fot. fot. M. Lapis

Dalej niż bliżej: Maciej Mańkowski

"Interesuje mnie niejednoznaczość" - z Maciejem Mańkowskim rozmawia Anna Kochnowicz-Kann.

Anna Kochnowicz-Kann: Siedzimy przy stole, obok nas zdjęcie Michała Grudzińskiego, jedno z serii „Look at me”, tworzonej przez ciebie od siedmiu lat. Portrety. Na wielu na plan pierwszy wybijają się ręce – zatrzymane w ruchu dookreślającym postać. Portret Grudzińskiego to kompilacja jego wszystkich ról.

Maciej Mańkowski: Nie byłbym w stanie tego zrobić, gdybym go nie znał, a znamy się ponad czterdzieści lat. Zrealizowałem – jako operator telewizyjny – wiele spektakli, w których grał. Znam każdy jego grymas, każdy gest. Chciałem, żeby to była kwintesencja wszystkich jego twarzy – chyba tysiąc, bo przecież on nieustannie gra. Tu może nie od razu jest rozpoznawalny, ale…

 

AKK: … jest prawdziwy. Portret oddaje jego osobowość, a dłonie są ważną częścią tego opisu.

MM: Ręce są znaczące. Zwłaszcza w takim zawężonym kadrze jak tu. One wyrażają emocje, dopełniają grafikę, albo stają się znakiem… Tak, dłonie są ważne w opowieści o człowieku. O ile „mówią”. A czasami mówią więcej, niż byśmy chcieli. Wypowiadam się poprzez fotografię, to jest moje medium. Mam jednak nadzieję, że udaje mi się tworzyć „fotografię plus” – tak to nazywam – czyli coś, w czym widać też odniesienia do innych dziedzin sztuki: rzeźby, grafiki, malarstwa. I moją nimi fascynację. Spójrz na inne zdjęcie z tej serii: nieważne, czyj to portret – popatrz na ręce! Długo przymierzałem się do tego spotkania… Ten mężczyzna ma ponad siedemdziesiąt lat. Świetnie wygląda. Jego wiek widać tylko na dłoniach. Dla mnie one to po prostu piękna rzeźba. Ręce są wyraźnie na pierwszym planie. Zobacz, jaki stanowią kontrast dla twarzy i co zaczyna się dziać dzięki temu!

 

AKK: Pamiętam twoje wcześniejsze cykle, przede wszystkim „Metafory” (1998): tancerki zestawione z przedmiotami. Unieruchomione. Podobnie jest z owadami i storczykami, które dzisiaj fotografujesz. Natomiast „Look at me” to dynamika. I nie anonimowy model, tylko żywy człowiek, identyfikowalny. Wszystko inaczej…

MM: Dla mnie ten cykl ma – w jakimś sensie – charakter terapeutyczny: „użyźniam” nim swój mózg. W ułamku sekundy muszę podejmować decyzje, jak pokazać tych ludzi. Drążyć ich, prowokować. Zupełnie inna praca niż przy oklejaniu jajka jajkami i robieniu z tego – na przykład – jakiegoś motywu wielkanocnego.

 

fot. M. Lapis

fot. M. Lapis

Portret to nie jest gra techniczno-wizualno-graficzna, ale bardziej film, akcja, to wydobywanie z człowieka tego, co w nim ukryte. Pomocne okazały się dawne doświadczenia telewizyjne; przez wiele lat zajmowałem się przecież filmem. „Look at me” to projekt na całe życie – poznaję nowych ludzi i buduję ich obrazy, a wokół tego tworzy się szerszy kontekst: kontakt, fizyczne docieranie do portretowanych, co nie jest wcale proste, bo ludzie obawiają się fotografowania – muszę ich przekonywać do tego, sprawić, by uwierzyli w sens mojego pomysłu, by mi zaufali niejako w ciemno, bo przecież kiedy zaczynamy naszą sesję, nie wiemy, co z tego wyniknie…

Poza wszystkim „Look at me” jest antidotum na to, co dzieje się wokół.

 

AKK: A wydawać by się mogło, że właśnie owady byłyby lepszym sposobem na wyalienowanie, bo jesteś wtedy wyłącznie sam ze sobą.

MM: Spełniają tę funkcję doskonale, to prawda, ale owady to obrazy dekoracyjne i uruchamiam tu inne myślenie. Także – nie ma co ukrywać – biznesowe. Przy portretach natomiast mogę zanurzyć się w innych ludziach, ich historii. Nie ma tu podtekstu komercyjnego. Jest zupełnie inaczej.

 

AKK: Zdjęcie, nawet portretowe, mówi też sporo o fotografującym.

MM: W moim wypadku to po prostu afirmacja życia. Nigdy nie interesowały mnie ekstrema. Dziś chętnie fotografuje się śmietniki, bajzel, ścieki, niedopałki papierosów… Ja uciekam w inne tematy. Nie wiem, czy osiągam to, co założyłem, ale fotografując na przykład kwiaty, chcę zbliżyć się do czystego piękna.

 

AKK: Twoje storczyki są szczególne – metaforyczne.

MM: Ich dwuznaczność jest cudowna. I niezwykle subtelna. Jeśli ktoś znajdzie odpowiedni trop, może wiele odkryć.

 

AKK: U ciebie komunikat zawsze ma drugie dno, kieruje nas w stronę poezji. Tylko… zastanawiam się…  jak o tym wszystkim – o pięknie – rozmawiać dzisiaj, w obliczu tego, co dzieje się w Ukrainie?

MM: Zauważ, że ta sytuacja jest nowa poprzez jej bliskość, bo wojny ciągle gdzieś się dzieją, świat jest w nieustannym konflikcie.

 

fot. M. Lapis

fot. M. Lapis

I trzeba o tym pamiętać. Oczywiście, obecną sytuacją jestem przerażony jak wszyscy. Trudno mi w tym się odnaleźć. Ratunkiem jest praca. Pozwala uspokoić myśli. Nakładanie kolejnych warstw zmartwienia, jeśli nie jestem w stanie pomóc, nic nie daje. Czy to jest samolubne – robienie jakichś obrazków? W czasie II wojny światowej artyści też tworzyli. Głowa gdzieś musi odpocząć. Ale… na pewno nie jestem jeszcze gotowy, by odpowiedzieć ci na pytanie, gdzie tu jest miejsce na piękno. Nie wiem. Stan szoku ciągle trwa i on przykrywa wszystko.

 

AKK: Teraz jest czas na fotografię reportażową, dokumentalną. Ciebie to jednak nigdy nie pociągało.

MM: Ja po prostu zawsze umiałem realistycznie ocenić własne szanse. Wybrałem fotografię, bo uznałem, że za pomocą innego medium wyrażam się słabo. Nie chciałem niczego robić na siłę. W początkowej fazie, tak na pierwszy rzut oka, fotografia wydaje się sztuką łatwą, wyłącznie mechaniczną, a ja miałem aparat i mogłem przenieść świat na negatyw, na papier i tak dalej. Z czasem pojawiło się pytanie, czy zdołam z tym zrobić coś więcej i co mnie tak naprawdę interesuje? Nie lubię łazić po błocie. Każdy pejzaż mogę wykreować w studiu – światłem, rekwizytem. Inni są w tym lepsi, pójdą wszędzie. Ja nie muszę, nie chcę, nie umiem i tyle.

 

AKK: Większości ludzi właśnie się wydaje – tak, jak tobie na początku – że fotografia to nic trudnego: ot, patrzysz i pstrykasz. Mechanika. Zdjęcia ze smartfonów zalewają internet. Każdy jest artystą we własnym przekonaniu, lajki na portalach społecznościowych go w tym utwierdzają, gdzieś zatarły się granice między sztuką a fotografią amatorską.

MM: Dotknęłaś bardzo istotnej kwestii, którą ja też często podnoszę. Problemem zasadniczym jest słaba edukacja estetyczna i dlatego zacierają się te płaszczyzny, o których mówisz: co jest oryginałem, co jest odkryciem, a co kopią, fałszem. Ludzie się gubią. Widzą, że coś jest podobne, ale nie widzą, że jednak inne. I coraz częściej zaczyna się to też odbywać na poziomie profesjonalnym. Mamy wielu artystów bardzo sprawnych, dobrych technicznie, którzy pokazując pewną rzeczywistość, jednak nie tworzą sztuki. Brakuje wiedzy, wyczucia, kontaktu na co dzień z przedmiotem czy obrazem, nie chodzi się do muzeów… Wszystko nakłada się na siebie.

 

AKK: Wiedza na temat dokonań innych jest istotna?

MM: Są dwie metody: albo nic nie oglądać i robić swoje, pozostając w stanie niewiedzy, albo oglądać wszystko i odrzucać to, co nie wnosi nic nowego.

 

AKK: Niektórzy myślą, że furtkę do sztuki otwiera profesjonalny, odpowiednio drogi, sprzęt.

MM: No, właśnie! A nie o to chodzi i nigdy o to nie chodziło. Fotografia powstaje w głowie. Oczywiście, jest spore grono zwolenników tak zwanej perfekcji, takiego wręcz wyuzdania technicznego – ci ludzie, według mnie,  mają pewien problem z odnalezieniem się w czymś mniej doskonałym pod tym względem. Ja ze swoim sprzętem jestem daleko za nimi. Ale – powtarzam – nie o to tu chodzi.

 

AKK: Pamiętasz, kiedy uznałeś, że będziesz zajmował się fotografią? Oczywiście, to był proces, ale kiedy się zaczął?

MM: Pierwszy zachwyt fotografią, choć jeszcze nie jako dziedziną sztuki, to dzieciństwo: fascynacja teatrem, jaki powstawał w ciemni. To mieściło się w obszarze moich innych zainteresowań – chemicznych. Pasjonowały mnie różne doświadczenia, w domu miałem laboratorium. Od fotografii dzielił mnie więc tylko krok.

 

AKK: Krok raczej do ciemni…

MM: Ale nim się tam znalazłem, musiałem coś wykonać.

 

AKK: Zwykle przypadek o czymś takim decyduje. Ktoś podarował ci aparat?

MM: Aparat był w domu, odkąd pamiętam. Robiło się jakieś fotografie domowe, zapełniało albumy. Ojciec tym się zajmował. Kiedyś pozwolił mi zrobić zdjęcie i tak to się zaczęło. A potem znalazłem sponsorkę w mojej babci, która kupiła mi pierwszy porządny aparat, jakiś czas później – powiększalnik.

 

AKK: Po maturze nie wybrałeś uczelni, która pozwoliłaby ci te zainteresowania rozwinąć.

MM: Poszedłem do Pomaturalnego Studium Ceramicznego w Krotoszynie. Na pierwszym roku uczyłem się o ceramice budowlanej, na drugim o ceramice szlachetnej. Poznawałem procesy technologiczne.

 

AKK: Historia ciekawie zatoczyła koło, bo dziś współpracujesz z Ceramiką Tubądzin – robisz dla nich kalendarze, katalogi, zdjęcia reklamowe.

MM: Od ponad dwudziestu lat. Mało tego, właściciel Tubądzina kończył tę samą szkołę, co ja. Taki splot zdarzeń. Ale jeszcze mu o tym nie mówiłem…

 

AKK: Nic się nie dzieje przypadkiem, jak twierdzą filozofowie. Ale powiedz: nie kusiło cię, żeby iść do szkoły filmowej?

MM: To się stało później. Kiedy pracowałem jako operator kamery w Poznańskim Ośrodku Telewizyjnym.

 

AKK: Ładnych parę lat po maturze, między 1976 a 1986 rokiem.

MM: Pamiętaj, że ja jestem chłopak ze Środy Wielkopolskiej. O tym tam wtedy się nie myślało. Fotografowanie to było hobby. I tylko tak je traktowałem. Niczego nie zmieniały konkursy, medale, nagrody. Inna świadomość przyszła z czasem. Właściwie dopiero właśnie telewizji. I to też nie na początku, tylko wtedy, kiedy zbliżałem się do końca swojej tam obecności.

 

AKK: To, czym się zajmowałeś w telewizji, chyba odegrało dużą rolę w twoich późniejszych wyborach – tych ścieżek, którymi do dziś podążasz. Pewnie, gdybyś był operatorem newsowym, bliższy ci stałby się fotoreportaż, ale ty pracowałeś w studiu, przy filmach, spektaklach i koncertach.

MM: I całe szczęście! Ta praca dawała pewien komfort, możliwość wykazania się, uruchomienia zupełnie innego myślenia. Wyrabiała szybkość reakcji na to, co dzieje się na planie, umiejętność przewidywania tego, co może się zdarzyć, ale i dawała szansę zajmowania się zagadnieniami wyłącznie estetycznymi – plastyką obrazu.

 

fot. M. Lapis

fot. M. Lapis

Sporo spektakli zrobiłem z Maciejem Wojtyszką. Nie było większej satysfakcji niż usłyszeć, że zapowiadając swój kolejny przyjazd do Poznania, Maciej naciskał, bym znalazł się w ekipie. Dogadywaliśmy się, mój sposób kreowania obrazu jemu odpowiadał. Pracowałem głównie na ręcznej kamerze. To też był atut. Świetny czas. Ale potem produkcja zmalała, ośrodek poznański przestał realizować to, co mnie interesowało i… odszedłem.

Byłem pierwszym pracownikiem TVP, który sam złożył wypowiedzenie.

 

AKK: I założyłeś PHOTO DESIGN.

MM: Prosta konsekwencja tamtego doświadczenia, jak dzisiaj to widzę. Moje najważniejsze kompetencje wynikały z pracy przy widowiskach. Ważny był kontakt z wielkimi reżyserami, z wielkimi aktorami. To dotąd procentuje. Miałem inny „punkt startowy”, większą swobodę w nawiązywaniu kolejnych znajomości, inicjowaniu ich. Przez te lata tyle rzeczy zrobiłem, że nabrałem też odwagi, by coś samemu proponować. Moja praca była najlepszą rekomendacją. I wiesz, właśnie tamto doświadczenie – w gruncie rzeczy – umożliwiło mi stworzenie teatru, który odbywa się teraz, przy okazji „Look at me”. Także z tego powodu ten cykl jest dla mnie szalenie ważny.

 

AKK: Słowo „teatr” wydaje się kluczowe, jeśli chodzi o ciebie. Nawet w przypadku zdjęć reklamowych. Myślę też, że telewizja dała ci na tyle dobry background, że mogła demotywować do podjęcia studiów operatorskich. Zacząłeś je w łódzkiej filmówce, ale…

MM: Miałem wtedy za sobą chyba już pięć lat pracy i sporo o tej robocie wiedziałem. Studiów nie skończyłem. Zresztą w międzyczasie wyjechałem za granicę. Znalazłem się w Berlinie. Tam zrobiłem parę fajnych rzeczy fotograficznych i to jakby utwierdziło mnie w wyborze dalszej drogi.

 

AKK: Zaczynałeś od fotografii reklamowej. Wtedy wygięte widelce, noże czy talerze musiały być rzeczywiście wygięte, bo to były czasy jeszcze przedkomputerowe.

MM: I są one tysiąc razy lepsze od wyginanych później w programach graficznych. No, właśnie: technologia i nieograniczone możliwości jej wykorzystania – wszelkie przekształcenia obrazu. To nigdy nie było moim celem, nigdy mnie specjalnie nie pasjonowało. Moim guru artystycznym jest ciągle Roman Cieślewicz. Miał do dyspozycji klej i nożyczki. A potem reprodukował to, co stworzył. Do tej pory jest wielki. Wszystkie aktualne zmagania, czynione przy pomocy różnych metod, rzadko mnie przekonują. Szkoda, że młode pokolenie nie czerpie z tamtych doświadczeń, rzadko kto ma świadomość, kim był Cieślewicz i co robił.

 

AKK: Wpływ Cieślewicza rzeczywiście da się dostrzec u ciebie, zwłaszcza we wczesnych pracach. A jacy fotograficy byli ważni?

MM: Klasyka klasyki, czyli Richard Avedon, Irving Penn, Helmut Newton, David Bailey… Oni wszyscy posiedli umiejętność znajdowania jądra fotografii. Po prostu mieli ten zmysł. Do tego dochodziła edukacja, kultura zachodnia, amerykańska. Tych nazwisk jest więcej, oczywiście. Za każdym razem to milowe kroki w rozwoju fotografii. Każdy z nich coś znaczącego dołożył.

 

AKK: A gdybyś miał wymienić jedno nazwisko?

MM: To Avedon. Cesarz fotografii. I tak go traktuję z każdego punktu widzenia. Zdjęcia mody, jego przewartościowania, myślenie i tak dalej.

 

AKK: Mówisz o współczesnych zmaganiach z technologią, ale ty też obrazy przetwarzasz komputerowo. Dagegrafie nie powstałyby bez nich…

MM: Ale to jest szukanie własnego pisma, a nie schematycznej atrakcyjności. Oczywiście, w przypadku dagegrafii (technika łącząca dagerotypię ze współczesną fotografią i grafiką – przyp. AKK) też chodzi o to, by było ciekawiej, inaczej. Kwiaty pojawiają się u wielu fotografów – można by pomyśleć, że związane są z określonym wiekiem: kończysz ileś lat i cyk, jest przyroda… Kwiatami interesuję się od dawna, ale chyba z pięć lat trwało, zanim znalazłem pomysł na nie.

 

AKK: Najpierw musiały pojawić się dagerotypy?

MM: Od lat je kolekcjonuję. Fascynuje mnie ta technika i czas w niej zapisany.

 

AKK: Wiesz, może to faktycznie przyglądanie się przyrodzie przychodzi z wiekiem? Wtedy, kiedy przestajemy się spieszyć, kiedy mamy czas, by przystanąć…

MM: To możliwe… Faktycznie, trzeba poświęcić dużo czasu i skupienia przy oglądaniu owadów czy kwiatów. Wcześniej życie było zbyt intensywne. Dopiero dziś wiem, jak bardzo potrzebna jest też pauza.

 

AKK: Co dalej?

MM: Dagegrafia się zmienia, rozwija: od czystych nawiązań do dagerotypii po wariacje popartowskie, i to pewnie nie koniec, bo ciągle zauważam jej nowe możliwości. Raz poszukiwania zmierzają ku uproszczeniom, innym razem ku komplikacji.

 

fot. M. Lapis

fot. M. Lapis

Często to połączenie dawnych tematów i nowej techniki. Jednym z moich celów jest, by tworzyć takie przedmioty, do których chętnie się wraca i odczytuje na nowo. Ta technologia daje mi możliwość zapisywania wprost różnych tropów interpretacyjnych, bo w zależności od tego, gdzie znajduje się obraz i ty względem niego, światło wydobywa na plan pierwszy inne szczegóły. Jest w tym jakaś tajemnica, jakaś nieoczywistość, coś poza czasem. I to mnie najbardziej interesuje: niejednoznaczność. Poza tym… jak rolnik… stosuję płodozmian: zawsze coś mam dodatkowo otwartego, jakiś inny temat.

Odchodzę i wracam. Inaczej bym nie mógł. Są więc dagegrafie, ale i portrety, i tak dalej.

 

AKK: Czy fotografia reklamowa, z którą jesteś kojarzony najbardziej, schodzi na plan drugi, coraz mniej jej uwagi poświęcasz?

MM: Nie, ona jest nadal ważna. Zapewnia mi byt, po prostu.

 

AKK: Dziś jest kompletnie inna niż wtedy, kiedy zaczynałeś ją uprawiać. Storytellingowa. Dawne doświadczenie telewizyjne okazuje się chyba znowu pomocne?

MM: Patrząc z dzisiejszej perspektywy, to ono na każdym etapie było istotne, ale te kompetencje pojawiały się samoistnie. Dla mnie to dobrze.

 

AKK: Wygląda na to, że w twoim życiu wszystko zdarzyło się wtedy, kiedy powinno.

MM: Tak trochę jest. Pewne rzeczy jednak wychodzą same, nie sterujesz nimi: coś się kończy, coś zaczyna. Gdyby telewizja nie zaprzestała produkcji, która mnie interesowała, nie odszedłbym z niej i może nie założył studia i tak dalej. A skoro tak, to mam tylko nadzieję, że będę też wiedział, kiedy zakończyć jeden temat i zająć się następnym. Żeby nie było knotów na moim koncie. Staram się nieustannie siebie sprawdzać. I ciągle mnie nosi. Teraz na przykład szukam sposobu na martwą naturę. Marzy mi się, żeby jakoś otrzeć się o malarstwo holenderskie. Na swój sposób, rzecz jasna. Mój ojciec był fryzjerem. Mam jego nożyczki oklejone plastrami. Zobacz, co zrobiłem… Albo tu: na talerzu zestarzałe cytryny…

 

AKK: Znowu mijający czas…

MM: Ale i zatrzymana pamięć.

 

AKK: Tak jak i w „Look at me”. No właśnie: na ile jest ważna pamięć?

MM: Dzisiaj ci nie powiem. Okoliczności zewnętrzne wszystko zmieniły, przewartościowały. Od nowa muszę nakręcić swoją sprężynę. Wtedy o tym pogadamy. Dzisiaj nie wiem.

 

MACIEJ MAŃKOWSKI – ur. w 1949 r. w Środzie Wielkopolskiej, jeden z najważniejszych polskich fotografików. W 1989 r. założył w Poznaniu studio PHOTO DESIGN. Jako jeden z pierwszych w Polsce zajmował się fotografią reklamową. Obok niej uprawia fotografię artystyczną. Ma na swoim koncie wiele wystaw indywidualnych i zbiorowych. W 2021 roku jeden ze swoich dagegraficznych cykli – „Storczyki” – pokazywał na EXPO 2020 w Dubaju.

 

Podziel się kulturą!
Ciekawe
Ciekawe
1
Świetne
Świetne
2
Smutne
Smutne
0
Komiczne
Komiczne
0
Oburzające
Oburzające
0
Dziwne
Dziwne
0