszystko to są przecież czysto wizualne sytuacje. Wystarczyło przełożyć je na zdjęcia.

 

MS: Nie zbieracie katalogu historycznych faktów, ale składacie fragmenty wyobrażeń i transformujecie je w coś nowego. Wchodzicie z takimi wspomnieniami w twórczy dialog, używacie ich do stworzenia zdjęć, które nie są już tylko dokumentalnym zapisem rzeczywistości. Co wnosi taka strategia?

Rodzina Koteckich (Maciej po prawej stronie i jego dziadek po lewej) od pokoleń wymienia listy między tymi, którzy wyemigrowali a tymi, którzy pozostali w Polsce. Listy te opisują życie codzienne, rolnictwo i zdrowie rodziny w Polsce. Archiwalna fotografia i list pochodzą z archiwum rodziny Koteckich, Santana, Cruz Machado, Brazylia, fot. K. Wąsowska

Rodzina Koteckich (Maciej po prawej stronie i jego dziadek po lewej) od pokoleń wymienia listy między tymi, którzy wyemigrowali a tymi, którzy pozostali w Polsce. Listy te opisują życie codzienne, rolnictwo i zdrowie rodziny w Polsce. Archiwalna fotografia i list pochodzą z archiwum rodziny Koteckich, Santana, Cruz Machado, Brazylia, fot. Katarzyna i Marianne Wąsowskie

KW: Jak inaczej miałybyśmy klasyfikować wspomnienia, na jakie trafiamy? Jak miałybyśmy je dzielić na te, które są prawdziwe i te, które są niewiarygodne? To są przecież wspomnienia – mają pełne prawo być nawet w całości zmyślone. Nie w tym rzecz, czy to, co przedstawiają, zdarzyło się czy nie, ale w tym, że ludzie pamiętają w ten właśnie sposób. Za pomocą tych wspomnień konstruują swoją rzeczywistość i za ich pomocą rozumieją proces zasiedlania Argentyny i Brazylii przez Słowian, czyli proces, który ich samych ukształtował. Z drugiej strony – nasze zdjęcia też są kreacją, nie da się przecież prawdziwie opowiedzieć o cudzej pamięci. Taka opowieść musi opierać się na fikcji.

MW: Dla mnie ważny jest sposób, w jaki podchodzę do innych ludzi. Pracując jako fotoreporterka, musiałam się mierzyć z pytaniami o to, dla kogo produkuję swoje narracje, co ludzie, o których opowiadam, mają z mojej pracy, jakie jest etyczne uzasadnienie mojej obecności w ich życiu i faktu, że coś od nich biorę? Szczególnie, kiedy pracowałam w sytuacjach biedy i nieszczęścia.

 

To pytania centralne dla antropologii, ale w fotografii pojawiają się rzadko. A dla mnie są kluczowe. Dlatego tutaj, transformując opowieści, jakie zbierałyśmy, uczciwiej wchodzimy w relacje. Przekładamy historie na zdjęcia i te historie nabierają nowego wymiaru, pozwalając na zupełnie innego rodzaju emocjonalne zaangażowanie, stają się czymś nowym.

Mają inną wartość dla ludzi, którzy te historie opowiedzieli. To uczciwsze, dać coś od siebie, gdy mozolnie budowało się zaufanie i relacje. To bardziej fair niż dokumentalna historia.

 

KW: Nie próbowałyśmy zachować neutralności. Marianka pochodzi z Francji, ja z Polski. Miałam w związku z tym tę przewagę, że byłam traktowana jak celebrytka, jak ktoś stamtąd. Dawałam bezpośrednie połączenie z krajem, który potomkowie polskich kolonizatorów traktują jak kolebkę, starają się podkreślać swoje polskie cechy, zwyczaje, praktyki. W pierwszym domu, w jakim nocowałam, powitali mnie chlebem i solą, w tradycyjnych strojach. Jak papieża.

 

MS: Pomagacie wzmacniać mity polskości, jakie funkcjonują w tych południowoamerykańskich enklawach?

KW: Tej tożsamości nie trzeba wzmacniać. Prawie w każdej wiosce działa nauczyciel polskiego, znajdzie się ktoś, kto był parę lat temu w Polsce i o niej opowiada. Różnica może polegać na tym, że nauczyciel polskiego uczy współczesnego polskiego, a my nikogo nie poprawiałyśmy, dla nas ważny był język, jaki znają, symbolika, jaką wykształcili na miejscu. Tam przecież funkcjonuje polski z naleciałościami sprzed 150 lat i elementami portugalskiego czy hiszpańskiego. Nazwy przedmiotów, roślin czy zjawisk, jakich w Polsce nie było, są portugalskie albo hiszpańskie, deklinuje się je w polski sposób. W Paranie nazwali to nawet dialektem „Polonese Parannese”.

 

MS: Ta polskość rozwijała się przecież równolegle, musiała wytworzyć swój własny folklor. Ale to chyba osobny temat?

Obraz oparty na wspomnieniu Jana Raczkowskiego z Apostoles, Misiones, Argentyna. Kiedy przybyli pierwsi migranci, nie wiedzieli jak walczyć z mrówkami, szczególnie dużymi i silnymi w tym regionie. Zdesperowani, (mrówki zjadały plantacje), zaczęli się modlić, żeby je zatrzymać. Mrowiska, nazwane z języka guarani tacuru, mogą osiągnąć dwa metry wysokości, fot. K. Wąsowska

Obraz oparty na wspomnieniu Jana Raczkowskiego z Apostoles, Misiones, Argentyna. Kiedy przybyli pierwsi migranci, nie wiedzieli jak walczyć z mrówkami, szczególnie dużymi i silnymi w tym regionie. Zdesperowani, (mrówki zjadały plantacje), zaczęli się modlić, żeby je zatrzymać. Mrowiska, nazwane z języka guarani tacuru, mogą osiągnąć dwa metry wysokości, fot. Katarzyna i Marianne Wąsowskie

KW: To jest kolejny etap pracy. Chcemy się przyjrzeć młodym ludziom. Zakazanej miłości; Polaków zakładających rodziny z Afrobrazylijczykami czy z Niemcami, którzy w tym środowisku są na cenzurowanym. Ale z młodymi ludźmi jest trudniej; możesz zauważyć pewne ich zachowania i postawy, robią różne rzeczy, ale niekoniecznie oni sami je rozumieją albo są w stanie o nich opowiedzieć.

MW: Każda z polskich wsi ma swój zespół tańca ludowego. Po zajęciach, jak skończą krakowiaka, zaczynają reggaeton. W tych samych, tradycyjnych strojach. A w garderobach te stroje wiszą posegregowane na lubelskie, mazowieckie, łowickie, chociaż regiony etnograficzne są czystą abstrakcją. Nikt się nie zastanawia, gdzie leży takie mityczne Mazowsze i czy coś znaczy. Próbowałyśmy jakoś to ugryźć: fotografować stroje ludowe produkowane w Paragwaju, bo tam taniej niż w Argentynie. Ale egzotyka takiego obrazka – łowickich pasków w dżungli – jest przytłaczająca. Jeszcze nie doszłyśmy do tego, jak je sfotografować, żeby wyciągnąć z tej sytuacji nieco więcej.

 

MS: Łatwo byłoby zatrzymać się na takim egzotycznym kontraście i zbudować wokół niego proste, jednoznaczne wyjaśnienie. Wy pracujecie inaczej: wchodząc w interakcję z historią, świadomie tworzycie z niej subiektywną fikcję.

KW: Bo nie da się opowiedzieć w jeden, prawdziwy sposób o dwóch milionach potomków Polaków mieszkających w Brazylii. Sama wpadłam w podobną pułapkę: zaczęłyśmy research w 2015 roku, kiedy w Polsce ruszyła nagonka na uchodźców, którzy mogliby tu trafić, ale nigdy nie trafili. Myślałam sobie, jak może wyglądać ta sytuacja w odwróceniu, kiedy Polacy mierzą się ze skrajnie obcym klimatem, kolonizując dżunglę.

 

Może przestają być pozamykani w swoich uprzedzeniach?

Bo jak mogliby być zamknięci w Brazylii i Argentynie, gdzie wszyscy, oprócz ludności autochtonicznej, są migrantami? Ale taki upraszczający pomysł wystarczy skonfrontować z rzeczywistością, żeby okazało się, że nie ma nic wspólnego z prawdą. Jest milion kontekstów, które sprawiają, że każda indywidualna historia ma własną specyfikę.

 

Czekając na śnieg – wystawa w ramach pokazu finalistów programu otwartego Fotofestiwalu w Łodzi prezentowana jest między 6 a 16 sierpnia br. w pofabrycznej przestrzeni Art_Inkubatora przy ul. Wincentego Tymienieckiego 3.

Katarzyna Wąsowska (ur. w Gdańsku, 1990) ukończyła fotografię na Uniwersytecie Artystycznym w Poznaniu. Jest współzałożycielką kolektywu wydawniczego i czytelni self-publishingu „Ostrøv” w Poznaniu. Jej praktyka artystyczna lawiruje pomiędzy subiektywną, nierzeczywistą fotografią kreacyjną a dokumentalną. Odnosząc się do literatury naukowej i paranaukowej, opierając swoje wizualne badania na archiwach i wywiadach z ludźmi, buduje opowieści o konkretnych miejscach lub określonych społecznościach, dalekie od faktów, ale wiarygodne historycznie. Jej prace pokazywane były między innymi na festiwalach takich jak TIFF Festival we Wrocławiu, Encontros da Imagem w Bradze, Athens Photo Festival.

Marianne Wasowska (ur. w Paryżu, 1988), fotografka i artystka wizualna. Po licencjacie z antropologii zaczęła studia na ENSP w Arles, które ukończyła w 2014 r. Pracowała dla gazet jako fotografka i fotoedytorka („Le Monde”, „Libération”). Jest członkinią Hans Lucas Studio. W latach 2016–2017 była rezydentką w Casa Velazquez (Hiszpania), w 2018 roku była jedną z nagradzanych artystek/-ów BilbaoArte Foundation (Hiszpania). Pracuje nad długoterminowymi projektami dokumentalnymi, w których wykorzystuje swoje antropologiczne wykształcenie jako metodę kwestionowania autorstwa i powiązań między reprezentacją, władzą i tożsamością. Tworzy także obrazy mentalne, opierające się na instalacjach fotograficznych widzianych w ciemności. Obecnie mieszka w Meksyku.