fot. Marta Baszewska (fotoedycja)

Incognito

Samantha Kitsch, jedna z najbardziej tajemniczych postaci polskiej poezji wydała niedawno nową książkę, kolejną w niemałym dorobku, pod tytułem „Siedmiu złodziei”.

Samantha Kitsch debiutowała – piszę o niej w rodzaju żeńskim, chociaż nie jestem pewien, czy nie należałoby poszukać jakiejś formy, która byłaby odpowiedniejsza w sytuacji, kiedy nie wiadomo, czy mamy do czynienia z poetką, czy poetą – dwadzieścia parę lat temu tomem „Bahama”, wydanym przez poznański Obserwator (1996).

Ślad poznański sprowokował mnie do zadania autorce paru pytań. Nie ukrywam, że liczyłem na ujawnienie woalu, zza którego wychyli się twarz autorki.

Poniżej świadectwo zasłużonej porażki tych bądź co bądź niecnych zamiarów, wywiad, który nie mówiąc, kim jest autorka, coś jednak o niej mówi.

 

PIOTR ŚLIWIŃSKI: Podobno mieszkasz na innej planecie. Prawda to? Czy mógłbyś/mogłabyś jakoś ją opisać?

SAMANTHA KITSCH: Ta sama planeta, piękne krajobrazy, które niszczymy, a z bliźnimi nigdy nie po drodze.

 

Czy to jest miejsce, gdzie mówi się po polsku, językiem Leśmiana, Białoszewskiego, awangardystów? Gdzie polski jest jednym z języków przyjętych?

Wszyscy mieszkamy na wieży Babel, w różnych zakresach.

A czy nie kusiło cię pisanie w języku swojej planety?

Piszę (jak umiem).

 

Czy zdarzyło ci się odwiedzać kraj, w którym mieszkają twoi czytelnicy? Mieszkam w Poznaniu – czy to miasto coś dla ciebie znaczy?

„wędruję przez mój piękny Poznań gdzie życia żal mi tak okrutnie”

Iluż/Ileż mam tych czytelników/czytelniczek? Pięć? Ośmiu? Jedenaścioro?

 

Zasłoniłeś/zasłoniłaś się szczelnym, ostentacyjnym pseudonimem… Dlaczego właściwie? Twoja poezja nie ma nic wspólnego z kiczem.

Ależ ma…?

 

Pisze się, by wypowiedzieć „ja”, a ty je ukrywasz; żeby być w środowisku ludzi o podobnej wrażliwości, lecz nie ty: żeby zdobyć choć trochę uznania, a może nawet sławę, ale to nie twoje cele. Dlaczego więc piszesz?

„bo tam jest” (GM o ME) – bo wiersz gdzieś tam jest i chce się go wydobyć?

Sława jak najbardziej, ale bez niewygodnych zabiegów i kompromisów – te odpowiedzi są kompromisem – są dla słaaawy! – dla saaawy (głosem jednego z kolegów Fedorowicza, tego od „waaadzy”), ale już nie wiem, o czym mówię, więc zamilknę.

Posyłasz wiersze w świat bez asekuracji, bez uważania na to, czy dokądś dotrą, czy też przepadną w oceanie. Czy liczy się tylko tekst, a kontekst, ten autobiograficzny nie ma żadnej wagi?

Docierają (stąd te pytania), ale na krótko i do niewielu. Milczę autobiograficznie… Milczę na wskroś autobiograficznie…

 

Na koniec pytania zasadnicze: psy czy koty? góry czy morze? wizja czy równanie?

Koty, góry. Są równania, które są wielkimi wizjami.

 

 

Co z tego wynika? Chyba coś istotnego, to mianowicie, że Samantha Kitsch pozostaje zwolenniczką opinii, że wiersze muszą radzić sobie same.

Niby to oczywiste, lecz nie tak częste, jak można byłoby sądzić. W końcu tzw. prywatność pisarzy dość często uczestniczy w zabiegach reklamowych czy autokreacyjnych: ktoś pokazuje się w mercedesie, ktoś ogłasza, że jest z kimś lub właśnie przestał z kimś być, kto inny publicznie spowiada się ze swych upadków lub traum.

Intymność, wiadomo, przestała odgrywać dawną rolę. I jeszcze jedno: autorka lubi się ze słowami. Bawi się nimi, lecz chyba jeszcze bardziej – lubi się z nimi.

Przeczytajmy coś zatem.

 

glissando

dziura w chmurach
zgiełk w studni

godzina wpół do komina
zakonnice uchylają okiennice

wpół do środy i pięć po piątku
zaczął się kwiecień a marzec się nie skończył

wagary tuż przed klasówką
w podwórku wietrzy się glissando

w klasy w kółko w kółko
w klasy w kółko przed klasówkę

rozdeptujemy światłocienie
patykiem po czarnych sztachetach

po szarych sztachetach

obrusy są w żółto-czerwone rebusy
na schodach stoją doniczki-katatoniczki

sierpień skończył się a wrzesień się nie zaczął
w podwórku przekwita już glissando

a ten wiersz to wagary czy klasówka?
ten wiersz ciągle mi ucieka

bo kręci się w kółko szukając blisko
czegoś co można znaleźć tylko bardzo bardzo daleko

 

Echa dzieciństwa, skrawki piosenki, rozrzucone obrazki, samowolne rymy, wiersz zagubiony pośród znanych sprzętów – jak ktoś, kto zgubił okulary i bezradnie obija się o ciągle te same przedmioty, bez pojęcia, gdzie szukać.

Wiersz, który nie wie, gdzie jest to coś, czego szuka, a może nawet niewiedzący, że szuka, jest przede wszystkim… wierszem. Cały mieści się w sobie – ani trochę nie będąc narzędziem do odkrywania jakichś prawd. Jest glissem, melodią własnego istnienia, głosem przebiegającym – jak glissando – na dostępnej sobie skali dźwięków.

Przy tym autorka nie wydaje się zwolenniczką teorii radykalnej autonomii literatury, ponieważ wielu swoimi wierszami wczepia się w rzeczywistość, zdając się wręcz jej, rzeczywistości, sygnalistką. Ona jest, lecz obok czy ponad jest jeszcze co innego – wyobraźnia i swoboda samego języka. Rzeczywistość, ukazywana punktowo, nie kotwiczy wiersza, lecz stanowi raczej dla niego punkt odbicia. Odbity, widzi ją inaczej.

Weźmy wiersz tytułowy, który – gdyby chcieć go potraktować brutalnie – byłby o jałowości czasu, uciążliwości codziennej egzystencji, może nawet o sączącym się z dnia na dzień bólu. I chyba o tym właśnie jest, tylko jak! Przewrotnie, dookolnie, finezyjnie.

 

siedmiu złodziei

a ten wiersz to wagary czy klasówka?
codzienna sprzeczka z dniem
kwaśna jak ocet siedmiu złodziei

pracowicie leniwe
leniwie pracowite
przedpopołudnia i poprzedpołudnia:

kompulsja paralalii
motanina i miszmasz
zlepki zwitki zbitki

groch z kapustą siedmiu złodziei

Poniedziałek – Wtorek – Środa –
Czwartek – Piątek – Sobota – Niedziela

za siedmioma lasami
drzewami zachmurzeniami
amen w pacierzu siedmiu złodziei –
vulnerant omnes ultima necat

 

Łacińska sentencja w wygłosie wiersza (godziny „wszystkie ranią, ostatnia zabija”) mocno puentuje utwór, niby to pozbawiając go wieloznaczności, przyszpilając. Moim zdaniem robi co innego – kontrapunktuje taniec skojarzeń i aluzji.

Jeśli ocet siedmiu złodziei, czyli mikstura służąca w średniowieczu podczas epidemii dżumy do dezynfekcji, traci skuteczność przeciw chorobom codzienności, to pozostaje tylko powiedzieć jasno, że jest ciemno.

Krótko mówiąc: świat poetycki wzięty z wyobraźni, pierwiastków baśni, fragmentów podań, kryptocytatów i magicznych słów, ale i ze skłonności do eksperymentowania, autoironii, małych prowokacji. Poetycko odważny, żyjący na wysokiej stopie, bez zbędnego kalkulowania, co się wierszowi opłaca.

Samantho Kitsch, kimkolwiek jesteś, dobrze, że piszesz.

 

 

SAMANTHA KITSCH – pseudonim literacki. Ukazały się następujące tomy wierszy: „Bahama” (Obserwator, Poznań 1996), „25 wierszy” (Mamiko, Nowa Ruda 2006), „Helena” (Instytut Mikołowski, Mikołów 2009), „Ulubiony sport” (Instytut Mikołowski, Mikołów 2011), „Wszystko jest kleptomania” (Kwadratura, Łódź 2014), „Kolaże kolarzy” (Dom Literatury, Łódź 2014), „Konfiskata „konfetti” (SPP, Dom Literatury, Łódź 2016), „Siedmiu złodziei” (SPP, Dom Literatury, Łódź 2019).