fot. Mariusz Forecki

Doznania wizualne

„Kiedy w dzieciństwie po raz pierwszy zobaczyłem Morticie Addams, powiedziałem sobie, że kiedyś będę tak wyglądał” – mówi Christina Corpse, drag performer.

 

KUBA WOJTASZCZYK: Jak wyszedł twój ostatni występ?

CHRISTINA CORPSE: Ostatnia impreza w Punto, właściwie urodziny tego klubu – były bardzo miłe. Co prawda spodziewałem się trochę więcej ludzi, bo ostatnio, co jest irytujące, przychodzi ich coraz mniej… A sama impreza – jak to urodziny – balony, koncert, tort i inne bzdury.

 

Jak myślisz, dlaczego coraz mniej osób pojawia się w Punto?

Teraz jest taki dziwny okres. Rozpoczęła się szkoła. Wiele osób ma też niedosyt wakacji, więc jeszcze podróżuje. Za chwilę zrobi się trochę chłodniej i ludzie będą liczniej przybywać. No i zjadą się studenci.

Punto jest ważnym miejscem na mapie queerowego Poznania, bo to jedyny klub, gdzie występy drag odbywają się regularnie, co tydzień.

Poza tym tego typu imprezy ostatnio przyciągają dużo większą publikę niż celebryci tacy jak Gosia Andrzejewicz, która wystąpiła na urodzinach.

 

Jak myślisz, skąd ten wysyp popularności dragowych eventów?

Pierwsza rzecz, która przychodzi mi na myśl, to „Drag Race”, który spowodował wyjście dragu z podziemia. Wydaje mi się też, że w pewnym momencie, kiedy wszystko już było, kultura po inspiracje zaczęła sięgać tam, gdzie wcześniej nie zaglądała.

Mamy teraz ten czas, że to podziemie wiedzie swój prym. To, co kiedyś było niedopuszczalne, teraz jest codziennością. Wiesz, widzę na ulicy małe dzieciaki w koszulkach z czaszkami i im zazdroszczę łatwości, z jaką mogą nabyć te szmaty. Kiedy ja byłem mały, takich rzeczy w ogóle nie można było kupić, musiałem sam je tworzyć. Dziś ludzie łykają jak świeże bułki to, na co kiedyś patrzyło się ze strachem. Drag jest jedną z tych rzeczy.

 

Drag queen Christina Corpse, fot. Mariusz Forecki

Drag queen Christina Corpse, fot. Mariusz Forecki

 

Podróżujesz, poznajesz różne sceny dragowe w Europie. Jak na ich tle wypada ta nasza, rodzima?

Kiedy zaczynałem przygodę z dragiem, jeszcze zanim wbiłem się w obcasy, w Polsce każdy stawiał na to, aby wyglądać jak kobieta. Robiono to tanim kosztem, a nowe techniki makijażu dopiero raczkowały, przez co wyglądało to bardzo odpustowo. Na szczęście teraz staliśmy się bardziej profesjonalni, a granica między naszym dragiem a zagranicznym się zatarła.

Każda debiutująca laska, która pojawia się na scenie, wprowadza coś nowego i stawia poprzeczkę coraz wyżej. Mamy brodate i włochate drag queen, mamy różnego rodzaju „gender fucky”, mamy też coraz więcej drag kingów i bio queen (chociaż nie lubię tego określenia, bo drag queen to drag queen, nieważne czy kobieta, czy mężczyzna, drag jest dla wszystkich).

 

Cofnijmy się jeszcze do czasu, kiedy dopiero przygotowywałeś się do występów…

Pamiętam, kiedy poszedłem na mój pierwszy drag show w Berlinie. Byłem zaszokowany tym, jak profesjonalne i różnorodne były tamtejsze występy. Podczas gdy u nas wychodziło się na scenę, robiło się rybkę do piosenki i się schodziło – tam pokazywano akrobacje cyrkowe, burleskę, zabawy z ogniem czy śpiewało live. Było to naprawdę bardzo, bardzo dopracowane.

 

Teraz jesteśmy do przodu?

Tak. Jest kilku performerów, którzy już teraz robią dużą karierę w Polsce za pomocą social mediów. Myślę, że to duży krok do przodu. Ludzie czerpią wiedzę i inspiracje ze wspomnianego już „Drag Race”. Jednak w tym programie liczą się jedynie pieniądze, pieniądze, pieniądze…

Wiadomo – pokażesz buźkę w telewizji i od razu sypią się bookingi. Na to wszystko nie mogą sobie jeszcze pozwolić nasze laski, bo trochę czasu minie, zanim zobaczymy drag queen w polskiej telewizji i nie będzie to smutny dokument o wynaturzeniach.

Natomiast pieniądze nie są żadnym wyznacznikiem, aby być dobrym w tym, co się robi.

 

Co liczy się prócz umiejętności?

Przede wszystkim pomysł, bo jeżeli jesteś performerem, to najważniejsze jest zabawianie publiczności. Musisz trzymać ludzi w napięciu, mieć jakiś przekaz, dać im rozrywkę.

Jeżeli nie masz pomysłu i jesteś kolejną Beyoncé, która wychodzi i pokazuje: „jaka ja jestem boska, jaka ja jestem sexy”, to trochę wieje nudą.

 

No właśnie Christina Corpse jest przeciwieństwem nudnej persony… Kiedy się narodziła?

Musielibyśmy cofnąć się aż do mojego dzieciństwa, kiedy byłem małym, nawiedzonym dzieckiem, które miało obsesję na punkcie horrorów. Moja mama pokazała mi „Rodzinę Addamsów”, gdy miałem 8 lat. Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem Morticię Addams, powiedziałem sobie, że kiedyś będę tak wyglądał [śmiech].

 

Jak wchodziłeś w drag?

Był to dla mnie kolejny etap ewolucji. Przez całe życie próbuję tworzyć – i w taki sposób wywalać różne demony z głowy. Zaczęło się klasycznie: od kredek, flamastrów i farb. Rysowałem, malowałem, tworzyłem kolaże…

Drag queen Christina Corpse, fot. Mariusz Forecki

Drag queen Christina Corpse, fot. Mariusz Forecki

Później miałem epizod muzyczny i przez dwa lata byłem wokalistą w zespole metalowym. Pisałem też wiersze, które przekładałem na piosenki, zajmowałem się szyciem, rzeźbiłem…

Wreszcie pojawiła się fotografia i grafika komputerowa, które teraz są moją pracą. Jak widzisz cały czas rozładowywałem emocje za pomocą różnych mediów. W pewnym momencie stanął mi na drodze performance…

 

Kiedy uświadomiłeś sobie, że chcesz robić drag?

Za czasów, kiedy chodziłem do speluniarskich gejowskich klubów, gdzie sporadycznie odbywały się drag show. Wielokrotnie oglądałem występy i łapałem się na myśleniu: „Kurde, zrobiłbym to lepiej” [śmiech].

Stwierdziłem, że spróbuję. Nie zaczynałem sam, tylko z Antiną Christ, moim obecnym facetem. Zaczęliśmy wychodzić w dragu na imprezy w Berlinie. Wspieraliśmy i pomagaliśmy sobie wzajemnie przy narodzinach naszych postaci, to on mnie nauczył posługiwania się kosmetykami.

 

Kiedy po raz pierwszy stanąłeś na scenie?

Na Pride Weeku 2016. Jako grafik współpracowałem z Grupą Stonewall przy ich szacie graficznej. Wtedy już bawiłem się w drag, w necie pojawiały się moje zdjęcia, ale jeszcze nie miałem za sobą żadnego performance’u na scenie. W tym czasie w Poznaniu nie było nikogo, kto by tak jawnie mówił o tym, co robi, a ja krzyczałem głośno: „Jestem drag queen!”.

Grupa Stonewall zaproponowała mi, abym wystąpił w HaH-u na imprezie kończącej poznański Pride Week.

 

Miałeś tremę?

Ponieważ występowałem we wspomnianym wcześniej zespole, w ogóle tego nie odczuwam. Tak naprawdę wbijając się w drag, dostaję takiego zastrzyku adrenaliny, że nic nie jest w stanie mnie zatrzymać. Jestem zupełnie inną postacią, mam bardzo dużo pewności siebie i po prostu jadę z tym koksem.

 

Drag jest maską?

Christina i Chris sporo różnią się od siebie. Ta druga postać jest bardziej prywatna, ceni sobie siedzenie w domu, ciszę i nieodzywanie się do nikogo, jest mizantropem. Natomiast Christina, już po występie, jest moim łącznikiem ze światem, jest bardzo towarzyska i głodna ludzi.

 

Ostatnio z Antiną Christ przebraliście się za bohaterki filmu „Ze śmiercią jej do twarzy”. Szukasz takich postaci filmowych, które pasują do Christiny?

Niekoniecznie szukam, ale przypominam sobie. Byłem dzieciakiem, które łykało wszystko, co serwowała telewizja, a także wypożyczalnie kaset wideo w latach 90. – i teraz jestem po prostu gigantycznym popkulturowym geekiem.

Od czasu do czasu lubię też bawić się w cosplay, bo mam wrażenie, że dzięki temu oddaję hołd postaciom, które ukształtowały moją personę. No i uwielbiam gwiazdy starego Hollywood: Marlene Dietrich, Bette Davis czy Tallulah Bankhead. One też ukształtowały Christinę, która występując, jest zimna, niedostępna, czasami…

 

…divą?

To jest bardzo przereklamowane słowo. Myślę, że chodzi po prostu o przekaz: „Możesz patrzeć, ale nie zbliżaj się”. Christina jest zjawiskiem, obrazkiem, czymś, co da ci jedynie doznania wizualne.

 

Masz dalszy plan na jej rozwój?

Może kremacja? [śmiech]. Tak na serio – chcę osiąść na stałe w Berlinie. W przyszłości chciałbym mieć swój alternatywny dragowy dom. Marzy mi się grupa performerów, którzy nadają na tych samych falach co ja. Organizowalibyśmy imprezy tematyczne typu punkowe horror show.

W naszych klubach brakuje mi ostrej muzyki, a chciałbym czasami sobie poskakać na parkiecie do dobrego punku. Jest jeszcze kilka form sztuki, których nie próbowałem. Zobaczymy. No i chciałbym się nauczyć odpowiadać lepiej na pytania [śmiech].

 

CHRISTINA CORPSE – drag performer mieszkający w Poznaniu i Berlinie.

 

CZYTAJ TAKŻE: Królowa Wielkopolski. Rozmowa z Gelejzą

CZYTAJ TAKŻE: Faux queen? Nie, dziękuję! Rozmowa z Lolą Eyeonyou Potocki

CZYTAJ TAKŻE: Nie kolonizujemy Marsa. Rozmowa z Piotrem Buśko Twoją Starą