fot. materiały prasowe, serial Dead to Me

Do zobaczenia

Aby nie zgubić się w gąszczu serialowych i filmowych nowości, zebrałem dla was listę trzech najistotniejszych produkcji ostatniego czasu. Co najlepiej zapełni nasze wolne chwile?

Mimo spowodowanego przez COVID-19 przestoju w kręceniu nowych telewizyjnych produkcji, platformy streamingowe (przynajmniej na razie) nie zwalniają tempa i co rusz proponują widzom nowe seriale i filmy. Jednym z zadań tych produkcji jest próba odegnania naszych myśli od niepewnej rzeczywistości i usilnych starań, by nie wróżyć z fusów. Przewidywanie przyszłości to trudna sztuka.

 

Na szczęście możemy być pewni, że jeszcze przez długie miesiące będziemy mamieni ruchomymi obrazkami  na ekranach naszych telewizorów i komputerów.

A to z tego względu, że (podobno) Netflix zdążył wyprodukować materiał, który starczy mu do końca 2020 roku. Nie mówiąc już o innych platformach. Aby nie zgubić się w gąszczu nowości, zebrałem dla was listę najistotniejszych produkcji ostatniego czasu. Co najlepiej zapełni nasze wolne chwile? Jest tego trochę.

„To wiem na pewno”

Przede wszystkim zajrzyjcie na HBO GO, gdzie stosunkowo niedawno zadebiutował miniserial „To wiem na pewno”. Oto dostajemy rodzinną sagę, która przedstawia dwie równoległe historie braci bliźniaków. Co prawda losy Dominicka i Thomasa śledzimy na różnych etapach ich życia, jednak to czas dla nich współczesny, czyli początek lat 90. XX wieku, zdaje się najbardziej istotny. Obaj wkraczają w wiek średni, jednak ich postrzeganie świata zdecydowanie różni się od siebie. Dominick jest sfrustrowanym cholerykiem, straumatyzowanym przez śmierć dziecka, własne dzieciństwo, rozwód i chorobę nowotworową matki. Dużo? Na głowie ma również Thomasa, który z kolei cierpi  na manię prześladowczą i schizofrenię.

To wiem na pewno, fot. materiały prasowe

To wiem na pewno, fot. materiały prasowe

 

W pierwszym odcinku w imię Boga w bibliotece publicznej odrąbuje sobie maczetą dłoń, przez co trafia do szpitala psychiatrycznego. „To wiem na pewno” przygnębia jak żaden inny serial. Jednak ogląda się go absolutnie fenomenalnie!

Duża w tym zasługa Marka Ruffalo, który pojawia się w podwójnej roli wspominanych bliźniaków. To wielki powrót aktora do ról dramatycznych (ostatnio szerszej publiczności pokazywał się w roli Hulka w „Avengersach”). Na małym ekranie towarzyszą mu rewelacyjne aktorki: Melissa Leo, Rosie O’Donnell, Archie Panjabi, Imogen Poots, Juliette Lewis i Kathryn Hahn. Reżyseruje Derek Cianfrance, którego możecie kojarzyć z filmu „Blue Valentine”. Twórca ma charakterystyczny, właśnie mocno pesymistyczny styl opowieści, który bardzo przyciąga widza. Całość sprawia, że żerujemy na nieszczęściu oglądanych postaci. I muszę przyznać – jest to bardzo, bardzo smaczne!

„Douglas”

Przeskakujemy na Netflixa. Jeżeli lubicie stand-upy i do tego chcecie się czegoś dowiedzieć o życiu, zobaczcie „Douglasa”, czyli występ australijskiej komiczki Hannah Gadsby. W 2018 osiągnęła ogromny sukces dzięki poprzedniemu specialowi „Nanette”. Szczerość w wydaniu komediowym to coś, co rzadko możemy oglądać na małym ekranie. „Douglas”, jak sama Gadsby mówi, to jakby „drugi album”, względem którego widz ma bardzo duże oczekiwania. Tym bardziej dlatego, że poprzedni stand-up miał być oficjalnym pożegnaniem artystki z komedią. Pożegnaniem stylizowanym, oczywiście. W nowej produkcji Netflixa komiczka daje radę. Ponownie zajmuje się tematami, które stały się jej znakiem szczególnym, czyli: mizoginią, patriarchatem, historią sztuki, grami słownymi, dzieciństwem i samoświadomością.

 

Pomimo że „Douglas” nie porusza zagadnień lekkich i przyjemnych, to w porównaniu z „Nanette” widz ma wrażenie lekkości; być może przez własne oczekiwania, a może przez to, że oglądamy coś, co jest mniej osobiste niż poprzednie wystąpienie.Tamten stand-up był niemal jak dokonywana na scenie autoterapia artystki, którą śledzi szeroka publiczność. Nie jest to zarzut, tylko obserwacja.

„Douglas” bowiem jest fantastyczny, do wielokrotnego oglądania i przemyślenia. Powiem wam szczerze: popłakałem się ze śmiechu. A to naprawdę bardzo rzadko się zdarza. Obejrzyjcie „Douglasa” koniecznie.

„Dead to me”

Dead to me, fot. materiały prasowe

Dead to me, fot. materiały prasowe

Z kolei do binge-watchingu idealny jest serial „Dead to me”, tym bardziej że na Netflixie mamy aż dwa pełniutkie sezony.

 

Ta produkcja to typowy dla tej platformy streamingowej miszmasz gatunkowy.

Zatem dostajemy kryminał, komedię oraz historię o żałobie i kobiecym empowermencie. W rolach głównych pojawiają się świetne aktorki i aktorzy, m.in. Christina Applegate (czyli – uwaga! Gratka dla millenialsów – Kelly ze „Świata według Bundych”), Linda Cardellini („Avengers”) i James Marsden (znany z „Westworld”). W pierwszym sezonie poznajemy Jen (Applegate), zamożną agentkę nieruchomości, której mąż zostaje śmiertelnie potrącony przez samochód. Zaczątek fabuły daje możliwość do opowieści o radzeniu sobie z traumą, poznawaniu siebie i innych. Zwłaszcza że Judy (Cardellini), która odpowiada za śmierć męża Jen, zaprzyjaźnia się z wdową i… wprowadza się do jej domu. A to tylko początek pierwszego sezonu! Jeżeli myślicie, że „Dead to me” wypełnia ostry żart i dużo, dużo dramy – wcale się nie mylicie. Każdy odcinek zamyka się w dwudziestu paru minutach, co jest bardzo, bardzo przyjemne i jeszcze mocniej zachęca do oglądania.