fot. Mariusz Forecki

„Dzieci Zony” w Teatrze Nowym. Kogo dziś obchodzi wolność?

Problem wolności zajmuje już chyba tylko tych, którzy boleśnie odczuwają obecność dyktatorskiej władzy. W społeczeństwach demokratycznych o wolności prawie nikt nie mówi, jej potrzebę zastąpiła przyjemność bogacenia się i posiadania. „Dzieci Zony” to okazja, by przekonać się, czy jeszcze rozumiemy, o jakiej wolności mówią twórcy spektaklu.

Problem wolności zajmuje już chyba tylko tych, którzy boleśnie odczuwają obecność dyktatorskiej władzy. W społeczeństwach demokratycznych o wolności prawie nikt nie mówi, jej potrzebę zastąpiła przyjemność bogacenia się i posiadania. „Dzieci Zony” to okazja, by przekonać się, czy jeszcze rozumiemy, o jakiej wolności mówią twórcy spektaklu.

Tekst młodego uralskiego dramaturga Walerija Szergina potwierdza tezę, że najlepiej pisze się o czymś, czego się doświadcza. Choć sam autor twierdzi, że ukończył swoją sztukę 5 października 2011 roku, przed wydarzeniami na placu Bołotnym w Moskwie, trudno oprzeć się wrażeniu, że rosyjska rzeczywistość nieprawdopodobnie szybko wskoczyła w jego scenariusz. Wszyscy pamiętamy, że w lutym 2012 roku moskiewski plac Bołotny stał się miejscem protestów ponad stu tysięcy Rosjan, którzy domagali się uczciwych wyborów. W tym samym czasie, kilka kilometrów dalej, na Pokłonnej Górze, zorganizowano równie liczny wiec poparcia dla Władimira Putina.

Tekst Szergina pokazuje, że bystry obserwator rosyjskiej rzeczywistości (a takim na pewno jest autor) potrafi antycypować wydarzenia w swoim kraju. „Dzieci Zony” to opowieść o zniewoleniu mieszkańców republiki Czumurtii, rządzonej twardą, dyktatorską ręką. Gdzie trzy krzesła, przydział małżonka, dziecka i żywności mają być wystarczającym powodem do szczęścia. I to szczęścia w wersji homoseksualnej (tak Szergin gra na nosie władzy), bo światy mężczyzn i kobiet są w Czumurtii wyraźnie od siebie oddzielone. Pewnego dnia do miasteczka przybywa człowiek z wolnego świata – Stalker (Janusz Andrzejewski). Rozpala wyobraźnię Pedrosa (Sebastian Grek) – męskiej żony Fiedota (Ildefons Stachowiak), która zaczyna marzyć o innym życiu, bez przymusu i strachu. Marzeniem o wolności zaraża córkę, też płci męskiej (Radosław Elis) i z czasem samego Fiedota…

Tekst wyszedł spod pióra nie tylko świetnego obserwatora rzeczywistości, ale też osoby, która nieźle radzi sobie z rozpoznawaniem konfliktów, oglądaniem tego samego problemu z różnych perspektyw i budowaniem pełnokrwistych postaci. Co nie znaczy, że to sceniczny samograj. Szkoda, że reżyser, Grzegorz Reszka, nie skrócił go w paru miejscach, co wyrównałoby tempo spektaklu.

 

Reżyserskich potknięć jest tu więcej – widać je w rozwiązaniach scen, w pomieszaniu konwencji itp. Nieco kanciasta reżyseria ma w sobie jednak walor pewnej świeżości.

Przedstawienie wyszło spod ręki twórcy, który dopiero zaczyna swoją przygodę w teatrze. Budowanie warsztatu reżyserskiego trochę trwa, nawet najlepsi miewali trudne początki. Pamiętam jak ponad 20 lat temu Piotr Cieplak męczył się z „Żołnierzem królowej Madagaskaru” w Teatrze im. W. Horzycy w Toruniu. Kilka lat później zrobił wyjątkowy spektakl – „Historyję o Chwalebnym Zmartwychwstaniu Pańskim” Mikołaja z Wilkowiecka. Dziś należy do najciekawszych polskich reżyserów współczesnych.

Reżyser „Dzieci Zony” czuje tekst i potrafi wejść w specyficzne, nieco gorzkie poczucie humoru Szergina. No i miał szczęście, że przyszło mu pracować z dobrymi aktorami, którzy pomogli mu zapewne w rozwiązaniu wielu scen. Chyba sami się przy tym nieźle bawili, bo postaci dramatu są bardzo wyraziste, krwiste, otwierające pole aktorskiej wyobraźni, choć jednocześnie łatwe do przeszarżowania. Widać nie zawiodła aktorska intuicja i czujność, bo żaden z nich tej granicy nie przekracza. Największą pokusę mieli chyba Sebastian Grek w żeńsko-męskiej roli Pedrosa i Waldemar Szczepaniak jako Tomyszew, czyli człowiek gówno. Oboje wyszli z tej próby zwycięsko, zaskarbiając sobie przy tym niekłamaną sympatię widzów.

Zapyta ktoś, ile z „Dzieci Zony” zrozumie pokolenie dzisiejszych polskich 20-latków, wszak w tekście pełno odniesień, które w lot chwytają ci, którzy poznali smak komunistycznego przymusu. Młodzi ludzie będę chyba czytali to przedstawienie na zupełnie innej płaszczyźnie – jako rzecz o konformizmie, egoizmie, straconych nadziejach, przystosowaniu jako pomyśle na szczęście. Czy potraktują głos Szergina i Reszki jako zachętę do rozważań na temat tego, czym dziś jest wolność?

Myślę, że dla wielu z nich, urodzonych w okresie, w którym konsumpcyjne nastawienie do życia zastąpiło refleksję nad jego jakością, będzie to wyzwanie. Do jego podjęcia może zmusić postać Stalkera. Choć imię kojarzyć się im będzie bardziej z serią gier video (S.T.A.L.K.E.R) niż z powieścią braci Strugackich, rosyjskich pisarzy fantastyki naukowej.

 

Tak czy siak Stalker to ktoś, kto w – obydwu kontekstach – pozostaje przemytnikiem, poszukiwaczem wartościowych rzeczy, które można spieniężyć i nieźle na tym zarobić. W spektaklu zobaczą Stalkera, potrafiącego współczuć tym, na których zarabia.

Rezygnującego z kasy, dla której podjął się wyprowadzenia zniewolonych mieszkańców z totalitarnej republiki. Mamiąc ich wolnością, a w rzeczywistości dostarczając strażnikom Zony. Takiego Stalkera nie ma w żadnej grze, to wbrew regułom, musi więc niepokoić i dziwić. I to zdziwienie może stać się początkiem – może niekoniecznie filozofii – ale namysłu. A to już dużo.

Warto słów kilka powiedzieć o scenografii „Dzieci Zony”. To jeżdżące na kółkach ściany, zbudowane z drewnianych, prześwitujących skrzynek. Pomysł świetny – połączenie minimalizmu z funkcjonalnością (dzięki odpowiednim ustawieniom ścian jesteśmy w domu, biurze, więziennej klatce).

Autorkami scenografii i kostiumów (prostych, pomysłowych, zabawnych) są studentki Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu: Magda Flisowska, Zofia Jakubowska, Berenika Pyza i Aleksandra Zembrowska. „Dzieci Zony” zdobyły II miejsce w plebiscycie publiczności na spektakl, zrealizowany przez debiutantów, który trafić miał do repertuaru teatru.

 
Zdjęcia z próby do spektaklu „Dzieci Zony” w reżyserii Grzegorza Reszki, Teatr Nowy w Poznaniu, 20.01.2015 r.