fot. Marek Lapis

Dalej niż bliżej: Paulina Wycichowska

"Zawsze czułam się choreografką" - z Pauliną Wycichowską rozmawia Anna Kochnowicz-Kann.

Anna Kochnowicz-Kann: Dopiero co obroniłaś doktorat na Uniwersytecie Muzycznym w Warszawie…

Paulina Wycichowska: Tak, w lutym.

 

AKK: I myślisz już o habilitacji?

PW: Tak, bo jeśli wybrało się naukę, to droga jest tylko do przodu.

 

AKK: Jakiś czas temu natrafiłam w internecie na zdjęcia ze spektaklu „Miriam”, realizowanego przez  twoją mamę, Ewę Wycichowską, w Teatrze Wielkim w Łodzi  w 1985 roku. Na kilku fotografiach ośmioletnia dziewczynka, ty… Może gdyby nie to przedstawienie, twoje życie potoczyłoby się inaczej, bo przecież mama robiła wszystko, abyś nie poszła w jej ślady?

PW: Faktycznie nie chciała, żebym tańczyła. Posyłała mnie na zajęcia plastyczne. W rodzinie byli architekci, malarze, podobno też nieźle się zapowiadałam.

 

AKK: Ale zapisała cię do zespołu tańca ludowego…

PW: … co zupełnie mi nie odpowiadało. Nie umiałam zrozumieć sensu tego, co robiliśmy, bo akurat w nieskończoność powtarzaliśmy jakieś pojedyncze elementy. Mnie to męczyło, ruch nie był naturalny. Byłam tam raz albo dwa – na więcej się nie zgodziłam.

 

AKK: Wiele czasu spędzałaś za to w teatrze.

PW: Ja się tam wychowywałam. To był mój świat, moje naturalne środowisko. Znałam wszystkie pracownie, garderoby, scenę zza kulis…

 

AKK: A któregoś dnia, kiedy mama przygotowując się do „Miriam”, szukała dziewczynki, ktoś jej powiedział, że ma przecież ciebie. Pamiętasz ten spektakl?

PW: Najpierw zapytała mnie, czy chciałabym w nim wziąć udział. Oczywiście, chciałam. I dobrze go pamiętam.

 

AKK: Trudny muzycznie – muzyka współczesna…

PW: …Bronisława Kazimierza Przybylskiego, ze zgrzytami, piskami i tak dalej. Ale ja z tego typu muzyką byłam osłuchana, nie stanowiła więc dla mnie problemu.

 

fot. M. Lapis

fot. M. Lapis

Bardzo szybko ją zapamiętałam. Całą. Moja rola wymagała, abym pojawiała się w różnych miejscach na scenie w określonym momencie muzycznym; dla mnie to była cudowna zabawa.

Miałam kontakt ze znakomitymi artystami. Najważniejsza jednak była relacja z widownią. To mnie właśnie zaczarowało – ten specyficzny rodzaj połączenia, wyczuwalny przepływ energii. Właśnie wtedy zdecydowałam, że to będzie moja droga.

 

AKK: I niedługo potem zdawałaś  do szkoły baletowej w Łodzi.

PW: A moja mama powiedziała, że do tego ręki nie przyłoży; jak chcę tam zdawać, to sama mam sobie napisać podanie. I tak zrobiłam. Babcia mi podpowiedziała, jak ma to wyglądać.

 

AKK: Poszłaś na egzamin, a w komisji  – mama…

PW: Na mamę nie zwracałam uwagi. Od zawsze byłam zadaniowa – miałam coś wykonać i skupiałam się na tym, by zrobić to możliwie najlepiej. Śmiałam się potem, że chyba był słaby nabór, skoro się dostałam, bo nie miałam za dobrych warunków do tańca klasycznego. Na szczęście, zauważono plusy: moją dużą muzykalność i poczucie rytmu, bardzo dobrą wtedy aparycję, odpowiednie proporcje i dużą skoczność. Brakowało mi gibkości, co było zrozumiałe, bo nie przygotowywałam się wcześniej do tych egzaminów i się nie rozciągałam. Wiązała się z tym słaba rotacja zewnętrzna w stawach biodrowych – to do tej pory jest moim problemem – no i nie miałam wystarczająco ładnie wysklepionej stopy… Dowiedziałam się o tym później. Mama tak bardzo nie chciała, abym się dostała, że – jak mi później sama mówiła – podkreślała te moje mankamenty.

 

AKK: Ale nic nie wskórała.

PW: Tak, zostałam przyjęta.

 

AKK: Babcia się ucieszyła?

PW: Ona kochała mnie nad życie, więc bardzo. Ale wiele lat później zaczęła powtarzać: „spalić wszystkie teatry!”. Mówiła tak, obserwując życie mamy i moje…

 

AKK: Ile czasu spędziłaś w łódzkiej szkole baletowej?

PW: Dwa lata.

 

AKK: Na ile Łódź była ważna? Jak to dziś oceniasz?

PW: W Łodzi, w wieku dwunastu lat, zostawiłam moje dzieciństwo. Łódź to także zauroczenie tańcem. Czas pewnego rodzaju inicjacji i uświadomienia sobie, czego chcę. Zawsze wracam do niej z sentymentem.

 

fot. M. Lapis

fot. M. Lapis

I dlatego po latach przyjęłam zaproszenie, by prowadzić zajęcia w tamtejszej Akademii Muzycznej. Ważny jest dla mnie zapach tego miasta, jego klimat. Kiedy znajduję się w okolicach Teatru Wielkiego, czy Jaracza, gdzie moja babcia mieszkała, albo przy ulicy Narutowicza, gdzie był Dom Aktora, w którym spędzałam wieczory po premierach mamy, wracają wspomnienia – na przykład imprez, na które siłą rzeczy byłam zabierana jako dziecko artystów; siedziałam wtedy gdzieś w kącie, patrzyłam, jak bawią się rodzice, piłam pepsi i pogryzałam słone paluszki.

Taki smak dzieciństwa, symbol ówczesnych bankietów…

 

AKK: Co takiego stało się w Poznaniu, który nastał potem, że Łódź zamknęła twoje dzieciństwo, jak mówisz?

PW: W 1988 roku przeprowadziłyśmy się do Poznania, bo mama została dyrektorką Polskiego Teatru Tańca. Po raz piąty zmieniłam szkołę, a to niesie ze sobą określone konsekwencje: pozostawia się przyjaciół. Te pożegnania były dla mnie zawsze trudne. Ciągle musiałam konfrontować się z nowym środowiskiem. Wiadomo, że kiedy wkraczałam na nowy teren, wewnętrzne hierarchie były już poustalane i zadzierzgnięte przyjaźnie, każda szkoła działała w inny sposób –  to też dla mnie było nowe. Łódzka szkoła była bardziej kameralna, w poznańskiej non stop się gubiłam. W jej zakamarkach, korytarzach można było zniknąć. Do tego syndrom „dobrej uczennicy”, czyli wewnętrzna konieczność spełniania oczekiwań i wykonywania jak najlepiej wyznaczonych zadań, a do tego przejęłam wtedy odpowiedzialność za siebie, musiałam sama zadbać o swój rozwój… No, nie był to łatwy czas.

 

AKK: I do tego jeszcze nazwisko Wycichowska…

PW: To osobna historia – noszenie tego nazwiska, odchodzenie od niego i wracanie.

 

AKK: Pytam o to, bo bycie córką „tej Wycichowskiej” mogło bardzo komplikować życie. Na wielu poziomach.

PW: Były osoby, które mimo wszystko zdecydowały się na przyjaźń ze mną, więc miałam koleżanki. To jednak układało się w sinusoidę. Wielu nauczycieli miałam wspaniałych i naprawdę sporo im zawdzięczam, ale bywało, że trafił się i ktoś, kogo uwierała moja obecność; należał do pokolenia mojej mamy, przeżywał jakieś frustracje, nie mógł mamy dosięgnąć, więc dosięgał mnie, zastępczo.

 

fot. M. Lapis

fot. M. Lapis

To są te ciemne strony, o których się nie mówi, których przeważnie nie chce się zauważać. Chce się widzieć plusy: „no, tak – przecież ty jesteś córką swojej mamy, więc łatwiej ci było”. Nie, nie było łatwiej; gdybym miała zrobić rachunek tych obciążeń i ułatwień wynikających z rodzinnych relacji, to nie wiem, czy byłoby równo lub na korzyść plusów. Pewnie wiele zależy też od osobowości. Należę do nadwrażliwców i już wtedy mocno wyczuwałam, jaki kto ma do mnie stosunek. Zależało mi, by być lubianą.

I chciałam ciągle udowadniać, że dobre oceny dostaję wyłącznie za to, co robię, pracowałam więc na nie cały, czas ścigając się z sobą samą, podnosząc sobie poprzeczkę. Do tego widziałam, jak zapracowana jest moja mama i nie chciałam jej obciążać sobą, to znaczy nie chciałam jej zawieść. No, tak to wtedy wyglądało. Po latach zaczęłam to wszystko przepracowywać na terapii.

 

AKK: Zwykle marzenia uczennic szkoły baletowej krążą wokół baletu klasycznego: paczki, pointy, „Jezioro łabędzie” – to jest ten świat wyobrażany. Czy z tobą było podobnie, czy jednak bliższy był ci – z powodu mamy – taniec współczesny?

PW: Dosyć szybko uświadomiłam sobie, że taniec klasyczny nie będzie moją drogą – zdawałam sobie sprawę z ograniczeń własnego ciała. Walczyłam, ile mogłam. Oczywiście, jako mała dziewczynka marzyłam, że będę primabaleriną jak mama. W końcu jednak dotarło do mnie, że mam szansę zaistnieć jedynie w rolach charakterystycznych. Z drugiej strony coraz bardziej fascynował mnie repertuar współczesny Polskiego Teatru Tańca. Powoli ten teatr i ten gatunek stawał się moim marzeniem. W szkole, na szczęście, miałam zajęcia z tańca współczesnego z panią profesor Beatą Wrzosek – wspaniałe lekcje; na dyplom przygotowała przepiękne choreografie, stawiające przed nami dojrzałe zadania. Podobnie jak pani profesor Beata Książkiewicz w poetyckim dyplomie z tańca charakterystycznego. Dyplom z tańca klasycznego przygotowała pani profesor Liliana Kowalska, znała nasze mocne strony i je uwypukliła, więc zdałam i to w miarę dobrze.

 

AKK: I jak niewielu wtedy, poszłaś na studia –  na London Contemporary Dance School.

PW: To był pomysł mamy. Chciała mnie uratować, pomóc mi wyzwolić się z nazwiska i spełnić marzenie o tańcu współczesnym. I to był jeden z najwspanialszych prezentów od niej. Niezmiernie drogi wyjazd, czesne wynosiło osiem tysięcy funtów za rok. Polska nie była wtedy w Unii Europejskiej, nie można było liczyć na ulgi czy dotacje. Żeby to opłacić, zostało sprzedane mieszkanie… W Londynie byłam obywatelką Trzeciego Świata, mogłam pracować tylko na czarno.

 

AKK: Ale żeby tam się dostać, trzeba było zdać egzamin…

PW: Tak, nie przyjmowano wszystkich chętnych. Pojawili się ludzie z trzydziestu krajów, ja byłam pierwszą Polką. W komisji patrzono na mnie jak na jakieś dziwo i dopytywano, czy zdaję sobie sprawę z tego, że niektóre ustawienia w swoim ciele mam anachroniczne, więc będę musiała zacząć wszystko od początku. Powiedzieli, że przyjmą mnie pod warunkiem, że zdekonstruuję swoją technikę i zbuduję ją na nowo, co łączyło się ze znaczącym wysiłkiem fizycznym i poszerzeniem świadomości ciała.

 

fot. M. Lapis

fot. M. Lapis

Ówczesny model nauczania tańca w Polsce czerpał jeszcze sporo ze szkoły radzieckiej i w konfrontacji z Europą Zachodnią okazał trochę nieaktualny. Tu korzystało się z doświadczeń biomechaniki, tancerzy prowadzono inaczej… Zgodziłam się na zmianę, oczywiście. Oni widzieli we mnie potencjał, a ja chciałam się uczyć. Ważne było jeszcze coś innego… Kończąc szkołę baletową, wiedziałam, że chcę tworzyć: zawsze czułam się choreografką.

Wiedziałam, że praca w zespole baletowym opóźni mnie w dochodzeniu do tego, na czym mi naprawdę zależało. Chciałam się dalej kształcić, by swobodniej poruszać się w tańcu współczesnym i teatrze tańca, ale też nabyć więcej kompetencji choreograficznych i… takie właśnie były te studia w Londynie – kierunek: Taniec Współczesny i Choreografia. Zapewniały wszystko, co mi było potrzebne, by w przyszłości móc tworzyć.

 

AKK: A jak to wszystko godziłaś: pracę nad nową techniką, studia i zarabianie na życie?

PW: W szkole baletowej dorośleje się szybciej – w wieku dziewiętnastu lat trzeba być gotowym do podjęcia pracy zawodowej i radzenia sobie w tym świecie. Dyscyplina, skupienie na pracy są wypracowywane przez tych dziewięć lat. To ma swoje minusy, oczywiście: ja dziś odkrywam, że nie za bardzo umiem się bawić. Nie było na to czasu, bo wracało się wieczorem, około godziny osiemnastej–dziewiętnastej, i trzeba było odrobić lekcje na następny dzień – realizowaliśmy program dwóch szkół: normalnej i baletowej. Musieliśmy dawać radę i tyle.

 

AKK: I to zaprocentowało potem w Londynie. Ile lat tam spędziłaś?

PW: Trzy.

 

AKK: Wszystko się udało? Łącznie z dekonstrukcją i stworzeniem siebie od nowa?

PW: To akurat zajęło mi półtora roku. A potem droga pięła się do góry i można powiedzieć, że odniosłam sukces, bo jak już się zdekonstruowałam i skonstruowałam, to na trzecim roku, moim dyplomowym, zaproponowano mi, bym dołączyła do 4D Performance Group z czwartego roku, czyli naszych studiów magisterskich. Z tą grupą choreografowie przygotowywali spektakle, z którymi w następnym roku objeżdżało się Anglię. Akurat wypadły trzy osoby z zespołu i między innymi mnie zaproszono do dołączenia – to było wielkie wyróżnienie. Ta praca i potem tournée, to była niesamowita przygoda. Równolegle robiłam swój dyplom. Wszystko się udało.

 

AKK: A co z zarabianiem na życie? Jak tu sobie poradziłaś?

PW: Pierwszy rok był dramatyczny. Pieniędzy, które przywiozłam ze sobą, wystarczało na bardzo niewiele, pracowałam więc w kawiarniach, w restauracjach, czasami w okropnych warunkach i musiałam uciekać po jednym dniu, ale potem udało mi się zdobyć pracę przy produkcji artystycznych osłonek na zapalniczki – ja je malowałam. Bardzo byłam wtedy szczęśliwa. Jedyny mankament tej pracy był taki, że musiałam dojeżdżać poza Londyn… Niestety, jako pracująca na czarno, zarabiałam grosze, przez pierwszy rok jadłam więc głównie chleb z dżemem i makaron z ketchupem.

 

AKK: Wbrew pozorom nie sprzyjało to utrzymaniu linii…

PW: No, niestety. Ale kończąc szkołę baletową, obiecałam sobie, że nigdy w życiu nie będę się już odchudzać. Oczywiście, nie o takim „dopieszczaniu” siebie myślałam. Na drugim roku, szczęśliwie, zdobyłam stypendium British Council i zaczął się raj. Mogłam nareszcie normalnie żyć.

 

fot. M. Lapis

fot. M. Lapis

Oczywiście, podeszłam do tego rozsądnie i starałam się odłożyć jak najwięcej na kolejny rok, więc nie szalałam: w ciągu trzech lat może raz czy dwa wyszłam do jakiegoś pubu czy kawiarni. Ale, prawdę mówiąc, nie tylko z powodu pieniędzy: bardzo mocno pracowałam, chciałam maksymalnie wykorzystać czas na uczelni. Godzinami siedziałam w bibliotece, niektóre książki kserowałam, inne przepisywałam, bo na ksero był limit – między innymi książki Rudolfa Labana.

Udało mi się odłożyć trochę pieniędzy na kolejny rok, dostałam też stypendium ze szkoły, miałam jakieś kieszonkowe z 4D, było więc całkiem dobrze.

 

AKK: Studia jednak się skończyły…

PW: Namawiano mnie na kolejny rok. Mój dyplom dostał wyróżnienie. Ale ja nie miałam pomysłu, jak to opłacić, jak zdobyć wizę i tak dalej. W ramach kolejnego stypendium danceWEB pojechałam jeszcze na miesiąc do Wiednia, uzupełniłam wiedzę o kolejny segment, miałam zajęcia z różnymi nauczycielami z obszarów, które chciałam poszerzyć, między innymi podstawy kontakt-improwizacji, a potem – w sumie bez żalu, bo ciężko było być wtedy Polakiem w Londynie – wróciłam do Poznania. Tak się złożyło, że ktoś odchodził z Polskiego Teatru Tańca i mama zaproponowała mi miejsce. Liczyła na to, że będę prowadzić też lekcje, że podzielę się wiedzą, którą zdobyłam.

 

AKK: Czy te studia cię uratowały – tak, jak chciała mama?

PW: Umocniły mnie. Nabrałam tam zupełnie nowego poczucia wartości. Moje nazwisko nie miało w tej szkole znaczenia, nikt nawet nie umiał go wymówić, mojej mamy nie znano. Traktowano mnie tak samo jak innych. A sukces, który osiągnęłam na koniec, dodał mi skrzydeł. Przekonałam się, że jednak mam coś do zaoferowania i z takim nastawieniem działałam dalej.

 

AKK: W Polsce w sumie nie miałaś wyboru: jeśli chciałaś pozostać przy tańcu współczesnym, musiałaś zdecydować się na PTT.

PW: I tak zrobiłam. Od razu też weszłam w repertuar, bo ktoś był kontuzjowany.

 

AKK: No, ale znowu zostałaś „córką Wycichowskiej”…

PW: I kompletnie mnie to przygniotło. Walczyłam przez dwa lata, ale nie było dobrze. Nazwisko obciążało często postrzeganie mnie: nie było ważne moje doświadczenie, umiejętności – „mądrzyłam się” i „nic jeszcze nie umiałam”. Pewnie ostatecznie ileś osób przekonało się do mnie, ale koszty tego były wysokie… Nie pomogło wyjście za mąż i zmiana nazwiska.

 

AKK: A myśl o własnym zespole się nie pojawiała?

PW: Tak, i to kilka razy! Ale nie miałam siły.

 

AKK: Za to zaczęłaś działać jako choreografka.

PW: Na szczęście inni też mieli szansę to robić, więc tłumaczenie, że znowu zadziałały powiązania rodzinne, nie miało racji bytu. A za chwilę powstało „Atelier” przy Polskim Teatrze Tańca – miejsce działań choreograficznych dla tancerzy.

 

AKK: Siły wróciły?

PW: Nie, kryzys się pogłębiał, do tego byłam po rozwodzie, wszystko mnie przerosło. Wtedy zaczęłam nawiązywać kontakty z ludźmi spoza mojego świata, bywać „na mieście”, czego wcześniej nie robiłam, bo była przecież tylko praca, i to mi jakoś pomagało.

 

fot. M. Lapis

fot. M. Lapis

Dzięki Marcinowi Liberowi weszłam też w środowisko twórców offowych teatrów… Wtedy także poznałam moją obecną przyjaciółkę, rzeźbiarkę, i ona któregoś razu zakomunikowała mi, że rzuca wszystko i wyjeżdża do Paryża. Zaproponowała, żebym do niej dołączyła. To był impuls. Byłam zmęczona tym życiem, emocjami, zniechęcona, więc się zdecydowałam zniknąć.

Na rok – jak się okazało później.

 

AKK: Tak rzucając wszystko?

PW: Nie do końca. Dałam się przekonać, żeby wziąć urlop bezpłatny. Potem ewentualnie, na spokojnie, miałam zdecydować, co dalej. Ale ja wtedy myślałam, że wyjeżdżam na zawsze, i wcale nie byłam pewna, czy chcę jeszcze być związana z tańcem.

 

AKK: Kiedy to było?

PW: Na przełomie 2002 i 2003 roku. Jeszcze nie byliśmy w Unii.

 

AKK: I jak się żyło w Paryżu?

PW: Pracowałam w kawiarence internetowej, a wieczorami w restauracji. Mieszkałyśmy na Montmartrze. Spotkałyśmy wspaniałych ludzi, którzy bardzo nam pomogli. Pojechałyśmy, nie mając nic: ani lokum, ani pieniędzy, ani pracy. Ja jeszcze z dwoma kotami… A jednak to  był prawdziwie cudowny czas, mimo że było ciężko i kilka razy się przeprowadzałyśmy. To tam znalazłam siebie – znalazłam odpowiedź na pytanie, na czym mi zależy. I przeprosiłam się z tańcem klasycznym. Trafiłam do maestro Andrzeja Glegolskiego, do którego na lekcje chadzały gwiazdy Opery Paryskiej. On Polaków wpuszczał do swojego studia za darmo. Kiedy tylko mogłam, korzystałam z tego, a w domu codziennie ćwiczyłam, żyłam więc znowu w ostrym rygorze, wedle ustalonego rytmu dnia. Antoni Janaszak, kolejny mistrz, też mnie do siebie zapraszał i też z tego korzystałam w miarę możliwości; u niego nawet zatańczyłam w spektaklu, który przygotował w swojej szkole… No, przeprosiłam się z pointami. Nie chciałam zgubić formy, a jednym ze sposobów na darmowe lekcje – ważne, jeśli nadal musiało się ostrożnie rozporządzać budżetem; wtedy wszystko przeliczałyśmy na croissanty, nasze śniadania, choć i tak o niebo lepiej się żyło niż w Londynie –  było zapisywanie się na audycje do zespołów, a że miałam dobre CV, otrzymywałam zaproszenia i dzięki temu czasami nawet trafiałam na warsztaty tańca współczesnego. Raz prawie się dostałam! To był projekt teatru tańca, czyli coś, co było mi bardzo bliskie. Pamiętam, że świetnie się bawiłam na castingu, poszło mi na tyle dobrze, że przeszłam do kolejnego etapu, w finale znalazłam się z jeszcze jedną dziewczyną, którą ostatecznie wybrali, bo już kiedyś z nimi pracowała… Ale ja miałam dużą frajdę. Tym większą, że mi wtedy na tym zupełnie nie zależało.

 

AKK: Nie zostałaś w Paryżu.

PW: Nie, bo babcia poważnie zachorowała, miała udar. Nie mogłam nie wrócić. Na szczęście, szybko wyszła z tego, ale na początku przecież niczego nie można było być pewnym. Wtedy też zaczęłam rozumieć, że nie ma miejsc idealnych, że to jest względne. Mogłam uczyć w Paryżu. To jednak i tak wymagałoby znalezienia dodatkowej pracy, czyli znowu dzielenia życia na pół. Nie chciałam tak. Czułam się choreografką. Jeśli miałam być w tańcu, to chciałam przede wszystkim tworzyć. I działać w teatrze tańca. Dotarło też do mnie, że jestem silniejsza, że ten wyjazd rzeczywiście mnie wzmocnił. No i nieoczekiwanie pojawił się nowy cel: któregoś dnia w Paryżu weszłam do kościoła, w którym trwał koncert organowy i… „piorun z jasnego nieba we mnie strzelił”, olśnienie – pomyślałam: „chcę tej muzyki, chcę grać na organach!”. Miałam podstawy muzyczne, pięć lat gry na fortepianie, uczyłam się też kiedyś śpiewu. W Poznaniu akurat była możliwość studiowania muzyki kościelnej na Wydziale Teologicznym UAM…

 

AKK: … a  że twoja mama zawsze powtarzała, że kariera tancerza trwa krótko i należy szukać alternatywnych rozwiązań na przyszłość…

PW: … więc zgodzono się, abym powróciła do PTT na trzy czwarte etatu.

 

AKK: I znowu żyłaś całkowicie zanurzona w pracy, studiując i tańcząc.

PW: Przez cztery lata – bo tyle trwał ten licencjat – biegałam po Poznaniu między Wydziałem Teologicznym a Kozią, gdzie mieścił się Polski Teatr Tańca, zaczynając zajęcia o ósmej, próbując wszędzie zdążyć i kończąc dzień około północy.

 

fot. M. Lapis

fot. M. Lapis

Albo kilka godzin później, jeśli zbliżała się sesja. Potem spałam do trzeciej–czwartej rano i zaczynałam wszystko od nowa… Dałam radę, dyplom zdałam. A przy okazji zdobyłam też uprawnienia pedagogiczne, które do tej pory mi się przydają specjalnie wybrałam na jedno z miejsc praktyk szkołę na Śródce (Zespół Szkół Specjalnych Nr 105 – przyp. AKK), gdzie miałam okazję popracować i z dziećmi niesłyszącymi, i niepełnosprawnymi intelektualnie.

Bardzo przydało mi się to chociażby podczas pracy nad projektem „5 zmysłów. eMOTION” (2013) i w prowadzeniu warsztatów dla osób o specjalnych potrzebach.

 

AKK: Właściwie cały czas coś studiujesz, bo na organistyce się nie skończyło.

PW: Chyba jestem uzależniona.

 

AKK: A do czego przydało ci się dziennikarstwo, które też skończyłaś?

PW: Dziennikarstwo i Komunikację Społeczną… Te studia przydały mi się do radzenia sobie po pierwsze z rzeczywistością, zyskałam trzeźwe spojrzenie na media, umiejętność samodzielnego ich filtrowania i właściwego czytania, a po drugie chciałam nauczyć się lepiej pisać, bo fascynowała mnie od lat również teoria tańca. Poza tym gdzieś w końcu musiałam zrobić studia magisterskie – dotąd miałam same licencjaty, a było to konieczne, jeśli chciałam iść dalej. W międzyczasie na Wyższej Szkole Umiejętności Społecznych w Poznaniu otworzono nowy kierunek: Taniec. Prowadziłam tam zajęcia.

 

AKK: I okazało się, że to lubisz…

PW: Przekonałam się o tym wcześniej, w 2001 roku, kiedy uczyłam różnych technik tańca współczesnego i choreologii w Studium Instruktorów Tańca w CK Zamek.

 

AKK: Co to choreologia?

PW: Teoria tańca, rozpatrywana z różnych perspektyw – historycznej, antropologicznej, praktycznej i tak dalej.

 

AKK: Dużo osób tego uczy?

PW: Nie, nie ma jeszcze w Polsce wielu teoretyków tańca. Ale w tej grupie – i to cieszy – coraz więcej osób łączy teorię z praktyką, tak jak ja.

 

AKK: Zajmujesz się też arteterapią.

PW: Zrobiłam podyplomowe studia.

 

AKK: Kolejne studia… Po co ci to wszystko?

PW: Każde drzwi, które otwieram, prowadzą mnie do pokoju z kolejnymi drzwiami.

 

AKK: I tak można w nieskończoność.

PW: Można. Ale teraz postanowiłam, że przez najbliższy rok dam sobie spokój. Muszę uporządkować to, co już mam. Problemem jest w sumie to, że mnie fascynuje interdyscyplinarność i to ona wskazuje kolejne powiązania. A interdyscyplinarność interesuje mnie nie tylko w obszarze nauki: kiedy pracuję nad spektaklem, widzę go od razu w otoczeniu innych sztuk – nie wyobrażam sobie jednostkowego myślenia wyłącznie o tańcu. On jest zawsze w relacji z czymś jeszcze. Siebie też tak widzę: w kontakcie z kimś i czymś innym.

 

AKK: Nie masz agenta/agentki?

PW: Nie, ale mam grupę przyjaciół, która mnie wspiera. Ostatnio to Fundacja Na Marginesie, dzięki której mogłam zrobić kilka spektakli, Centrum Sztuki Dziecka w Poznaniu czy wcześniej Fundacja Art-On. Po opuszczeniu PTT miałam taki moment tąpnięcia – zaczęło mi po głowie kołatać się pytanie: „co dalej?”. Bo rzecz nie polega na tym, żeby wymyślać spektakle ze sznurkiem i drabiną, których wyprodukowanie kosztuje sto złotych. Ja takie też robiłam. Porządna sztuka, która również wizualnie chce oddziaływać na publiczność, nie jest tania. System tak wszystko ustawia, że jako osoba fizyczna mam nikłe szanse na finansowe wsparcie, muszę działać w jakimś stowarzyszeniu albo fundacji… Bardzo jest ciężko, będąc niezależną artystką – przynajmniej w moim przypadku – zrealizować dużą choreografię. Próbowałam dostać się do teatru z pewnym projektem. Nawet mi nie odpowiedziano…

 

AKK: A miałabyś czas na taką realizację?

PW: Skoro wyszłam z pomysłem… Faktem jest, że odkąd związałam się z AWF-em, pracy naukowej mam dużo, ale i świetne warunki, żeby się rozwijać, żeby coraz pewniej iść tą ścieżką. Tej szansy nie zamierzam zmarnować.

 

AKK: No i masz kolejne drzwi do otwierania…

PW: Taniec w kulturze fizycznej…

 

AKK: Powiedz, dlaczego tak naprawdę w 2015 roku odeszłaś z PTT?

PW: Z tym pomysłem nosiłam się już wcześniej. Ciągle o tym mówiłam, ale nie mogłam podjąć decyzji. A rok 2014 to był taki moment, kiedy wyraźnie poczułam, że nie daję już rady w tym repertuarze, że moje ciało już się nie regeneruje, że nie mogę przekraczać pewnych granic. A druga rzecz… ja nie jestem dużą ryzykantką… akurat otwierał się na AWF-ie Taniec i okazało się, że mogę mieć tam pracę. Pojawiły się też jakieś propozycje warsztatowe i pomyślałam, że jakoś się z tego utrzymam. Wiele wtedy zmieniło się także w moim życiu: kolejny rozwód, przeprowadzka, więc moje odejście z teatru było trochę na fali tych wszystkich zmian. Jeszcze w sezonie 2015/2016 dogrywałam jakieś spektakle na zasadzie okazjonalnej współpracy i to był koniec.

 

AKK: Pojawiły się rzeczywiście nowe możliwości: na przykład współpraca z teatrami dramatycznymi przy ruchu scenicznym…

PW: … często przy spektaklach dla dzieci.

 

AKK: Ale tanecznie skupiłaś się na monodramach. Z powodów organizacyjnych?

PW: Tak, one zadecydowały. Chociaż „Cicha” (2019) to osobna historia, bo to był temat, który za mną chodził od wielu lat, tylko nie było możliwości, by go zrealizować. I od początku myślałam o nim jako duecie muzyczno-tanecznym.

 

AKK: Potem „Sybillewo” (2019), „Ekphrasis” (2019) i „Taniec o końcu świata” (2021). Mam wrażenie, że w tej formie doskonale się czujesz. Może dlatego, że zależysz wyłącznie od siebie samej?

PW: To jest piekło i niebo. Piekłem jest to, czego doświadczyłam już w Londynie, pracując sama ze sobą nad swoimi kreacjami, bo tam zrobiłam dwie choreografie na siebie, które były bardzo dobrze ocenione i potem wystawione w teatrze The Place na normalnie biletowanym wieczorze, ale po tamtym doświadczeniu wiedziałam jedno: nie cierpię pracować sama ze sobą. Teraz to jest łatwiejsze dzięki terapeutycznej drodze, jaką przeszłam; potrafię być w stosunku do siebie mniej wymagająca, gdzieś obniżam poziom swojego perfekcjonizmu, pozwalam sobie na błędy – to trochę ułatwia proces twórczy. Natomiast to, co mam od zawsze i niezmiennie, to niepohamowana twórcza pasja. Ona może teraz jest nieco przygaszona zobowiązaniami związanymi z innym typem pracy i czasem również zmęczeniem, ale nie zniknęła. Nadal też przestrzeń twórcza jest dla mnie pełna wolności. Uwielbiam w niej być. Jedyne, co mnie smuci, to nikłe możliwości prezentacji rzeczy, które zrobiłam – jak to bywa w życiu choreograficznego wolnego strzelca w naszym kraju.

 

AKK: Czy w całym tym pędzie znajdujesz czas na życie prywatne?

PW: Tak, trochę go mam dla partnera i kotów. Chociaż to wymaga wielkiej wyrozumiałości z jego strony. Z przyjaciółmi też umawiamy się z miesięcznym wyprzedzeniem. Chyba wszystkim czas przyspieszył. Jeśli ktoś działa w kulturze, to po pandemii odczuwa to bardzo mocno: robimy dwa razy tyle, a publiczności jest mniej, więc jeszcze bardziej się staramy i powstaje jakaś kwadratura koła… Ale staram się znaleźć czas na wszystko, także na moją pasję, tango argentyńskie. Dużo teraz siedzę przy komputerze, więc dla równowagi uprawiam wspinaczkę – to jest moje hobby od sześciu lat i forma pracy nad sobą, bo pozwala mi przezwyciężać lęk wysokości. To ciekawe, że od szkoły baletowej fascynuje mnie to, co sprawia mi trudność. Ale praca z lękiem przynosi terapeutyczne efekty, bo potem w życiu niewiele jest mnie w stanie przerazić.

 

AKK: Jak sądzisz, czy inny życiorys był w twoim przypadku możliwy?

PW: Pewnie tak, bo były momenty, kiedy stawałam na rozdrożu, wahałam się – brałam pod uwagę różne scenariusze. Wszystko mogło potoczyć się zupełnie inaczej. Ileś rzeczy zdarzyło się bez mojego udziału… Jedno jest pewne: początek tanecznej drogi to była moja decyzja.

 

Paulina Wycichowska – ur. w 1976 roku w Krakowie. Zajmuje się tańcem na wielu poziomach – jako tancerka, choreografka, pedagog tańca i nauczyciel akademicki. Stworzyła autorską metodę budowania świadomości ciała i ruchu „I Mind The Step”. Jest także arteterapeutką i trenerką Pilates Core.

Absolwentka poznańskiej Szkoły Baletowej (1995). Jako pierwsza Polka ukończyła London Contemporary Dance School (1998), gdzie studiowała taniec współczesny na wydziale wykonawczym i choreograficznym.

W latach 1998–2015 związana z Polskim Teatrem Tańca w Poznaniu jako solistka i choreograf. Od 2015 roku – artystka niezależna.

W 2020 roku przygotowała internetowy film „Kwarantaniec”, w którym wzięło udział 157 tancerzy; „Polityka” uznała go za jedno z najważniejszych wydarzeń kulturalnych roku.

Od 1 marca 2022 – kierownik Zakładu Tańca na poznańskim AWF.

Podziel się kulturą!
Ciekawe
Ciekawe
4
Świetne
Świetne
4
Smutne
Smutne
0
Komiczne
Komiczne
0
Oburzające
Oburzające
0
Dziwne
Dziwne
0