fot. Pexels

Ile razy jeszcze zranisz mnie, mówiąc, że nie umiem prosto kroić chleba

Zdaje mi się, że chodziło o wiersz Tennysona „Pani z Shalott”, ale nie jestem pewna. Mam na myśli tę sytuację, kiedy Ania Shirley spławiła się przeciekającą łódką, próbując zadośćuczynić po równo: swojej potrzebie romantyczności i uwielbieniu dla tekstu poetyckiego.

Miewam zajawki jak Ania Shirley – albo przynajmniej tak jestem postrzegana przez bliskie mi osoby –to znaczy przeciekającymi łódkami spławiam się nader często. Te moje zachowania, balansujące na granicy egzaltacji i głupoty, spotykają się z nieco chybionymi interpretacjami. Oto przykład, jak widzi mnie córka:

Zgłosiłam się niedawno na pozoranta w ratownictwie, z zamiarem leżenia w nocy w lesie i czekania, aż znajdą mnie psy szkolone do znajdowania zaginionych osób. Opowiadam o tym córce.

 

– Ale to jest jakiś protest? – pyta.

Nie bardzo rozumiem, przeciwko czemu miałby być ten protest, mówię.

– Przeciwko samotności – mówi córka. – Tak, to bardzo w twoim stylu – dodaje. – No idź, tylko się offem spryskaj.

Oczywiście nie spryskałam się i nie poszłam, bo w ostatniej chwili, zawodząc wszystkich, ale ratując siebie, przypomniałam sobie, że się boję ciemności, ciszy i dużej części przyrody ożywionej.

Należy zauważyć (patrząc na poniższego mema), że sytuacje okołochlebowe mają dla kobiet potencjał raniący.

 

Już pominę, że drożdżówka zmienia kobiece ciało w dmuchany fotel – jest to jedno z koszmarnych prawideł horroru, w którym obsadza nas współczesna estetyka, niektóre z nas na stałe, inne na szczęście tylko w epizodach.

Ja bym w sumie mogła sobie pobyć przez jakiś czas takim fotelem, byle równo nadmuchanym – niestety, subprawidło do tego prawidła zakłada, że słodka bułka utuczy cię przede wszystkim w miejscu, które najbardziej chciałabyś ukryć.

 Justyna Bargielska Ile razy jeszcze zranisz mnie, mówiąc, że nie umiem prosto kroić chleba

mem

Estetyka jednak to kontekst, którym dojrzała kobieta potrafi zarządzać, gorzej gdy wokół chleba powstanie ci konflikt bardziej etyczny albo – najgorzej – z zakresu rozwoju osobistego.

Znałam raz zaklinacza koni i szanowałam go ogromnie: jego spokój, jego rękę do zwierząt, jego ogólną kinestezję, a jego uważny stosunek do świata ogromnie mi imponował. Dla, nomen omen, chleba, zaklinacz prowadził końskie obozy dla nastoletnich dziewcząt.

Nastoletnie dziewczęta, wiadomo, jakie są: niespokojne i nieuważne, choć kinestezję też miewają ujmującą. Zasadą było, że na tych zgrupowaniach dziewczęta „pasły się” same, to znaczy same przygotowywały kolację z tego, co znalazły w kuchni, a znajdowały tam między innymi chleb. Krojony, w folii. Mój znajomy zaklinacz niejednokrotnie utyskiwał na sposób, w jaki niespokojne i nieuważne dziewczęta dostawały się do tego chleba – rozdzierając folię mniej więcej pośrodku bochenka, zamiast rozewrzeć drucik na folii u jego – bochenka – szczytu. Bądź podstawy, zależy jak na bochenek patrzeć.

Napisałam „utyskiwał”, ale to było coś znacznie głębszego, miało się wrażenie, że kiedy któraś z dziewcząt wreszcie otworzy ten chleb jak należy, zaklinacz się z nią co najmniej ożeni. Na szczęście był już wystarczająco żonaty, bo gdyby istotnie miał czekać na to, aż piętnastolatka na węglowodanowym głodzie otworzy chleb w duchu mindfulness – czyli jeszcze trzy lata, gdy prawo pozwoli jej na zamążpójście, raczej by się nie doczekał.

Tak więc chleb. Ten w folii rozrywam pośrodku i wybieram największą kromkę, a potem nie znajduję w sobie dość determinacji, by go porządniej zawinąć, więc obsycha i jest po chlebie, i już tylko koń ma z niego jakiś pożytek. To znaczy miałby, gdybym miała konia. Ten bez folii natomiast okrawam z obu stron i czasem jeszcze z boczków – gdy widzę bochenek, nie umiem się powstrzymać, żeby nie uzyskać z niego maksymalnej ilości tak zwanych piętek. Ten chleb również obsycha i również jest po chlebie.

Nigdy nie było to kością niezgody ani punktem spornym w moich relacjach międzyludzkich, może co najwyżej raz. Również nagminne krzywe krojenie nigdy nie stało się powodem, dla którego ubrałabym się tak ładnie, jak pani na memie i z płaczem spławiła łódką. Zazdroszczę jej, bo taka reaktywność świadczy o temperaturze jej związku, a także ładnie wygląda na zdjęciach.

 

W katalogu memów z Wenus na komunikacyjnym biegunie wobec nimfy w łodzi stoi blond policjantka, która na pytanie: „Czy mogę już jechać?”, zadane przez zatrzymanego przez nią kierowcę, odpowiada: „Rób, co chcesz”, na: „Za co ten mandat?” – „Nieważne”, na: „Jaki jest powód zatrzymania?” – „Domyśl się”.

Czasem czuję, jakby rzeczywistość, która mnie otacza, komunikowała się ze mną na modłę tej policjantki, wpędzając mnie w stupor swoją nieprzeniknionością i chaosem. Ratuję się wówczas, wchodząc w tryb rycerza z dowcipu, który pomalował konia na zielono, żeby dać królewnie szansę spytać: „A co ten koń taki zielony?”, a sobie – odpowiedzieć: „Zielony jak zielony, ale może się, królewno, pobzykamy”.

Dalej w dowcipie jest trochę smutno, bo gdy królewna pyta o możliwość bzykania, zafiksowany na swoim planie rycerz odpowiada: „Pobzykamy, jak pobzykamy, ale zobacz, królewno, jakiego mam zielonego konia”, natomiast w życiu dalej bywa zazwyczaj wesoło. Jeśli odpowiednią liczbę razy przejedziesz się przed nią na pomalowanym na zielono koniu, rzeczywistość prędzej czy później zaproponuje ci seks.

JUSTYNA BARGIELSKA – ur. 7 lipca 1977 r., poetka i prozaiczka. Autorka tomów poetyckich i książek prozatorskich. Jej prozatorskim debiutem były „Obsoletki” (Wydawnictwo Czarne, 2010), za które otrzymała nominację do Paszportów „Polityki”. „Małe lisy” (2013), drugi tom prozatorski został nominowany do Nagrody Literackiej Nike. W 2016 r. nakładem Wydawnictwa Wolno ukazał się picture book „Obie”, poświęcony macierzyństwu i byciu dzieckiem, do którego Bargielska stworzyła prozatorski tekst, a Iwona Chmielewska obrazy. Ostatnio opublikowała zbiór opowiadań dla dzieci „Siedem przygód Rozalii Grozy” (2017). Mieszka w Warszawie.

CZYTAJ TAKŻE: Królowa elfów

CZYTAJ TAKŻE: Nie ogarniam planu tego kina