fot. archiwum redakcji

Festiwal namiętności

To nieprawda, że kameralistyka interesuje nielicznych. Podczas festiwalu Q’arto Mondi sala Pałacu Działyńskich pękała w szwach. Młodzi kameraliści odkryli dla publiczności muzykę kompozytorów, których nazwiska trudno znaleźć w encyklopediach muzyki. A w finałowym koncercie znalazły się same klejnoty: Mahler, Strauss i Brahms.

Kolejna edycja Festiwalu Muzyki Kameralnej Q’arto Mondi w świadomości i wspomnieniach melomanów przechodzi do historii, jako bardzo udana.

Tegoroczną odsłonę cechował bardzo wysoki poziom artystyczny, ciekawy i bogaty repertuar oraz znamienici artyści.

Przez wiele lat istniał pogląd, że kameralistyka to ta dziedzina muzyki, którą interesuje się wąskie grono odbiorców, a jeżeli nawet jest w tym jakaś przesada, to zasadniczo nie zmienia ona ogólnego trendu. Otóż okazuje się, że wcale tak nie jest. Najlepszym tego dowodem jest zainteresowanie, z jakim spotyka się festiwal Q’arto Mondi – sala Pałacu Działyńskich, gdzie odbywały się festiwalowe koncerty, pękała w szwach.

Polish Cello Quartet to młody zespół, odkrywający dla publiczności muzykę kompozytorów, których nazwiska trudno znaleźć w słownikach i encyklopediach muzyki. W czasie swojego koncertu zaprezentowali kompozycje Prospera van Eechaute, Lugiego Forino, Rudolfa Matza, oraz Kazimierza Wiłkomirskiego.

Z całego koncertu najmocniej zapadł mi w pamięć Kwartet wiolonczelowy Rudolfa Matza. Dzieło nie małe, stawiające duże wymagania wykonawcom, przy tym ciekawe i niebanalne. Poza tym, że w dziele Matza znaleźć można aluzje do muzyki Schuberta czy Beethovena, to co innego wydaje mi się warte zauważenia. Myślę o konsekwentnej narracji kompozytora, który nie żongluje emocjami, wprost przeciwnie - tworzy spójną, elegijną opowieść. Panowie z Polish Cello Quortet doskonale wyczuli te intencje, umiejętnie podkreślając nastrojowość muzyki Matza. Młodzi artyści świetnie muzykują, proponują przy tym ciekawy repertuar, czego chcieć więcej?

Urokowi wiolonczelistów poddała się publiczność, której entuzjazm zaowocował dwoma bisami. Zabawnym i pełnym lekkości „In Vacanza” Alfredo Piattiego oraz nokturnowym „Ave Maria” Wilhelma Fitzenhagena.

Przedostatni dzień festiwalu należał do pokolenia najmłodszych kameralistów. Tego wieczoru usłyszeliśmy trzy zespoły. Gitarowy kwartet Erlendis Quartet zaprezentował klasykę gitarowego gatunku.  Natomiast zespół Sajsiecki Trio wykonał z wielkim powodzeniem młodzieńcze dzieło Debussy’ego – Trio fortepianowe G-dur.


Wielkim odkryciem był dla mnie Tinnitus Quartet. Rzadko spotyka się u młodych ludzi ten rodzaj dojrzałości artystycznej, który wbija w fotel i zapada w pamięć na zawsze.

Precyzja tempa, czystość intonacji, piękne frazowanie i ogromna muzykalność, to znaki firmowe Tinnitus Quartet. Ich interpretacja Kwartetu smyczkowego G-dur KV 387 Mozarta była zjawiskowa. Ogromnie żałuję, że utwór mistrza z Salzburga nie zabrzmiał w całości, usłyszeliśmy tylko dwie ostatnie części. Prymariusz zespołu jest urodzonym skrzypkiem i wcale bym się nie pogniewałbym, gdyby porzucił kameralistykę na rzecz kariery solowej. Apeluję do Pana, proszę stanąć do eliminacji Konkursu Skrzypcowego im. Henryka Wieniawskiego. Mając taką sprawność techniczną, operując tak pięknym dźwiękiem, ma Pan szansę na zdobycie rzeczy wielkich!

Festiwal zamknął koncert niemieckich artystów Faure Quartett. Trudno o lepszy finał. W programie same klejnoty Mahler, Strauss i Brahms. Przyjrzyjmy się może Kwartetowi fortepianowemu c-moll op.13 Richarda Straussa. Utwór złożony, przeciwstawny w nastrojach, odznaczający się romantyczną kantyleną. To, co najbardziej uderzało w grze niemieckich artystów to klarowność każdej frazy, doskonałe wyczucie dramaturgii tego niełatwego dzieła, a przez to stworzenie bardzo spójnej interpretacji.

Wisienką na torcie okazał się Kwartet fortepianowy g-moll op. 25 Johannesa Brahmsa. Ileż w nim było emocji i werwy! Ostatnia część – diabelnie trudna – zatopiona w morzu figuracji i wirtuozowskiej partii skrzypiec, tocząca walkę nastrojów między żywiołowymi tempami refrenu ronda, a sentymentalnym kupletem, prowadzi słuchaczy do całkowitego zatracenia. Taka też była gra Niemców: ognista i żywiołowa, pełna namiętności i technicznej perfekcji.

CZYTAJ TAKŻE: W co wierzą artyści?

CZYTAJ TAKŻE: James Hetfield: Człowiek z metalu

CZYTAJ TAKŻE: Koniec Polski