fot. Dawid Tatarkiewicz, liść klonu

Jak dinozaury?

Przychodzi taki czas, kiedy lato nie może już dłużej ukrywać, że odchodzi. Z całą różnorodnością, z którą przyszło, a która teraz stopniowo będzie ulegać redukcji.

I jeszcze dłużej, i jeszcze raz!

Chodzi o redukcję liczby gatunków w środowisku. Jedne odfruną do ciepłych krajów, inne zakończą swoje osobnicze życie, by na wiosnę ponownie pojawić się w środowisku na swoje „pięć minut”, kiedy to zaistnieją w postaci innych osobników tego samego gatunku.

 

Bo w przyrodzie każdy ma swoje przysłowiowe pięć minut.

I, jak to w życiu, w niektórych przypadkach rozciągają się one, owe minuty osobniczego życia, na dni, w innych przypadkach: na lata. Dla każdego według fenologicznego schematu, który ukształtował się w ramach historii życiowej gatunku. Daje to wielką różnorodność możliwości, która wzbogacona o różnorodność gatunkową, stanowi siłę przyrody, natura jest nią silna.

W ewolucji życia zajmowane były przeróżne nisze dostępne na Ziemi, nawet takie, które trudno byłoby sobie wyobrazić. Dowiedziałem się niedawno o rybach, które mają taką oto specjalizację pokarmową: zjadają łuski innych ryb! Gdybym nie przeczytał tego w poważnej książce – nie uwierzyłbym.

Niech żyje nam!

Mam jednak wrażenie, że mało kto zastanawia się nad rangą procesu zwanego życiem. Tego procesu, z którym mamy do czynienia na co dzień. Z którym obcujemy i choć wydaje się, że nie jest nam obcy, to jednak jego powszechność i pozorna zwykłość znieczula nas skutecznie na jego wyjątkowość.

Niecierpek, fot. Dawid Tatarkiewicz

Niecierpek, fot. Dawid Tatarkiewicz

 

Przyjmujemy życie jako coś oczywistego, zapominając, że jest zwykłym, codziennym, ale jednak cudem.

Próbował nam to kiedyś uświadomić – nam, młodym ludziom, studentom – nieżyjący już profesor Jan Strzałko. Otóż prawdopodobieństwo, że gdzieś we Wszechświecie zaistnieje taka koincydencja, która da w efekcie możliwość powstania i trwania życia w postaci, którą znamy, jest niezmiernie mała.

Najpierw musi zaistnieć Wszechświat (jak to się łatwo pisze!), w nim odpowiednia Galaktyka (nazwijmy ją Drogą Mleczną), w niej właściwy Układ Słoneczny z takim, a nie innym Słońcem i planetą w odpowiedniej od niego odległości, w dodatku planetą należycie orbitująca oraz o określonym ruchu wokół własnej osi, nie zapominajmy: osi nieco pochylonej. W głowie się może zakręcić!

 

Szacujemy, że nasza Ziemia powstała raptem około cztery i pół miliarda lat temu. I tak sobie trwała, „odpoczywała” po powstaniu, najpierw bez życia. Ale to „bezrybie” trwało chyba stosunkowo krótko.

Jak wynika z zapisu kopalnego, już 3,5 miliarda lat temu istniało życie, o którym wiemy właśnie dzięki istnieniu najstarszych znanych nam skamieniałości. Z tego jednak wynika, że pierwsze przejawy życia, tego życia, którego ślady do dziś nie zachowały się w warstwach geologicznych naszej planety (albo jeszcze ich nie odkryliśmy), zaistniały zapewne wcześniej. I znowu: powstanie życia, o którym tak łatwo jest napisać, trudniej jest sobie wyobrazić, a jeszcze trudniej zrekonstruować, choć naukowcy robią, co mogą.

Owo tlące się na ziemi życie zaczęło zajmować, wypełniać dostępne areały. Gatunki poczęły wyodrębniać się i specjalizować, tworząc gałęzie linii rozwojowych. W ramach ciekawostki dodam, że do dziś nie powstała idealna, a więc zadowalająca wszystkich fachowców, definicja gatunku. Przyroda jest na tyle różnorodna, że zawsze znajdzie się jakiś wyjątek od reguły, o czym z kolei nauczał nas profesor Czesław Błaszak.

 

Te wyjątki utrudniają definiowanie.

Wracając jednak do tematu: jedne linie rozwojowe podążały, jak się okazywało, ślepymi uliczkami, inne drogi pozwoliły na rozkwit określonych grup: bakterii, pierwotniaków, grzybów, roślin i zwierząt, a wszystko działo się w danym środowisku i czasie. Aż pojawił się gatunek, którego działalność zaczęła stopniowo wpływać na ewolucję i życie innych organizmów w sposób dojmująco istotny, bo często bardzo silny, jak również istotny, gdyż zasadniczo globalny. Tym gatunkiem jest człowiek. Trzeba sobie powiedzieć, że interakcje wewnątrz- i międzygatunkowe są czymś normalnym, naturalnym.

Kalina koralowa, fot. Dawid Tatarkiewicz

Kalina koralowa, fot. Dawid Tatarkiewicz

 

Problem z nami jako gatunkiem jest jednak taki, że przekraczamy pewne normy…

Stąd apele o minimalizowanie konsumpcjonizmu i świadome używanie dóbr wybrzmiewają coraz mocniej i częściej. Idzie przecież o życie.

Niech żyje bal!

Życie wciąż istniejące, mimo alarmów i uzasadnionych lamentacji, które traktują o jego stanie, a które formułują co bardziej uwrażliwieni i uświadomieni przedstawiciele naszego gatunku, egzystujący w różnych czasach: minionych i współczesnych. Wciąż istnieje również nasz gatunek – ważna, znacząca część ekosystemu.

 

Paradoks polega na tym, że w miarę rozwoju cywilizacji, redukujemy złożoność i maestrię rozwiązań ekosystemowych, które ewoluowały od miliardów lat, są więc znacznie starsze od nas, jako gatunku.

Nie tylko dlatego należy się im nasz szacunek, ale także dlatego, że gdy wkraczamy brutalnie w tkankę życia, z której sami jesteśmy utkani, zaczynamy to coraz boleśniej odczuwać. I to się raczej nie zmieni – przestałem być optymistą w tym zakresie. Ciekaw jestem tylko, kiedy przekroczymy granicę plastyczności środowiska przyrodniczego, czyli zdewastujemy je na tyle, że ono przestanie nas utrzymywać. A może jakimś cudem dojdziemy do takiej technologii, która odciąży naturę i zatrzyma dewastację ekosystemów? Czasem myślę o tym z pewną nadzieją.

Czy to jednak możliwe, że smartfon kupiony wczoraj jest już przestarzały względem reklamowanego dzisiaj?! A może właśnie taki dziki postęp przyspieszy cały proces dojścia do przełomowej technologii jutra?! Tylko czy możemy się łudzić, że recykling wszystko załatwi?! Że nie będzie już ton elektroodpadów wyrzucanych lub wysyłanych gdzie popadnie?! Że wreszcie odnawialne źródła energii nas wybawią?! I to w sytuacji, w której słowo „odnawialne” utożsamiane jest mylnie z „ekologią” (w nowym znaczeniu tego słowa: „ekologiczny – dobry dla środowiska”)?

 

Nie znam odnawialnego źródła energii, zwanej przez niektórych ludzi marketingu bądź osoby nieświadome tego, co mówią: energią „zieloną”, które nie obciążałoby teraz lub w przyszłości środowiska naturalnego.

Energia czysta – to kolejne nieporozumienie. Owszem, nie dymimy, nie wdychamy sadzy i innych cudów rozwoju cywilizacyjnego w takich ilościach, jak przedtem (i całe szczęście!), ale tony paneli fotowoltaicznych, dziś na dachach domów, na fermach ulokowanych na polach lub wodach powierzchniowych, za czas jakiś trzeba będzie utylizować.

Wiatraki, a tym bardziej fermy wiatraków też nie są rozwiązaniem bezkolizyjnym. Wielkie elektrownie wodne to nie lokalne młyny. Ich wpływ na środowisko nie podlega dyskusji. Geotermia? – pozornie wspaniała, ale czy ona nie zaburza naturalnego obiegu wody w przyrodzie? O elektrowni atomowej nie wspomnę, bo – uznajmy – nie znam się na tym. Przecież z kominów leci w niej tylko para wodna (widowiskowe!). Co jednak zrobić z odpadami radioaktywnymi z takiej elektrowni? Wysłać do biedniejszych krajów?! Utopić w Bałtyku jako dziedzictwo dla przyszłych pokoleń (jakby nie starczyło nam dziedzictwo ostatniej wojny światowej), czy zakopać w specjalnych pojemnikach?!

Śnieguliczka biała, fot. Dawid Tatarkiewicz

Śnieguliczka biała, fot. Dawid Tatarkiewicz

 

Dużo, dużo, dużo pytań – niekoniecznie retorycznych, niekoniecznie miłych, niekoniecznie wygodnych…

W pewnym czasopiśmie przeczytałem ostatnio, że lata 2021-2030 ONZ ogłosiła dekadą odtwarzania, odradzania (słowem: restytucji) ekosystemów. Powodzenia! Jedno się mówi, drugie robi – ot, i cała prawda. Kierunek myślenia jest dobry (to już dużo), kierunek działania – przeciwny (a jednocześnie: przedziwny, zważywszy, że – jak widać – teorię znamy).

Och życie kocham cię, kocham cię, kocham cię nad życie

Póki co jednak, chodzę po naszej Ziemi i podziwiam spektakl natury. Końcówka lata uderza feerią zapachów, kolorów i kształtów. Co się stało z tym liściem (fot.1)? Pod światło widać, w którym miejscu larwa owada minującego rozpoczęła wyjadanie miękiszu (wygląda na to, że każdorazowo przy głównej wiązce przewodzącej liścia).

Ślad jej żerowania, a więc i rozwoju osobniczego, ciągnie się stróżką w blaszce liściowej. Widać, że z każdym kęsem zielonej tkanki larwa rosła, zwiększała swą masę – ścieżka staje się coraz szersza. Malowniczo biegnie w różnych kierunkach, aż w końcu, w pewnym miejscu, najgrubszym, nastąpił koniec tego stadium rozwoju i owad udał się w świat, by przedłużyć trwanie gatunku.

 

Pomyśleć, że i nasz rozwój przebiegał niegdyś we współpracy z przyrodą, nie wbrew niej.

Larwy innego gatunku stosowały mniej finezyjną technikę: wyjadały na wylot blaszkę liściową – stąd obecne w niej dziury, jak w niektórych rodzajach żółtego sera. Gdyby owady uczyniły to w roślinie użytkowej, nazwane zostałyby szkodnikami (oczywiście przez osoby zapominające, że wcześniej inny, większy szkodnik wykarczował teren i zasadził tam owe użytkowe roślinki). Czepiam się specjalnie, byśmy nabrali dystansu i zrozumieli, że warto rozumieć przyrodę, a nie tylko nierozumnie ją wykorzystywać. Jeśli pozyskujemy z niej określone dobra, to bądźmy pokorni – jak opisane wyżej stworzenia. Jak wielka jest ich mądrość (ściślej: mądrość natury, co piszę nie negując, a potwierdzając istnienie Stwórcy): czerpią z tego, co mają, tym się „cieszą”, to im starcza, nie produkują na zapas, nie kupują oczami. Choć nie mają naszych mózgów, „wiedzą”, że jeśli przesadzą, to tylko z niekorzyścią dla siebie.

 

Uczmy się od podstaw, obserwując przyrodę. Zasiejmy, kupmy i zjedzmy tylko tyle, ile potrzebujemy. Czy to wykonalne we współczesnym świecie?…

 

Mijam kolejne gatunki drzew, oglądam inne liście, tym razem dębu. Proszę spojrzeć na kolejną fotografię (fot. 2). Czy to kaskaderzy, czy jakiś owadzi patrol albo oddział specjalny? Liny spuszczone z liści, a na nich umocowane kolejne poczwarki, kokony. Co z nich „wyrośnie” (wyjdzie)? I kiedy?

 

Na innym liściu wyraźnie widać „bombkę”.

W sierpniu, na dębie?! Takie wyrośle (galas, fot. 3) to znowu sprawka owada – błonkówki, zwanej galasówką. To pewnie galasówka dębianka, choć są też galasy opatrzone wzorem i nie wiem, czy za ich powstanie odpowiada ten sam gatunek (fot. 4).

Ta różnorodność owadów, którą zaobserwowałem na podstawie przekształceń lub ubytków tkanek liściowych w wyniku działalności (rozwoju) larw, to tylko wstęp do spisu treści ogólnej różnorodności owadziego świata („wstęp do spisu treści” – to fraza zapożyczona od profesora Błaszaka, który, ucząc zoologii, wiedział, że w trakcie semestru rozważań, co najwyżej muśniemy różnorodności życia).

 

Podczas moich peregrynacji odbywanych na przełomie sierpnia i września okazało się z kolei, że rójek różnych gatunków owadów o tej porze roku nie brakuje, zwłaszcza w miastach położonych przy rzekach. Roje rójek.

I tu ciekawa obserwacja, poniekąd oczywista: im mniejsze miasto, a co za tym zwykle idzie – im mniejsza antropopresja – tym większa różnorodność gatunkowa obserwowana w tym mieście. Aż się buzia śmieje, jeśli człowiek pojawi się w miasteczku, w którym na każdym kroku czuje się wkraczającą doń przyrodę. Tu kroczy po chodniku interesująca gąsienica, tam siedzi na murze wielka ćma, o! – druga, to znowu z drzew kapie spadź, niczym rzęsisty, ale delikatny deszczyk, słowem: dzieje się. Warto jednak wspomnieć, że nawet w Poznaniu da się to i owo dostrzec.

Rozglądam się więc. Zaczynają pojawiać się, na razie punktowo, pierwsze kolory jesieni. Choć maleje liczba gatunków, w ramach rekompensaty rośnie naturalna różnorodność kolorystyczna otaczającego świata.

 

„Idzie lasem Pani Jesień” – śpiewają dzieci w przedszkolach, a wraz z nimi ćwiczą śpiewy mijane przeze mnie tu i tam pierwiosnki, to znowu, innym razem, szpaki.

Wieczorem, dziewiętnastego dnia września, przez rozszczelnione okno po raz pierwszy doszły do mych uszu charakterystyczne głosy gęsi, które niniejszym uroczyście, głośno, z przytupem, rozpoczęły swoje wędrowanie. W pierwszy dzień jesieni usłyszałem charakterystycznie, bo „szeleszcząco’” (na początku zwrotki) śpiewającego kopciuszka. Kilka dni później, wieczorem, mimo chłodnych już niekiedy nocy, świerszcz nie wahał się mocnym vibrato zaznaczyć swej obecności.

Spektakl trwa w najlepsze, na scenie wciąż pojawiają się coraz to nowi aktorzy, choć w starych rolach. Każdego roku to samo, ale nie tak samo. W przyrodzie istnieje powtarzalność, cykliczność, jednak nie ma nudy. Nie ma więc już wiosennego przepychu głosów, to nie czas wspólnego występu ptasich artystów, jest to raczej moment jesiennych solówek w jazzowym standardzie, wykonywanych przed zimowym zakończeniem koncertu.

Niechaj gwiazdka pomyślności nigdy nie zagaśnie!

Świat trwa od miliardów lat. Nasza – Homo sapiens – przygoda w nim trwa około 170 tysięcy lat. I długo (patrząc osobniczo), i krótko (przykładając geologiczną skalę). Wydaje się przy tym, że od przeszło stu lat utworzony przez nas galas rozrasta się niebotycznie, niepohamowanie, tworząc wielką narośl na zdrowej tkance życia.

W tym miejscu warto wspomnieć, niczego nie sugerując, że wielkie wymierania gatunków występowały już kilkakrotnie w historii kuli ziemskiej. Właściwie są wpisane w jej historię. Niemniej, życie zawsze okazywało się silniejsze, odradzało się w nowych formach, rozwijało się ponownie. Twierdzę, iż i tym razem przetrwa.

Grzyb kapeluszowy z wyraźnie widocznymi blaszkami, fot. Dawid Tatarkiewicz

Grzyb kapeluszowy z wyraźnie widocznymi blaszkami, fot. Dawid Tatarkiewicz

 

Jeśli jednak podzielimy los dinozaurów, to, jak się zapowiada – w odróżnieniu od nich – na własne życzenie.

Przy czym nikt nie powie, że nie mieliśmy swoich „pięciu minut”. A to dlatego, że zabraknie na Ziemi istot, które mogłyby to powiedzieć. Po naszym końcu świata zostanie za to spora warstwa trudno rozkładających się śmieci, całkiem różnorodnych, która zalegać będzie w osadach geologicznych.

A już dziś można stwierdzić, że naśmieciliśmy również w kosmosie – czym znowu, i znowu in minus, odróżniliśmy się od dinozaurów.

C’est la vie!