fot. M. Lapis

Dalej niż bliżej: Agnieszka Duczmal

"Ty masz muzykę w rękach" - z Agnieszką Duczmal rozmawia Anna Kochnowicz-Kann

Anna Kochnowicz-Kann: Latem ubiegłego roku poinformowałaś na Facebooku, że myślisz o napisaniu autobiografii. Wywołało to powszechny entuzjazm. Piszesz?

Agnieszka Duczmal: Bardzo nieregularnie – wtedy, kiedy mam czas, ale ciągle też mnie dopadają wątpliwości, czy w ogóle powinnam to robić i jaką nadać temu formę. Nie chciałabym zanudzić, ale i nie chciałabym zrobić z tego wyłącznie zbioru anegdot. Na razie notuję różne rzeczy i jedynie żałuję, że nie istnieje coś takiego w mózgu, co by mogło zapisywać moje myśli, bo one pojawiają się – na przykład – kiedy jadę samochodem.

 

AKK: Dyktafon nie rozwiązałby problemu?

AD: Ale mówić i myśleć to dwie różne sprawy, a ja chciałabym móc zapisać też to, w jaki sposób myślę o tym, co próbuję napisać. Natychmiast. Bo potem to ucieka. Zmienia się nastrój, włączają się językowe rygory i wszystko przestaje być tym, o co mi chodziło.

 

AKK: Cieszę się, że ta książka w tobie żyje.

AD: Żyje, tylko czasu za mało, bo ciągle coś się zdarza, ciągle coś zawodowo przygotowuję.

 

AKK: No, właśnie: za rok kolejny jubileusz – pięćdziesiąt pięć lat orkiestry…

AD: …i trzeba to już powoli planować. Oczywiście, nikt nie jest w stanie przewidzieć, jaka będzie sytuacja. Od dwóch lat wisimy na wielkim znaku zapytania, co chwilę coś się zmienia i nagle większość wydarzeń musi się zmieścić w dwóch czy trzech miesiącach zamiast w roku. Wtedy jest szaleństwo.

 

AKK: Życie nas nauczyło, że najbezpieczniejszym okresem jest wiosna–lato…

AD: Ale to też nie jest pewne do końca.

 

AKK: Skoro wspomniałyśmy o jubileuszu… Z perspektywy czasu widać, że lata temu podjęłaś słuszną decyzję, kiedy zdecydowałaś się poświęcić wyłącznie założonej przez siebie orkiestrze (1968). Ale wtedy, te pięćdziesiąt parę lat temu, nie pojawiały się wątpliwości? Że może opera, w której pracowałaś przez kilka sezonów od 1972 roku, byłaby lepsza? Albo filharmonia (1971–1972)?

AD: Podjęłam tę decyzję, ponieważ uważałam, że tak będzie najsłuszniej. Wtedy byłam prawie jedyną kobietą w tym zawodzie. Prawie, bo oprócz mnie tylko Ewa Michnik „walczyła” w orkiestrach symfonicznych. A kiedy udało się otrzymać etaty dla zespołu, nie miałam wątpliwości, że muszę się skupić na nim – po to, żeby doprowadzić go do najwyższego poziomu artystycznego, żeby stał się znakomitą orkiestrą.

 

AKK: Mimo wielkich sukcesów wasz los w pewnym momencie zawisł na włosku: mówiło się o likwidacji.

AD: Ale to było wtedy, kiedy byliśmy już bardzo cenionym zespołem. W 2014 roku. Mieliśmy blisko pół wieku własnej historii.

 

AKK: Tym bardziej były to zaskakujące wieści.

AD: To był rzeczywiście trudny czas. Ale… nic się nie działo z dnia na dzień, chmury zbierały się stopniowo; podobna sytuacja spotkała NOSPR i w końcu ta orkiestra rozstała się z radiem.

 

fot. M. Lapis

fot. M. Lapis

Liczyłam się z tym, że z nami może być tak samo. Na szczęście, dwa lata wcześniej rozmawiałam o tym z panem marszałkiem Markiem Woźniakiem i usłyszałam, że jeśli będę miała nóż na gardle, pomoże mi, nie zostawi nas, bo w Urzędzie nie wyobrażają sobie, aby orkiestra miała przestać istnieć – na to zgody nie będzie. Ja mu uwierzyłam, a on okazał się politykiem, który dotrzymuje słowa.

Teraz więc jesteśmy instytucją kultury, którą prowadzi Urząd, a współprowadzi Polskie Radio oraz Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

 

AKK: I chyba po raz pierwszy macie stabilną sytuację finansową.

AD: Wiemy, na czym stoimy, a to bardzo ważne. Ale poza tym startujemy po granty, do konkursów ministerialnych i w Urzędzie Marszałkowskim, żeby uzyskać dodatkowe pieniądze na inne projekty lub wyjątkowych solistów.

 

AKK: Uparłaś się na Poznań i by orkiestra była tu, choć wszystkie znaczące zespoły chcą wiązać się z Warszawą, bo właśnie stamtąd startuje się w świat…

AD: Przez to, że byliśmy Orkiestrą Polskiego Radia i centralę mieliśmy w Warszawie, znajdowaliśmy się i tak jedną nogą tam. Dla tutejszych władz okazało się to bardzo wygodne: finansowała nas stolica, a splendor spadał na Poznań. Ale prawdą też jest, że dopóki prezydentem był pan Andrzej Wituski, mieliśmy i stąd duże wsparcie.

 

AKK: I dlatego nie chciałaś Poznania opuścić?

AD: Czułam, że moje korzenie zbyt mocno tu wrastają. Urodziłam się w Krotoszynie, ale – poza pierwszymi siedmioma, ośmioma latami tam – całe życie spędziłam w Poznaniu. Tutaj miałam rodziców i brata, i byłam tak związana z tym miejscem psychicznie, że wydawało mi się absolutnie niemożliwe, abym cokolwiek mogła robić gdzie indziej.

Poza tym, jeżeli przez pierwszych jedenaście lat Poznań mi pozwolił jednak na działanie, potem też – poprzez Zbigniewa Napierałę, który był szefem Polskiego Radia i Telewizji w Poznaniu – zaproponował mi kontynuację prowadzenia orkiestry jako radiowo-telewizyjnej (1977), to miałam za co być wdzięczna temu miastu…

 

fot. M. Lapis

fot. M. Lapis

Wiesz, człowieka zawsze kusi, by podkreślać, że tylko dzięki swojej własnej pracy wszystko osiągnął. Zgoda, sporo w tym racji. Ale… gdyby w określonych momentach ktoś nie podał ci ręki, to tej pracy nie mogłabyś wykonać. Ja wiem o tym, że dzięki konkursowi Karajana (wyróżnienie w 1975 r. na Międzynarodowym Konkursie Dyrygentów Herberta von Karajana w Berlinie Zachodnim – przyp. AKK) otrzymałam określone propozycje i ten konkurs naprawdę otworzył mi drzwi, bo przecież nie przyjaźń ze Zbyszkiem Napierałą; wtedy właściwie się nie znaliśmy, ale on zdawał sobie sprawę, że jeżeli zdobyłam takie wyróżnienie, to znaczy, że coś umiem i warto we mnie zainwestować.

Takie sytuacje, które otwierają drzwi, są ważne i jeżeli w tych drzwiach spotkasz kogoś, kto powie: „Spróbujmy razem popracować”, to może zdarzyć się coś wspaniałego. Zbigniew Napierała nie mówił mi, co mam robić, w jaki sposób prowadzić orkiestrę – on mi zaufał, wyciągnął do mnie dłoń, uznał, że dam radę i pozwolił mi spróbować.

 

AKK: Zbigniew Napierała pojawił się, kiedy miałaś już za sobą parę lat pracy. Orkiestra powstała w 1968 roku, do Radia trafiliście w 1977 r. Czy kogoś takiego jak on spotkałaś też wcześniej? Kogoś, kto cię utwierdzał w przekonaniu, że dobrze planujesz swoje zawodowe życie?

AD: Sama wiedziałam, że powinnam być dyrygentką, ale utwierdzali mnie w tym moi profesorowie: pani profesor od fortepianu – Maria Służewska-Linette, która uważała, że moja muzykalność predestynuje mnie do tego zawodu, profesor Stuligrosz, profesor Krzemieński, przedtem jeszcze, w średniej szkole muzycznej, profesor Kulczyński, do którego się zgłosiłam na dodatkowe lekcje z dyrygentury chóralnej. To właśnie on mi powiedział, kiedy pierwszy raz publicznie zadyrygowałam chórem:

 

„Zapamiętaj tę datę, bo to jest początek twojego życia…”.

 

Wiedziałam, że dostałam talent od Pana Boga i muszę go wykorzystać. W tym przekonaniu utwierdził mnie także słynny krytyk muzyczny Jan Weber, którego zaprosił Zdzisław Dworzecki na prowadzoną przeze mnie próbę, a skrzydeł dodał mi Maestro Witold Rowicki, gdy po moim koncercie z Orkiestrą Filharmonii Narodowej wszedł do garderoby z okrzykiem:

 

„Dziecko, ty masz muzykę w rękach!”.

 

Stałe wsparcie otrzymywałam też – oczywiście – od rodziców i męża.

 

AKK: Ale przecież nie co roku powstawały orkiestry studenckie, a ty tak zaczynałaś…

AD: Możemy się zastanawiać, czy wierzyć w przypadki, czy nie. Ja uważam, że w jakimś sensie sami je prowokujemy tym, co robimy, a potem się zdarza, że ktoś zaproponuje, żebyś coś zrobiła. W moim wypadku to była Marysia Domańska, wówczas przewodnicząca ZSP w Wyższej Szkole Muzycznej w Poznaniu, która zapytała, czy nie chciałabym założyć orkiestry…

A to pytanie padło, bo zakończyła działalność orkiestra, którą w poprzednim roku prowadził mój starszy kolega. Zespół się rozpadł w sposób naturalny: ludzie pokończyli studia i rozjechali się po Polsce. Pomyślałam wtedy, że to fantastyczny pomysł i warto spróbować. Tym bardziej, że na dyrygenturze mieliśmy tylko raz w miesiącu zajęcia z orkiestrą.

 

AKK: To jak ćwiczyliście? Przy fortepianie?

AD: Tak, właśnie tak. I tak jest do dzisiaj.

 

AKK: Skoro o tym mówimy… Istnieje coś takiego jak alfabet dyrygencki? Jakiś skodyfikowany zapis znaków, którego trzeba się nauczyć?

AD: Pewne zasady oczywiście obowiązują. Kiedy pokazujemy piano, nie może być gestu, który sugeruje wielką siłę, forte. No i jest kierunek – że tak powiem – taktowania: on musi być jasny dla orkiestry. To jednak drobiazgi. Partytura jest bardziej złożona.

 

fot. M. Lapis

fot. M. Lapis

Trzeba rozumieć cały zapis i co się dzieje w środku – harmonię. Trochę to przypomina uczenie się czytania książki, tylko że książkę czytamy po kolei linijkami, a tutaj musisz i w pionie rozszyfrowywać „wielkość ważności” sekwencji różnych instrumentów, żeby to miało takie brzmienie, o jakie ci chodzi, i jednocześnie czytać w poziomie, bo tam zapisano „opowieść”. Trudno to wyjaśnić. Z zewnątrz wydaje się pewnie proste: dyrygent staje przed orkiestrą i macha.

A to nie tak – „machanie” ma przekazywać wiele treści, energię zapisanej muzyki, całą wizję interpretacyjną utworu.

 

AKK: Ale na koncercie ma się wrażenie, że muzycy rzadko patrzą na dyrygenta.

AD: Kontakt wzrokowy między nami jest prawie stały. On działa na takiej zasadzie, jak przy prowadzeniu samochodu: kierowca patrzy przed siebie, ale widzi też, co się dzieje dookoła – muzyk patrzy na nuty, ale jednocześnie obserwuje, co dyrygent sugeruje.

 

AKK: A batuta? Jest potrzebna czy to tylko element dekoracyjny, symbol funkcji? Nie wszyscy nią się posługują…

AD: Chórem nie dyryguje się z batutą, ale orkiestrą – tak, bo ta pałeczka, która jest przedłużeniem ręki, daje bardziej precyzyjny impuls. Dla mnie jest ważna. Ja bez niej nie dyryguję. W różny sposób ją trzymam, w zależności od tego, jakie emocje chcę przekazać. Batuta też coś mówi – tak, jak moje ręce. Nie chodzi przecież o to, żebym była taktomierzem! Zarys taktu jest potrzebny, oczywiście, ale on musi być wypełniony treścią. Treść to są słowa, a słowa to emocje, które tworzymy, prowadząc odpowiednią narrację danych fraz.

 

AKK: Ile masz batut?

AD: Jedną, której używam, i drugą zapasową, gdyby ta pierwsza się złamała.

 

AKK: Z czego jest wykonana?

AD: Z włókna szklanego, z końcówki wędki, zrobiona przez mojego męża. I dopasowana do mojej ręki – ma taką wagę, jakiej mi potrzeba i taką grubość, jaka mi odpowiada. Włókno szklane jest bardziej elastyczne od drewna. Poza tym w powietrzu inaczej pracuje. Jeden dyrygent lubi mieć długą batutę, drugi krótką, na przykład Walerij Giergijew używa takiej zapałki, jakieś piętnaście centymetrów, a moja ma – nie wiem, nie mierzyłam – około trzydziestu.

 

AKK: A ta „Diamentowa Batuta”, którą otrzymałaś w ubiegłym roku (14.11.2021), rzeczywiście jest diamentowa?

AD: Tak, gdyż umieszczony jest w niej diament.

 

AKK: I da się nią dyrygować?

AD: Nie, jest zbyt ciężka. Jest po prostu cudownym symbolem.

 

AKK: To znaczy?

AD: Uznania moich dyrygenckich dokonań. To wielki honor znaleźć się w gronie trzynastu najwybitniejszych polskich dyrygentów obdarzonych tym wyróżnieniem.

 

AKK: Z tej naszej rozmowy wynika, że miałaś szczęście do ludzi.

AD: Tak, miałam. Ale stykałam się też i z takimi ludźmi, którzy uważali, że niekoniecznie kobieta powinna stać na czele orkiestry. Opatrzność czuwała nade mną w momentach przełomowych… Uważałam też zawsze, że nie wolno się poddawać, przeciwności dodawały mi bodźców do działania: kiedy coś mi się nie udawało, szybko potrafiłam podnieść się z podłogi. Poza tym byłam bardzo konsekwentna w tym, co robię – wiedziałam, do czego dążę, i nie zgadzałam się na niesłuszne kompromisy. Zrezygnowałam na ileś lat z dyrygowania innymi orkiestrami po to, żeby z moją wypracowywać nasz specyficzny styl.

 

AKK: I udało się: macie rozpoznawalne brzmienie – od razu wiadomo, kiedy gra Amadeus.

AD: Tak, to nasz wielki sukces.

 

AKK: Jedna córka poszła w twoje ślady, druga – wybrała wiolonczelę. Twój tata był dyrygentem… Jakiś gen muzyczny w rodzinie?

AD: Muzyków zawodowych w przeszłości u nas nie było. Wydaje mi się, że któryś z dziadków amatorsko grał na skrzypcach. Muzyczne inklinacje, czy geny, jednak być musiały, bo z niczego to się nie wzięło.

 

AKK: Ciekawe, że linia męska okazała się odporna: brat został chemikiem, syn – informatykiem. A Karolina (Jaroszewska – przyp. red.) zawsze chciała grać na wiolonczeli?

AD: Odkąd jej to zasugerowaliśmy.

 

AKK: Skąd pomysł?

AD: Intuicja. Wydawało mi się, że postura i charakter Karoliny idealnie odpowiadają temu instrumentowi. Przyszłość potwierdziła słuszność tego wyboru. Jej umiejętności wydobywania magicznych kolorów w brzmieniu wiolonczeli i fantastyczne frazowanie spowodowały nawet zaproszenie jej do studiowania w Juilliard School przez słynną Zarę Nelsową, a także do wykonania recitalu w Carnegie Hall.

 

AKK: Niedawno wystąpiła z Amadeusem jako solistka. Jak się pracuje z własną córką? Kto komu się podporządkowuje?

AD: Solista jest solistą. Mogę mieć odmienne zdanie i zaproponować coś innego interpretacyjnie, ale to solista decyduje, czyja wizja będzie zrealizowana. Dyrygent musi ją po prostu uzupełnić. Nie ma znaczenia, czy to własne dziecko. Karolina często jednak mnie prosi, abym posłuchała, nad czym aktualnie pracuje i wtedy dyskutujemy sobie na temat zawiłości interpretacyjnych.

 

AKK: Mimo wszystko… nie jest łatwo być twoim dzieckiem.

AD: Dzieci znanych rodziców w ogóle nie mają łatwego życia. Muszą w dwójnasób udowadniać swoją wartość, swoje umiejętności, aby nie być posądzonymi o koneksje rodzinne. Na szczęście, zawody artystyczne to „zawody prawdy”: gdy stajemy na estradzie, nikt za nas nie może wykonać koncertu czy stworzyć kreacji aktorskiej…

 

AKK: Anna miała grać na skrzypcach. Zamieniła smyczek na batutę. Spodziewałaś się tego czy to było kompletne zaskoczenie?

AD: Byłam szczęśliwa, że w końcu odkryła to, co ja wiedziałam wcześniej. Nie mogłam jednak wywierać na nią żadnego nacisku – musiała dojść do tego sama. Historia jest znana… zupełnie jak z bajki.

 

fot. M. Lapis

fot. M. Lapis

Bo przecież to absolutny przypadek, że Eiji Ōue podczas próby VII symfonii Beethovena zaproponował, by ktoś z orkiestry, w której Ania grała, zastąpił go za pulpitem dyrygenckim. Ania się zgłosiła i usłyszała potem od Ōue, że właśnie do tego się urodziła i ma natychmiast zmienić kierunek studiów, zapisać się do niego na zajęcia…

Bardzo mnie to ucieszyło, kiedy zadzwoniła i powiedziała, że jak tylko zaczęła dyrygować, od razu wiedziała, że to jest jej miejsce.

 

AKK: A od 2009 roku współpracuje z Amadeusem jako druga dyrygentka. Znając polskie realia, domyślam się, jak trudną drogę musiała przejść wcześniej. Wiązało się to też ze zmianą nazwiska.

AD: Nazwisko zmieniła, żeby uciąć wszystkie dyskusje i plotki, żeby nie tłumaczyć ciągle, że jest moją córką. Myślę, że psychicznie to było dla niej bardzo ważne: zaakceptowała publicznie tę sytuację. Nie było jej łatwo.

 

AKK: Czyj to był pomysł z Amadeusem? Wcześniej pracowała z Antonim Witem.

AD: U niego odbywała asystenturę, ale kiedy kończył się ten czas, to pomyślałam… Wiesz, lata temu rozmawiałam z profesorem Stuligroszem – martwił się, bo nie wiedział, kogo wskazać jako swojego następcę, przyznałam się, że też mam problem, co zrobić kiedyś z orkiestrą.

 

fot. M. Lapis

fot. M. Lapis

I wtedy padło, zresztą nie tylko z jego strony, pytanie: „Kogo właściwie szukasz, skoro masz tak utalentowaną córkę, za kim jeszcze się rozglądasz?”. Pomyślałam, że może ma rację, ale to orkiestra musi ostatecznie ją zaakceptować. Zaproponowałam Ani jakieś projekty i poprosiłam koncertmistrzów, żeby pod tym kątem przyglądali się jej pracy. Ona o tym nie wiedziała.

Potem usłyszałam, że nie tylko ją akceptują, ale i uważają, że świetnie prowadzi orkiestrę, a publiczność ją kocha.

 

AKK: Zachowałaś się tak, jak kiedyś inni wobec ciebie: uchyliłaś jej drzwi.

AD: Tylko dla niej to było trudniejsze. Nasze dzieci wychowały się w Amadeusie. Tu byli sami ich przyszywani wujkowie i ciocie. Ania u jednego uczyła się przez jakiś czas gry na skrzypcach. Powiązania były naprawdę bardzo bliskie. I teraz ona musiała stanąć przed nimi i wymagać, zwracać uwagę, że coś nie tak, że trzeba inaczej…

 

AKK: Niedawno podpisała umowę z międzynarodową agencją… Nie stanie to na przeszkodzie w pracy z Amadeusem?

AD: Na razie Amadeusa prowadzimy na cztery ręce, więc jej ewentualne wyjazdy nie są problemem. Dzielimy zadania tak, by wszystkim było dobrze.

 

AKK: A teraz ogromny sukces: jako pierwsza Polka otrzymała właśnie główną nagrodę na prestiżowym, międzynarodowym konkursie na dyrygenckie stypendium Taki Alsop Conducting Fellowship. Co to dla niej oznacza?

AD: To dla niej otwarcie drzwi na świat, zaproszenia do dyrygowania słynnymi orkiestrami – w Chicago, Londynie, Wiedniu, Gratzu czy na Aspen Festival.

 

AKK: Wróćmy do ciebie, chodzącej legendy: od 30 października ubiegłego roku w Krotoszynie jest skwer twojego imienia…

AD: Byłam tak tym zszokowana, że nie wiedziałam, jak reagować, kiedy zwrócono się do mnie z pytaniem, czy zgodzę się na to. Pierwsze, co powiedziałam: „Przecież ja jeszcze żyję!”.

 

AKK: Krotoszyn to w twoim życiu zaledwie parę lat, sam początek.

AD: Myślę, że te pierwsze lata życia są jednak bardzo ważne. Tam była wolność i przyroda. Mieszkaliśmy właściwie na granicy miasta, choć dzisiaj to centrum.

 

fot. M. Lapis

fot. M. Lapis

Zaraz obok rozciągały się łąki i pagórki, z których zjeżdżaliśmy na sankach i nartach. Pamiętam piękną aleję kasztanową, która prowadziła do lasu, a las porastały konwalie. Był też teren nazywany przez nas „Piaskami”. Chodziliśmy tam bawić się w wojnę lub Indian. A przy kamienicy rozciągał się olbrzymi ogród i właścicielka pozwalała nam w nim buszować. Kawałek dalej było Liceum Pedagogiczne z olbrzymim boiskiem, na które dostawaliśmy się przez dziury w płocie. To był czas swobody, zachłystywania się wolnością i przestrzenią…

Dla mnie przestrzeń ciągle jest bardzo ważna. Także w muzyce. I czas. Bo musi być czas na oddech. Jak podczas mówienia, jak podczas czytania: przecinki, wykrzykniki, myślniki, dwukropki i tak dalej.

 

AKK: Krotoszyn to chyba też taki jedyny w twoim życiu moment, kiedy mogłaś „bezkarnie” spędzać czas tak, jak chciałaś. Potem była już tylko praca, zawsze na kilku etatach. Nawet w szkole nie kończyło się na szkole, bo było też ognisko baletowe, chór… Często powtarzasz, że samą muzyką nie można się zajmować, że trzeba robić coś jeszcze, ale jak znaleźć na to czas? Na dom, ogród, na zdjęcia, na książki?

AD: Trzeba decydować, co w danym momencie jest ważniejsze… Ogrodem jestem już trochę zmęczona, bo rośliny powyrastały, ćma bukszpanowa pożarła wszystkie bukszpany i teraz się zastanawiam, czym te luki wypełnić. Za chwilę muszę coś z tym zrobić.

 

AKK: W tym roku czeka cię duże wyzwanie: zostałaś jurorem 16. Międzynarodowego Konkursu Skrzypcowego im. Henryka Wieniawskiego.

AD: I jest to z jednej strony przyjemne, bo widzę, ilu utalentowanych młodych ludzi chce w nim brać udział, ale z drugiej strony – bardzo stresujące. Przyznam, że niechętnie się zgodziłam, wolałabym już nigdzie nie być jurorem. I chyba to jest ostatni raz. Uważałam po prostu, że jestem coś winna Towarzystwu Wieniawskiego i w ogóle temu konkursowi, który towarzyszy mi od dziecka; najpierw chodziłam na niego jako słuchacz, potem uczestniczyłam z Amadeusem, akompaniując skrzypkom w koncertach Mozarta. No więc tak będzie. A jak będzie? Zobaczymy.

 

AKK: Czujesz się spełniona?

AD: W dużej mierze tak, jednak zawsze chce się więcej. Ja chciałabym jeszcze długo dyrygować.

 

Agnieszka Duczmal – ur. w 1946 w Krotoszynie. Jedna z pierwszych na świecie dyrygentek. Absolwentka Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej w Poznaniu w klasie prof. Witolda Krzemieńskiego, uzyskując dyplom z wyróżnieniem (1971). Założycielka i dyrygentka Orkiestry Kameralnej Polskiego Radia Amadeus (od 1968 jako „Pro Musica”, a od 1988 pod obecną nazwą). Jest laureatką I Ogólnopolskiego Konkursu Dyrygentów w Katowicach w 1970 r. W 1975 r. uzyskała wyróżnienie na IV Międzynarodowym Konkursie Dyrygentów Herberta von Karajana w Berlinie Zachodnim. Rok później wraz ze swą Orkiestrą zdobyła Srebrny Medal Herberta von Karajana na Międzynarodowych Spotkaniach Młodych Orkiestr w Berlinie Zachodnim. W 1982 r. otrzymała tytuł „La Donna del Mondo” (Kobieta Świata) przyznany przez Międzynarodowe Centrum Kultury Saint Vincent w Rzymie pod patronatem UNESCO i prezydenta Włoch za wybitne w skali światowej osiągnięcia w dziedzinie kultury, sztuki i działalności społecznej. Wraz z Orkiestrą Kameralną Polskiego Radia Amadeus nagrała ponad 50 płyt, a dla Polskiego Radia ponad 10 000 minut muzyki. Dla Telewizji Polskiej zarejestrowała ponad 100 koncertów i programów muzycznych. Uhonorowana m.in. Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski, „Złotym Fryderykiem” i „Diamentową Batutą”.

Podziel się kulturą!
Ciekawe
Ciekawe
0
Świetne
Świetne
5
Smutne
Smutne
0
Komiczne
Komiczne
0
Oburzające
Oburzające
0
Dziwne
Dziwne
0