fot. materiały prasowe „Titane”

„Diuna” i „Titane”, czyli co warto zobaczyć w kinie

Jesień to bardzo owocny okres dla filmów. Producenci_tki prześcigają się w wypuszczaniu nowych tytułów, przygotowując się na sezon nagrodowy, dlatego też niemal co tydzień możemy spodziewać  się mniejszych lub większych premier. Na co warto udać się do kina? Podpowiadam.

„Diuna, część I”

Nie byłoby tego zestawienia bez długo oczekiwanej ekranizacji kultowego dzieła literackiego Franka Herberta, które zainspirowało twórców i twórczynie do stworzenia m.in. „Gwiezdnych wojen”, „Harry’ego Pottera” czy „Gry o tron”.

 

Kanadyjski reżyser Denis Villeneuve przenosi widzów i widzki w przyszłość, kiedy to decyzją imperatora, władcy całego świata, ród Atrydów musi przenieść się na pustynną planetę Arrakis, zwaną również Diuną, gdzie będzie kontrolować wydobycie melanżu, nazywanego przyprawą.

„Diuna”, fot materiały prasowe

Melanż pozwala na podróże kosmiczne i przedłuża życie, słowem: zarządzanie Diuną idzie w parze z wielką władzą i ogromnymi pieniędzmi. Nic więc dziwnego, że poprzednik Atrydów, złowrogi ród Harkonnenów, nie jest zadowolony z faktu zmiany warty. Do tego w tle dostajemy wielką politykę, spiski i propagandę zgromadzenia Bene Gesserit, która głosi, że we wszechświecie niedługo pojawi się wybraniec „umiejący połączyć przeszłość z przyszłością” (czyt. zbawi świat).

 

W całym tym galaktycznym galimatiasie stara się odnaleźć Paul, najmłodsza latorośl rodu Atrydów, cytując Britney Spears: „not a girl, not yet a woman”. Chłopak przejawia zastanawiające zdolności, które mocniej uwidaczniają się po wdychaniu przyprawy, a mianowicie nawiedzają go wizje przyszłości, w której wszechświat czeka krwawa rewolucja.

Czy Paul może okazać się oczekiwanym zbawicielem? Film zachwyca wizualnie. Efekty specjalne, scenografia, kadrowanie – wszystko potęguje majestatyczność widowiska i jest prawdziwą ucztą dla oka.

 

„Diuna”, fot materiały prasowe

Podobnie rewelacyjna muzyka Hansa Zimmera sprawia wrażenie, że obcujemy z dziełem największej artystycznej wagi.

Jest to zwodnicze, ponieważ dialogi i scenariusz nie należą do najwyższych lotów. Zapewne wina leży po stronie Villeneuve’a, który potraktował pierwszą część filmu bardziej ekspozycyjnie, aby stworzyć zaczyn pod kolejne odsłony dzieła Herberta. Mimo wszystko jednak pompatyczność i „ważkość” konwersacji, a także zupełne pozbawienie ich humoru, pogłębia nieznośny patos. Dalej idąc, czy w dobie dochodzenia kobiet, niebiałych i nienormatywnych osób do głosu naprawdę potrzebujemy kolejnego białego kolesia cis hetero jako mesjasza? Śmiem wątpić. Choć jeśli nie dla fabuły, warto „Diunę” zobaczyć dla aktorek i aktorów. W Paula z powodzeniem wciela się Timothée Chalamet, a w jego matkę, Jessicę, fantastyczna Rebecca Ferguson. Towarzyszą im m.in. Oscar Isaac, Jason Momoa, Stellan Skarsgård czy Charlotte Rampling.

 

„Diuna”, fot materiały prasowe

Na plakatach, zwiastunach i innych materiałach promocyjnych pojawia się również Zendaya w roli Chani. W rzeczywistości na ekranie spędza może 5 minut i gra tak, jakby występowała w reklamie perfum.

Reżyser zapowiedział, że jej rola będzie dużo ważniejsza w drugiej części. Czy warto na nią czekać? Zdecydowanie, podobnie jak na dalsze przygody Paula. Nawet jeśli wyłącznie dla wysmakowanych kadrów.

„Diune”, reż. Denis Villeneuve, USA 2021

„Titane”

„Titane”, fot. materiały prasowe

Obraz w reżyserii Julii Ducournau, który został nagrodzony tegoroczną Złotą Palmą w Cannes i jest francuskim kandydatem do Oscara. Ten transowy i wieloznaczeniowy film najprościej streścić słowami: tancerka z zamiłowaniem do przemocy, po serii morderstw szuka schronienia w remizie strażackiej, przyjmując tożsamość zaginionego przed dwudziestoma paru laty chłopaka.

 

Opis co prawda pokazuje niesztampowość „Titane”, ale w żaden sposób nie wyczerpuje wielowarstwowości obrazu, przepełnionego queerowymi znaczeniami.

Główna bohaterka Alexia (Agathe Rousselle) w dzieciństwie ulega wypadkowi samochodowemu, w konsekwencji którego jej czaszka zostaje dosztukowana z tytanowej płytki. Z czasem, będąc już dorosłą kobietą, Alexia zaczyna żywić miłosne (erotyczne?) uczucia do samochodów, zwłaszcza cadillaca o płomiennej karoserii. Pewnej nocy konsumuje tę znajomość na jego tylnym siedzeniu. Jednak „Titane” nie jest (tylko) o uprawianiu seksu z czterokołowym modelem vintage bożyszcza szos.

 

„Titane”, fot. materiały prasowe

To bardziej opowieść o poszukiwaniu siebie, zrozumieniu własnej seksualności i płci lub po prostu jej braku. Znajdziemy tutaj też opowieść o toksycznej męskości, stracie i samotności.

Tak naprawdę trudno ten film streścić, by nie popaść w różnego rodzaju klisze słowne. Dlatego warto skupić się na grubej queerowej warstwie, którą „Titane” został podszyty. To jeden z niewielu obrazów tak swobodnie i bardzo ciekawie manewrujący nie tylko między gatunkami filmowymi (horror, thriller, dramat, czarna komedia), ale właśnie między binarnymi porządkami płciowymi, a nawet zagadnieniami transhumanizmu. Świetna jest Agathe Rousselle, której androgyniczna prezencja i elektryzująca osobowość są najjaśniejszymi punktami filmu. Zachwycają również zdjęcia Rubena Impensa, które nadają obrazowi dyskotekowo-neonowego vibe’u. Warto poddać się wyobraźni Julii Ducournau. Mocne, ciekawe kino.

„Titane”, reż. Julia Ducournau, Francja 2021

Podziel się kulturą!