fot. materiały prasowe, "PEN15"

Drugie sezony

Idzie jesień, a wraz z nią pojawiają się nowe seriale i kontynuacje poprzednich sezonów. Jest ich całkiem sporo i, bądźmy szczerzy, można się w nich trochę pogubić. Dlatego poniżej przedstawiam wam dwa tytuły, które gorąco polecam. To co? Zaczynamy?

Dziewczyny!

Serial „PEN15” od stacji Hulu wziął telewizję szturmem. Pierwszy sezon został nominowany do Emmy i innych amerykańskich nagród, a także spowodował, że jego twórczynie i odtwórczynie głównych ról, Maya Erskine i Anna Konkle, stały się głośnymi nazwiskami w Hollywood. Zasłużenie, co udowadniają w drugim sezonie, który przenoszą na nowy level.

 Trzydziestoparoletnie Erskine i Konkle grają trzynastoletnie wersje samych siebie, wyrwane wprost ze szkolnego korytarza na początku lat 2000. To, co zwróciło uwagę widzów i krytyków w pierwszym sezonie, to zaskakująca przemiana dorosłych kobiet w nastolatki. Zrobiły to na tyle rewelacyjnie, że po chwili zapominamy, że nie mają trzynastu lat, jak pozostała część aktorek i aktorów. Metamorfoza, której nie należy mylić z podszywaniem się, szła wespół ze świetną fabułą produkcji. Scenariusz pokazywał horror dojrzewania, wszystkie niekomfortowe sytuacje, szalejące hormony czy poznawanie własnego ciała. Istotna była też gra ciałem, którym aktorki wyrażały fizyczny wstyd związany z dorastaniem.

 

"PEN15", fot. materiały prasowe

Fabuła pierwszego sezonu w dużej mierze skupiała się na Mai (granej przez Erskine) i Annie (granej przez Konkle), dwóch szkolnych wyrzutkach, których przyjaźń pozwala na przetrwanie grozy każdej przerwy, przemocy wśród rówieśników, tych mniej popularnych i tych będących w szkole na ustach wszystkich, czy w końcu trujących i „nic nierozumiejących” nauczycieli i rodziców.

Drugi sezon był nie lada wyzwaniem. Artystki nie mogły przecież bazować jedynie na fizycznej komedii, na tym, że są po trzydziestce, a zadają się z dzieciakami, czy w końcu na sentymencie do wczesnych lat 2000., muzyce Britney, pachnących gumkach do mazania i korektorze. „PEN15” poszedł w nową stronę. Być może doroślejszą?

Rozpoczynamy kilka tygodni po potańcówce, która kończyła pierwszy sezon serialu, a podczas którego Maya i Anna zamknęły się w składziku razem z popularnym chłopakiem Brandtem i pozwoliły mu dotknąć swoich piersi; po wszystkim przyrzekły zachować to wydarzenie w sekrecie. Anna musi stawić czoła separacji rodziców, a Maya usilnie stara się, by Brandt się w niej zakochał.

 

Te dwa ostatnie wydarzenia spowodują nawet „przemianę” bohaterek w czarownice, a cały odcinek zostanie poświęcony rzucaniu zaklęć jako ostatniej deski ratunku; wątek wyjęty niczym z nastoletniego filmowego hitu „Szkoła czarownic”.

"PEN15", fot. materiały prasowe

Bardzo dobrym posunięciem tego sezonu jest mocniejsze zaakcentowanie postaci drugoplanowych. Dzięki temu dostajemy historię wspominanego rozpadu związku rodziców Anny, ale również opowieść o odkrywaniu własnej orientacji seksualnej przez nastolatka, kolegę głównych bohaterek, a także o próbie znalezienia przyjaźni za wszelką cenę, przypasowania się itp. Oczywiście dla millennialsów, którzy są w podobnym wieku co trzydziestotrzyletnie Erskine i Konkle, „PEN15” to w dalszym ciągu też pławienie się we wspominanej nostalgii. Kto nie miał plakatu z Heathem Ledgerem z „Zakochanej złośnicy” na ścianie, niech pierwszy rzuci kamieniem. Wspaniały serial!

Nie tacy super

Kolejnym drugim sezonem, który szczególnie polecam jest „The Boys” (możecie  go śledzić na Amazonie). Twórca, Eric Kripke, pierwszą częścią również narobił niezłego szumu.

 

Świat tej produkcji jest majstersztykiem. W dużej mierze dzieli się on na ludzi i superbohaterów, jakbyśmy żyli w rzeczywistości rodem z komiksów Marvela lub DC.

„The Boys”, fot. materiały prasowe

Największa rewelacja odkryta w pierwszym sezonie to fakt, że z supermocami się nie rodzimy (jak wcześniej głoszono), tylko są tworzone przez aplikowanie serum o nazwie Compound V. Za jego produkcją stoi wielka korporacja Vought International, która też zarządza grupą Siedmiu (ci starają się zachować porządek w USA i na całym świecie). W jej skład wchodzą najlepsi z najlepszych superbohaterów, którzy traktowani są niczym bogowie i boginie, m.in. człowiek ze stali Homelander (à la Kapitan Ameryka), Queen Maeve (niczym Wonder Woman) czy nowa w zespole Starlight. Szybko orientujemy się, że ich szerzenie dobra to w dużej mierze tylko przykrywka. Są wyrachowani, traktują ludzi jak robactwo, generują konflikty, by zyskać na popularności (również w social mediach).

 

Mamy też do czynienia, jak niemal w każdej korporacji, z mobbingiem, zastraszaniem, ciążami pochodzącymi z gwałtu… Superbohaterowie mają swoich ludzi od wizerunku, grają w filmach, reklamach, w skrócie: są narzędziem marketingowym. Kim zatem są tytułowi „The Boys”?

„The Boys”, fot. materiały prasowe

To grupa kolesi bez supermocy i jednej superbohaterki, którzy chcą pokrzyżować plany Siedmiu i korpo Vought i ujawnić światu, że to tak naprawdę pozbawiona kręgosłupa moralnego organizacja. Tym bardziej, że pod koniec pierwszego sezonu dowiadujemy się, że korporacja stoi za… tworzeniem superterrorystów, by superbohaterowie mieli z kim walczyć. Miód na moje serce!

 W drugim sezonie twórcy idą jeszcze dalej w eksplorowaniu wykreowanego świata, m.in. zajmują się rasizmem (jedną z głównych bohaterek jest Stormfront, nowy nabytek Siedmiu, która jest rasistką z krwi i kości) czy może bardziej – dojściem radykalnej prawicy do głosu. Bardzo inteligentna telewizja, która pod płaszczykiem gatunku SF mówi o sprawach aktualnych także dziś. Jakby tego było mało, „The Boys” stanowi odtrutkę na mimo wszystko plastikowe produkcje Marvela i DC. Naprawdę warto!