fot. Dawid Tatarkiewicz

Deszcz pośród bieli

Mówiąc o bieli, mam na myśli śnieżną zimę, która w tym roku wciąż przypomina nam, czym różni się od pozostałych pór roku. Ale, mimo że pokaz trwa, zdarzają się w nim momenty przerw, gdy mróz odpuszcza.

I to właśnie w dniu, w którym odwilż przyszła na całego, postanowiłem wziąć torbę fotograficzną na ramię, a parasol w dłoń i zapuścić się do miejskiej dżungli – jeśli można tak nazwać przydrożny las, leżący jednak w administracyjnych granicach Poznania.

Las i spotkanie

Wciąż siąpiło, mżyło, a nawet padało, co przyczyniało się do stopniowej – powolnej, acz systematycznej – redukcji warstwy białego puchu. Już z daleka zobaczyłem, że las wyglądał interesująco. W odróżnieniu od sąsiadującej, otwartej przestrzeni miejskiej, unosiła się w nim, na poziomie kilku metrów nad gruntem, mgiełka – całkiem gęsta i tylko temu miejscu przypisana. Od razu więc stało się jasne, że las, choćby najmniejszy i młody, tworzy jednak swoisty mikroklimat. Z tą myślą zanurzyłem się we mgle.

 

Ludzi nie spotykałem dziś zbyt wielu. Nie w lesie. Po pierwsze, było przecież ślisko. Ziemia, po wielodniowych mrozach, mimo dodatniej temperatury, wciąż pozostawała zmrożona. Chwila nieuwagi i można było przekonać się boleśnie, że zamrożony grunt i deszcz, to jednak połączenie niebezpieczne, skutkujące efektem lodowiska.

I, mimo że człowiek niby o tym wie, to i tak potrafi wywinąć salto. Pół biedy, jeśli uda się je ustać. Niestety, wielu się nie udało – mam informację z różnych źródeł: a to ktoś się obił, a to – kto inny – złamał nogę. Przed kilkoma dniami dowiedziałem się o wypadku w rodzinie – tym razem dość poważnemu złamaniu uległa ręka.

Po drugie – jak wspomniałem – wciąż padało, z krótką przedpołudniową przerwą. To nie zachęcało do spacerów.

 

fot. Dawid Tatarkiewicz

fot. Dawid Tatarkiewicz

Pierwszym napotkanym osobnikiem był więc… bałwan. Ewidentny ślad, że był tu ktoś przede mną. Lubię bałwany – to znaczy, te prawdziwe, śnieżne – i mam do nich słabość: często je fotografuję. W swojej różnorodności są wdzięcznymi i często fotogenicznymi obiektami, które w dodatku zdradzają niekiedy garść informacji o swoich twórcach.

To socjologiczny lub wręcz detektywistyczny motyw tak prozaicznej, wydawałoby się, sprawy, jak ulepienie bałwana…

Słyszą Państwo? Tak, to cisza…

Las przepełniony był wilgocią, ale również ciszą. Warto więc było się do niego wybrać choćby i z tego powodu. Ciszy mamy w miastach jak na lekarstwo, a może być ona lekarstwem. Można na chwilę odpocząć przed wszechobecnym hałasem, szumem informacyjnym, odizolować się od telefonów i łączności internetowej, skutkującej nieustannym i, zdaje się, uzależniającym bodźcowaniem. Tyle mamy w sobie troski o dzieci w tym aspekcie (i słusznie!), zadbajmy więc i o siebie. Dajmy przykład…

 

fot. Dawid Tatarkiewicz

fot. Dawid Tatarkiewicz

Na pojedynczych drzewach obecne były jeszcze zeszłoroczne liście, w formie zasuszonej. Swoiste zielniki, bez chlorofilu. To niesamowite, ale po tym lesie chodziła jeszcze niedawno pewna bliska mi osoba – wówczas, kiedy te liście były jeszcze zielone i później, kiedy już przebarwiały się jesienią.

Chodziła nie raz, zapewne dokładnie tędy, i tworzyła w głowie szkice kolejnych wierszy. Teraz, kiedy te liście, na które patrzyła, są wciąż fizycznie obecne, jej samej już nie ma…

Gdzieś w pobliżu odezwał się ptak. Czy to możliwe, że to droździk? Pewnie tak. Nad lasem przeleciał też chyba jakiś drapieżnik. Ciężko mu będzie dziś coś upolować. Jakoś mało tu ptasiej gawiedzi.

Na sosnowych pniach dzielnie pnie się tutaj bluszcz. Ma on zimozieloną naturę, co w krainie bieli i brązów od razu rzuca się w oczy. Na innym drzewie widać sosnowe igły – ułożyły się w harmonijną triadę. Pod koronami sosen obecne są tu całkiem liczne drzewa liściaste. Na naszych oczach tworzy się więc las mieszany. W tym miejscu wygląda on nader malowniczo.

Czas leci…

… i lecą też ptaki. Niespodziewanie, już w tych styczniowych dniach usłyszałem na niebie głosy żurawi. Mimo zimy wracają. Lecą na spotkanie z przedwiośniem. Wiedzą, co robią. Być może nieco ryzykują, ale pewnie – dzięki skrzydłom – poradzą sobie i w razie niepogody przelecą w inne, dogodniejsze miejsca. A w razie korzystnego obrotu pogodowej sytuacji – to one, jako te, które przybyły pierwsze, zyskają uprzywilejowany dostęp do wolnych miejsc lęgowych.

 

W opisywanym lasku też mogłaby się pojawić jakaś para lęgowa, gdyż niedaleko występuje teren podmokły. Ale jest też bezpośrednie sąsiedztwo człowieka. Dystans ucieczki żurawia co prawda zmalał, niemniej chyba nie na tyle, żeby gnieździł się w pobliżu zabudowy miejskiej…

 

Niebawem usłyszymy – z początku nieśmiałe – podśpiewywania ptaków, które zostały u nas na zimę. Zaczęły już bębnić dzięcioły. Można usłyszeć śpiew pełzacza ogrodowego. Lada moment wpadnie mi w ucho śpiew kosa. Powstaje pytanie: czy nie wyprzedzi go w tym roku rudzik?

Mimo aktualnej pełni zimy, przyroda czeka już w blokach startowych. Coroczny wyścig ku życiu wkrótce się rozpocznie. Wiosna, jak co roku, zachwyci nas swoim pojawem i rozkwitem. Tym silniej nas zachwyci, im dłużej i silniej zima da się nam we znaki. Przecież to dzięki takiej zimie już tęsknimy za wiosną. Deszcz pośród bieli jest jednym z pierwszych jej zwiastunów.

Podziel się kulturą!
What’s your Reaction?
Ciekawe
Ciekawe
2
Świetne
Świetne
2
Smutne
Smutne
0
Komiczne
Komiczne
0
Oburzające
Oburzające
0
Dziwne
Dziwne
0