fot. Dawid Majewski

Idee złapane w sieć.

Archiwum Idei to nowa przestrzeń na kulturalnej mapie Poznania, która powstała z inicjatywy Jarosława Kozłowskiego. Pod adresem Żydowska 35a można do 20 lutego odwiedzić wystawę „Słuchając okiem”, gdzie prezentowane są prace takich artystów, jak Joseph Beuys, Edward Krasiński, George Maciunas, Ben Patterson, Nam June Paik.

Piotr Tkacz: Spotykamy się w Archiwum Idei. Żeby mieć jasność, na wstępie zapytam – czy to jest galeria?

Jarosław Kozłowski: Galeria ma zupełnie inną funkcję – organizuje wystawy indywidualne lub zbiorowe, promuje artystów, czasami prowadzi działalność handlową. Tutaj będą wyłącznie wystawy problemowe, związane z ważnymi dla sztuki zagadnieniami. Zatem – Archiwum, tym bardziej że faktycznie prezentujemy zbiory archiwalne NET-u i Galerii Akumulatory 2.

 

PT: Co to były za przedsięwzięcia?

JK: NET rozpoczął się od spotkania i przyjaźni z teoretykiem sztuki Andrzejem Kostołowskim. Pod koniec 1971 roku wspólnie sformułowaliśmy manifest, który jest tu zresztą pokazany.

 

Apelował on do artystów oraz teoretyków sztuki, by podjęli propozycję wymiany idei, twórczych pomysłów, projektów, prac, katalogów, książek, także poglądów.

Ta wymiana miała być czysto prywatna, poza instytucjami, wynikająca ze wzajemnej ciekawości i potrzeby dialogu. Manifest został przepisany w 350 kopiach, do każdej dołączona była lista zaproszonych do niej osób. Chodziło o to, żeby wszyscy mieli jasność, z kim można korespondować. A cała koncepcja wzięła się stąd, że nie było wtedy niemal żadnych kontaktów ze sztuką światową. Była żelazna kurtyna, zarówno ideologiczna, jak i geograficzna. Zbieraliśmy zatem adresy, czasami spisywaliśmy je z katalogów i za pośrednictwem poczty rozsyłaliśmy manifest po całym świecie.

Po około dwóch miesiącach zaczęły nadchodzić odpowiedzi. Okazało się, że apel, który sugeruje odsunięcie od sceny artystycznej na rzecz bezpośredniego kontaktu, wywołał fantastyczną reakcję. Osoby zaproszone proponowały kolejne adresy, potem zaczęło się to już samo rozrastać. Zresztą ważnym założeniem manifestu było to, że NET nie ma koordynacji i punktu centralnego.

Gdy już miałem trochę materiałów, postanowiłem zrobić pokaz u siebie w domu, żeby się tym podzielić. Były to różne prace, książki, listy, fotografie, rysunki, czasopisma od artystów, np. związanych z sytuacjonizmem czy neo-dada.

 

Niestety, podczas spotkania pojawili się panowie ze Służby Bezpieczeństwa i szybko się ono zakończyło.

Jarosław Kozłowski, Fot. Dawid Majewski

Jarosław Kozłowski, Fot. Dawid Majewski

Uznałem, że nie będę już urządzał wystaw w mieszkaniu. Ale też stwierdziłem, że nie można się tak dać. Trzy miesiące później zrobiłem drugi pokaz, ale już w przestrzeni publicznej, w Klubie Związków Twórczych, który wynająłem na trzy godziny.

 

PT: Jaki był kolejny krok?

JK: Po tym najściu i różnych perturbacjach, które z niego wyniknęły, m.in. odsunięto mnie na kilka lat od pracy pedagogicznej w PWSSP. Andrzej Turowski zaproponował mi wtedy wykłady z technologii malarskich na historii sztuki na UAM. Technologie przerobiliśmy szybko, poświęcając większość czasu na rozmowy o aktualnej sztuce. Wśród studentów byli Piotr Piotrowski, Andrzej Jur, Tadeusz Matuszczak i wspólnie doszliśmy do wniosku, że warto byłoby poszukać przestrzeni, w której można by kontynuować ideę NET-u w innej nieco postaci.

Przez ZSP, również dzięki pomocy Grzegorza Gaudena, dostaliśmy pomieszczenie w Akumulatorach, w domu studenckim „Jowita”.

 

I tak powstała Galeria Akumulatory 2. Zaczęliśmy robić wystawy i odczyty, których autorami byli w większości artyści związani z NET-em i na które od czasu do czasu przychodzili panowie z SB, sprawdzając, czy to nie jest aby zakamuflowana próba utworzenia grupy anarchistyczno-antypaństwowej.

Ale nie było żadnych drastycznych interwencji, poza przypadkiem w okresie stanu wojennego, gdy zrobiłem pracę „Zielona ściana poza kontekstem politycznym”, co było trudne dla nich do strawienia. (śmiech)

 

PT: A może władza miała się czego bać? Taka międzynarodówka artystyczna, która była poza kontrolą, nawet poza waszą kontrolą…

Fot. Dawid Majewski

Fot. Dawid Majewski

JK: Pośród materiałów, które skonfiskowali podczas pierwszego pokazu NET-u, doszukali się w jakimś utworze poetyckim konkretnej mapy NRD, ze wskazaniem wojskowych obiektów. To był nonsens, z czego chyba sami zdawali sobie sprawę. Później drażniły ich przyjazdy zapraszanych ze świata artystów, także fakt, że dla wielu z nich organizowałem odczyty i seminaria w uczelni. Sam przez kilka lat nie mogłem wyjeżdżać za granicę.

 

PT: Ta wystawa przypomina niektóre takie sytuacje, na przykład wizyty Henri Chopina czy Svena-Åke Johanssona.

JK: Także Erica Andersena, Emmetta Williamsa czy Davida Troostwyka i wielu innych. Oni przyjeżdżali z wielką ciekawością, bo rozeszła się fama, że w tym miejscu mówi się o sztuce. Dla nich to było bardzo ciekawe doświadczenie – robią wystawę, przychodzi publiczność, nie ma wernisażu, nie ma wina ani innych atrakcji. Ale jest artysta i publiczność, która w pewnym momencie zaczyna pytać i niektóre spotkania przez te dyskusje trwały nawet pięć godzin. O sztuce myśleliśmy wówczas inaczej, niż myśli się o niej obecnie. Nie było komercji, list rankingowych, rozmawialiśmy o wartościach.

 

PT: I to były pewnie ich pierwsze wizyty?

JK: Tak. Przyjeżdżali na własny koszt, czasami występowałem do British Council albo Goethe Institut, które pokrywały bilety, a w Poznaniu mieszkali u mnie.

 

PT: Rozumiem, że nie chce pan narzucać żadnych interpretacji, bo przy wejściu na ekspozycję „Słuchając okiem” nie ma tekstu wprowadzającego, dziełom nie towarzyszą tabliczki z opisami. Jednak może mógłby pan choć naszkicować koncepcję całości, zwłaszcza że są tu artyści mniej znani, jak Hanne Darboven czy Henning Christiansen.

JK: Pewnym kluczem było to, że wielu artystów Fluxusu we wczesnym okresie swojej twórczości było muzykami, jak choćby Philip Corner czy Ben Patterson. Muzyką ogromnie interesował się Nam June Paik, zaraził tym Josepha Beuysa. Z kręgów Fluxusu wywodził się też Henning Christiansen. A konfrontowanie artystów bardziej rozpoznawalnych z mniej znanymi było częstą praktyką w Akumulatorach. Wybór osób wynika oczywiście z tego, że ich twórczość jest mi dobrze znana. Artyści ci partycypowali w inicjatywie NET i to, co przesyłali bądź zrealizowali w Akumulatorach jest tutaj wystawione.

Fot. Dawid Majewski

Fot. Dawid Majewski

 

To jest ta sama potrzeba, co podczas pierwszego pokazu – dzielenia się, żeby to nie było pochowane w zakurzonych kartonach. Zwłaszcza że mimo zmian w sztuce wiele z tych prac jest szalenie aktualnych. Mają siłę i ekspresję, która nie wyczerpała się w tamtym czasie. Pokazanie ich przywraca je do życia. To także sprawdzanie, na ile są czytelne i na ile zmuszają do trochę innego myślenia o sztuce. Bardzo mało mówi się dzisiaj o ideach, marzeniach, wyobraźni. Zapominamy, czym jest wyobraźnia i jak bardzo może nam rozszerzyć świat.

PT: Nawiązując do tego, o czym pan wspomniał – pojawiają się tutaj prace młodszych artystów, które z jednej strony odnoszą się do tej dawniejszej twórczości, budują dla niej inny kontekst, ale też pokazują jej żywotność. Czy może stanowią kontrapunkt?

JK: Nie, one się równoważą, są papierkiem lakmusowym tego, o czym przed chwilą mówiłem. W sztuce bardzo ważna jest postawa, a i ta łączy te różne pokolenia.

 

PT: Czy dobrze wyczuwam, że nazwa Archiwum Idei ma być także paradoksalna?

JK: Oczywiście, jest prowokacyjna.

 

Wydaje mi się, że istnieje potrzeba przywrócenia ważności idei, skoro jest jej deficyt.

Stąd pomysł archiwizowania idei i próby ich urzeczywistnienia. Albo przełożenia na język związany z teraźniejszością, ze świadomością, że ich korzenie sięgają lat 60. czy 70.

 

PT: Krążymy wokół kwestii obiektu i namacalności idei, a na to nakłada się rozpowszechnienie internetu. Obecnie daje on duże możliwości, jeśli chodzi o popularyzację. Ktoś mógłby stwierdzić, że niektóre z utworów prezentowanych tutaj lepiej odbierałoby się na przykład w domu na leżąco. Ale jednak pojawia się potrzeba tworzenia takich rzeczywistych przestrzeni.

JK: Odbiór niektórych prac w pozycji leżącej nie byłby najlepszy, czasami trzeba stanąć…

 

PT: Przybrać postawę (śmiech).

JK: … Tak, (śmiech) obejść, dotknąć, powąchać...

 

PT: Wykonać jakiś wysiłek?

JK: Właśnie, chcieć i robić to z własnej woli. Oczywiście, że współczesne narzędzia ułatwiłyby na przykład te manualne rzeczy związane z NET-em, ale one też miały swoje znaczenie.

Natomiast internet rozpędził się ponad miarę. Trzeba mieć naprawdę precyzyjne rozpoznanie i czas, żeby wydobyć z niego to, co wartościowe, co mogłoby poruszyć naszą wyobraźnię w sposób twórczy.

 

PT: Wystawę niejako obudowują wydarzenia towarzyszące, były już dwa wykłady i koncert.

JK: Tak, one kontekstualizują to, co pokazane w Archiwum. Teraz czeka nas wykład René Blocka, 13 lutego w Arsenale. Podobne wydarzenia będą towarzyszyć kolejnej wystawie, która będzie poświęcona książkom, słowom i obrazom.