fot. Paweł Kosicki

Kafka. Czytanie na nowo

"Dzisiaj znamy przecież innego Kafkę: zwolennika alternatywnych form zdrowego życia, wegetarianina, sportowca, pracownika cenionego przez swoich przełożonych, mężczyznę często flirtującego i romansującego, zabawnego w towarzystwie, lubianego w zasadzie przez wszystkich…." - z Łukaszem Musiałem rozmawia Maciej Kijko.

Maciej Kijko: Wstęp do wydanego przed dwoma laty w serii Biblioteki Narodowej Ossolineum 'Wyboru prozy” Franza Kafki zaczyna Pan cytatem z Jorge Luisa Borgesa: „Sława jest formą niezrozumienia, być może najgorszą”. W wydanym w zeszłym roku tomie „Próz utajonych” we własnym już przekładzie zadaje Pan nieco ironicznie pytanie: ile jest Kafki w Kafce? Czy zatem można mówić o jakimś Pańskim projekcie zmiany sposobu czytania Kafki? Skąd przekonanie, że jest on niezrozumiany, źle czytany? I jak czytać Kafkę?

Łukasz Musiał: Z Kafką jest szczęście i nieszczęście, bo rzeczywiście to pisarz, wciąż oferujący swoim czytelnikom bardzo dużo, w przeciwieństwie do wielu innych klasyków literatury dwudziestego wieku, którzy czasami trącą już myszką.

 

MK: Kto byłby takim zwietrzałym nieco klasykiem?

ŁM: Wydaje mi się, że w czyśćcu literatury przebywa teraz Tomasz Mann. Z wieloma swoimi utworami, choć nie ze wszystkimi. Z tego czyśćca albo się w przyszłości wydobędzie, albo zostanie już w nim na zawsze w towarzystwie innych klasyków, których zna się wprawdzie z nazwiska, ale nie czyta się ich jako świadków współczesności. Kafka tymczasem wciąż da się tak czytać. Czytano go jako świadka współczesności w latach 30., a zwłaszcza 40. i 50., i potem również.

Łukasz Musiał, fot. Paweł Kosicki

Łukasz Musiał, fot. Paweł Kosicki

 

 

Nadal możemy powiedzieć, że Kafka jest naszym współczesnym i nic nie wskazuje, żeby to miało się zmienić.

Wręcz przeciwnie. Biorąc pod uwagę liczne publikacje w Polsce, w ostatnich kilkunastu latach, możemy śmiało powiedzieć, że to druga fala polskiej recepcji tego pisarza, może nawet pod pewnymi względami ciekawsza niż ta sprzed kilku dekad.

 

MK: Pan sam już w 2011 roku wydał książkę na temat Kafki.

ŁM: Tak, nosiła tytuł „Kafka. W poszukiwaniu utraconej rzeczywistości”. Ale oprócz mnie za Kafkę zabrało się mnóstwo innych autorów. Mamy też liczne reedycje jego utworów, bardzo liczne. A w przyszłości pojawią się kolejne. Sam teraz pracuję nad nowym przekładem „Dzienników” Kafki, który ukaże się za rok.

Prawdopodobnie w przyszłym roku ukaże się również ogromna, trzytomowa biografia Kafki, autorstwa Reinera Stacha, najlepsza, jaka obecnie istnieje. A już za kilka miesięcy, jesienią, pojawi się książka „Kafka idzie do kina”, rzecz o kulturze filmowej, kształtującej tego pisarza, kwestia słabiej u nas znana. Można by długo mówić o tych publikacjach. Skala zainteresowania Kafką w ostatnich latach jest oszałamiająca.

 

Okazuje się, że spośród wszystkich klasyków dwudziestego wieku, Kafka wykazuje znów bolesną aktualność.

Kładę nacisk na słowo „bolesny”. Jestem daleki od tego, by brutalnie przykrawać pisarzy do aktualnych debat społeczno-politycznych, niemniej jednak istnieje coś takiego – można to prześledzić dość dobrze – że do prozy Kafki wraca się w okresie większych napięć społeczno-politycznych. Z pewnych powodów ludzie wtedy chętniej sięgają po tę twórczość.

 

MK: Ale skąd tak silne przeświadczenie, że w przypadku Kafki mamy do czynienia z niezrozumieniem?

ŁM: Kafka w dużej mierze jest niezrozumiany, ponieważ jest sławny. Kiedy mamy do czynienia ze sławną postacią, nie tylko zresztą ze świata literatury, to bardzo często zadowalamy się kilkoma pojęciami-wytrychami, paroma frazesami, garścią stereotypów. I tak na przykład Kafka to w obiegowej opinii prorok dwudziestowiecznych totalitaryzmów i głosiciel zniewolenia jednostki. Takich utartych sądów można by przytoczyć wiele. A przecież twórczość Kafki jest znacznie bogatsza od wszystkich jej stereotypowych ujęć. Dlatego właśnie w sławie tkwi prawie zawsze pułapka. Akurat teraz jest dobry moment, żeby spojrzeć na twórczość tego pisarza świeżym okiem.

 

MK: Uwolnić od schematów i przeczytać na nowo?

ŁM: Tak, przeczytać na nowo. W wielu książkach teraz właśnie wydawanych, a dotyczących Kafki, widać bardzo wyraźnie chęć wyjścia poza schematy. Możemy dzięki temu poznać Kafkę od innej strony. Na przykład jako pisarza pod wieloma względami zabawnego. Kto by pomyślał, prawda?

 

Łukasz Musiał, fot. Paweł Kosicki

Łukasz Musiał, fot. Paweł Kosicki

Kafka i humor – to brzmi jak oksymoron. Tymczasem jeśli przeczytać w sposób nieuprzedzony pierwszy rozdział „Procesu”, okaże się, że jest to znakomita komedia sytuacyjna.

Kafka zresztą, czytając na głos ten rozdział znajomym, sam się śmiał, a oni śmiali się razem z nim. Dla pierwszych słuchaczy ta proza była niezwykle zabawna. Dopiero my, w naszej recepcji, zrobiliśmy z Kafki ponuraka, którym on wcale w swojej twórczości nie był, a przynajmniej nie zawsze. W szczegółach jest u niego bardzo wiele komizmu, dopiero całość składa się na dość posępny obraz. Ale i w tej ogólnej posępności można jeszcze znaleźć zaskakująco wiele elementów humorystycznych.

 

MK: W swoim wstępie do „Wyboru prozy” podzielił Pan próbę uwolnienia Kafki od Gombrowiczowskiej gęby na ścieżki życia, ścieżki twórczości i ścieżki recepcji. I w tej pierwszej części pokazał Pan Kafkę jako człowieka innego, niżby się wydawał. Innego niż jego wykreowany – choćby przez Maxa Broda, przez długi czas jedynego depozytariusza schedy po pisarzu – obraz.

ŁM: Max Brod to rzeczywiście fenomenalna postać, bo z jednej strony nikt inny nie uczynił tyle dla popularyzacji Kafki co on. Śmiało możemy powiedzieć, że bez Broda Kafka w ogóle by szerzej nie zaistniał w historii literatury. Co ciekawe Brod robił to wszystko po prostu ze szczerej przyjaźni. On autentycznie wierzył, że jego przyjaciel, Franz Kafka, urzędnik w towarzystwie ubezpieczeniowym, jest najwybitniejszym współczesnym pisarzem świata.

 

MK: Cóż za genialna intuicja.

ŁM: Żadnej rywalizacji, żadnej zazdrości, która jest przecież czymś naturalnym, gdy przyjaźnią się dwaj pisarze. Brod miał stosunki, kontakty. Mógł wiele w środowisku literackim. Był bardzo sprawnym organizatorem. Ale tu pojawia się, jak często w takich sytuacjach, problem. Oto mamy kogoś, kto zajmuje się spuścizną zmarłego pisarza i ten ktoś zaczyna powoli dochodzić do przekonania, że wie na temat owej spuścizny wszystko. Że w ręku trzyma wszystkie klucze interpretacyjne.

 

Brod zaczął dość wcześnie kształtować wizerunek Kafki najbardziej obecnie rozpowszechniony: wizerunek mnicha literatury.

Owszem, dzięki uporczywym zabiegom Broda Kafka wszedł w obieg literacki. Ale też siłą rzeczy Brod zawłaszczył Kafkę.

Przez długi czas wydawało się, że Brod ma w swoich interpretacjach całkowitą rację. Z czasem zaczęły się pojawiać propozycje alternatywne, coraz więcej i więcej, aż wreszcie dzięki ujęciom biograficznym, jak wspomniana wcześniej trzytomowa biografia Stacha, możemy z całą pewnością stwierdzić, że Kafka prawdziwy i ten, którego znamy z przekazu Broda, mocno się od siebie różnią. Na tyle oczywiście, na ile możemy mówić o jakiejś tutaj prawdzie. Ostatecznie, często mało wiemy o sobie samych i swoim własnym życiu, a co dopiero o cudzym.

Tak czy inaczej, wyłania się z tego wszystkiego zupełnie nowy obraz Kafki. Już nie tylko ponuraka, już nie tylko cherlaka, już nie tylko syna wiecznie skłóconego z ojcem, już nie tylko urzędnika utyskującego na pracę w biurze, już nie tylko nieszczęśliwie zakochanego mężczyznę.

 

Dzisiaj znamy przecież innego Kafkę: zwolennika alternatywnych form zdrowego życia, wegetarianina, sportowca, pracownika cenionego przez swoich przełożonych, mężczyznę często flirtującego i romansującego, zabawnego w towarzystwie, lubianego w zasadzie przez wszystkich….

Zapamiętano go raczej jako człowieka, owszem, może nieco wycofanego, lecz na pewno przemiłego, zabawnego, koleżeńskiego, przyjacielskiego.

 

MK: Wspomina Pan też o rzeczy interesującej, że autorem takiej legendy Kafki jest w dużej mierze on sam. I ciekawe, że przez tak długi czas wierzono samemu Kafce, nie starając się skonfrontować jego słów z faktami.

Łukasz Musiał, fot. Paweł Kosicki

Łukasz Musiał, fot. Paweł Kosicki

ŁM: To zadziwiające, że przy całej biegłości interpretacyjnej, jaką wykazywały kolejne pokolenia badaczy i czytelników, rzeczywiście umknęło nam tutaj kilka oczywistych rzeczy. Nie zrobiono tego, co robi się grając w karty, nie powiedziano: sprawdzam.

 

Kafka pisze na przykład, że jest okropnie nieszczęśliwy, wykonując zawód urzędnika w towarzystwie ubezpieczeniowym.

Dobrze zatem, być może to prawda, lecz na wszelki wypadek sprawdźmy, jakie pozostawił po sobie wrażenie choćby u przełożonych czy kolegów z towarzystwa ubezpieczeń. I wtedy okazuje się, że, owszem, Kafka często utyskiwał na pracę biurową, ale też był pracownikiem niezwykle sumiennym. Czy takie zaangażowanie wykazywałby pracownik głęboko sfrustrowany? Przecież na dłuższą metę to niewykonalne.

 

MK: Z czego to wynikała niechęć do tego, by dokładniej przyjrzeć się życiu Kafki? Kafka zmarł przecież w latach dwudziestych, a pierwsze całościowe i solidne biografie ukazują się dopiero kilkadziesiąt lat później.

ŁM: Myślę, że złożyły się na to trzy rzeczy. Po pierwsze, Kafka jest bardzo przekonujący, kreując, jakbyśmy dziś powiedzieli, własny wizerunek. Z reguły mamy zaufanie do ludzi, którzy siebie portretują, a już na pewno do takich, co w jakiś sposób próbują grać rolę ofiary. Instynktownie im wtedy ufamy.

 

Kafka był biegły w sztuce użalania się nad sobą i budzenia cudzego współczucia. Bezustannie podkreślał, że jest ofiarą kogoś, ofiarą czegoś. Potrafił też dzięki temu, swoją drogą, zręcznie manipulować otoczeniem – co widać w jego listach.

Szczególnie uderza to w listach do Felicji, ale też w listach do znajomych, przyjaciół, czy do kolejnych kobiet, z którymi był blisko związany. A już nadzwyczaj mocno uderza w słynnym „Liście do ojca”. Bardzo przekonująca autocharakterystyka to więc jedna rzecz. Druga to świadectwo Maxa Broda, który przejął od Kafki wiele autostereotypów. I wreszcie trzeci powód, bardzo ważny: czytelnicy drugiej połowy dwudziestego wieku potrzebowali pisarza właśnie tak sprofilowanego jak Kafka, o takiej biografii i takiej twórczości. Popularność określonych twórców to nierzadko odpowiedź na jakieś zapotrzebowanie, np. społeczne. Wydaje się, że Kafka na takie właśnie zapotrzebowanie odpowiedział w latach 40. i 50. w sposób wręcz modelowy.

 

MK: Czy można więc powiedzieć, że sposób interpretowania jego twórczości rzutowano na jego biografię? Że to co o sobie napisał tak się z tym idealnie skleiło, że nie było potrzeby weryfikowania jego słów?

ŁM: Oczywiście, że tak. Kafka był pisarzem, zawczasu wyczuwającym globalne emocje jak na przykład strach, lęk, niepewność, a więc takie, które na szeroką skalę pojawiają w połowie dwudziestego wieku. Były one związane z powszechnym tąpnięciem cywilizacyjnym, politycznym, ekonomicznym, kulturowym; tąpnięciem wywołanym nie tylko wojną, lecz ogólną przebudową globalnego porządku, którego wojna, pierwsza i druga, były jedynie efektem.

Nie jestem do końca zwolennikiem socjologii literatury, lecz w tym przypadku można dzięki jej metodom uchwycić pewne mechanizmy, które pokazują, że proza Kafki była odpowiedzią na określone zapotrzebowania społeczne, kulturowe i psychologiczne o skali globalnej. Żaden inny pisarz dwudziestego wieku nie miał takiej „siły rażenia”.

 

MK: Czy można powiedzieć w związku z tym, że w wieku naznaczonym totalitaryzmami, jeśli przepuścić Kafkę przez taką machinę interpretacyjną, to skandalem, a w każdym razie czymś trudnym do przyjęcia byłoby widzieć w nim osobę potrafiącą jednak użyć życia, zadowoloną? Że to byłoby na tyle rozbieżne z samym obrazem rzeczywistości, że nie dało się inaczej na niego patrzeć?

ŁM: Jeszcze jedno. Kafka to pisarz, który świetnie zagospodarowuje jakiś rodzaj społecznej klaustrofobii. Owa klaustrofobia może mieć różne przyczyny. Może to być klaustrofobia polityczna w państwie totalitarnym, społeczna – w państwie demokratycznym, targanym, jak to ma obecnie miejsce w Polsce, konfliktami wewnętrznymi. Może to być wreszcie klaustrofobia o charakterze ekonomicznym. Kafka jest pisarzem, który doskonale porusza się takiej klaustrofobicznej przestrzeni; który nieustannie ukazuje swoich bohaterów jako gdzieś zamkniętych, jako czymś ograniczonych. Chcących skądś wyjść, albo dokądś wejść – jak w paraboli „Przed Prawem” z „Procesu”. Mimo że to, co Kafka proponuje, nie napawa optymizmem, to jednak pochłaniając jego prozę, czytelnik czuje się wraz ze swoimi emocjami jakby „przytulony”. Tak, jakby ktoś mówił dokładnie to, co jemu samemu leży na sercu.

 

Łukasz Musiał, fot. Paweł Kosicki

Łukasz Musiał, fot. Paweł Kosicki

MK: Wydaje mi się, że forma pisarstwa Kafki, obywająca się bez detali – historycznych, geograficznych, odgrywa istotną rolę. Wszystko jest zawieszone w swego rodzaju tu i teraz, zawsze i wszędzie. I to też chyba ułatwia bliski kontakt czytelniczy z Kafką.

ŁM: Na pewno. To jest rzeczywiście pisarz chętnie operujący parabolą. Jeśli są u niego szczegóły, to bardziej dotyczą one na przykład gestów, mimiki, tonu głosu. Realiów historycznych Kafka nie odnotowywał prawie wcale. Może czasami pojawia się coś w dziennikach, ale to są też pojedyncze przypadki. To go w zasadzie nie interesowało, ale był jednak Kafka dzieckiem swojego czasu.

 

MK: To jest też ciekawe, że na nowo próbuje Pan związać Kafkę z jego tu i teraz. Pokazując, że ten wyobrażony Kafka czytelników i badaczy, to nie jest ktoś, kto funkcjonował poza wszelkimi uwarunkowaniami.

ŁM: Tak. Jest to pisarz bardzo uniwersalny, ale z drugiej strony można dokładnie wychwycić złożony kontekst – polityczny, społeczny, ekonomiczny, narodowościowy – w jakim się poruszał. Żył przecież w dwóch państwach – Austro-Węgrzech, a później w Czechosłowacji.

 

Wychował się w konkretnym środowisku zasymilowanych, niemieckojęzycznych Żydów, którzy musieli lawirować pomiędzy dominującą ekonomicznie i kulturowo ludnością niemiecką, a emancypującą się w tym czasie bardzo mocno ludnością czeską.

Do tego napięcia polityczne i społeczne, rozruchy na tle narodowościowym, potem niepewna sytuacja ekonomiczna. Kafka i tak był w dość komfortowej sytuacji, bo pochodził z zamożnej rodziny, mógł liczyć na wsparcie rodziców. A zawód, który wykonywał, dawał mu określone przywileje.

Kafka chodził do kina, czytał współczesnych autorów, gazety. Spotykał się z przyjaciółmi, literatami – żył w tamtym świecie, odczuwał wpływ bieżącej polityki. To wszystko tam jest, tyle że przykryte. Nie trzeba być zresztą pisarzem ostentacyjnie politycznym, by poruszać w swojej twórczości wątki polityczne.

 

MK: Czytając to, co Pan napisał o Kafce, myślałem nie tylko o maturzystach, dla których jest to wywrócenie ich świata do góry nogami, bo unieważnia Pan wszystko, czego się uczyli, ale też o szansach powodzenia mozolnej pracy wydobywania Kafki spod szeregu utrwalających stereotypowy obraz jego twórczości tekstów. Oprócz tego, że istnieją komunały odpowiednio sytuujące Kafkę, prócz interpretacji i badań literaturoznawców, filozofów, psychologów, są jeszcze przecież obrazy filmowe, realizacje teatralne, które wciąż odwołują się do stereotypu i go utrwalają. Sam pamiętam film, interesujący zresztą, film „Kafka” Stevena Soderbergha, który biografię pisarza w niezwykle ścisły sposób połączył, przepuścił przez filtr jego twórczości. Kafka jest Kafką. Jak się z tym uporać?

ŁM: Kiedy w latach 50. i 60. Kafka wkraczał do Polski, był pisarzem świeżym i modnym, i świetnie wpasowywał się w aktualne nastroje społeczne. Inscenizacje „Procesu” stawały się niemal manifestacjami politycznymi.

 

To utrwaliło – stety, niestety – pewien stereotyp. Stety, bo łatwo zrozumieć klimat tamtych czasów i ówczesną fascynację Kafką. Niestety, bo trudno będzie się od tych klisz uwolnić.

Łukasz Musiał, fot. Paweł Kosicki

Łukasz Musiał, fot. Paweł Kosicki

Owszem, w ostatnich latach mamy dużo wznowień utworów Kafki, dużo się też o nim pisze i mówi. Lecz jestem realistą: wiele tych publikacji ma zasięg bardzo ograniczony. Tylko nieliczne trafią do szerokiego obiegu, pod przysłowiowe strzechy, tak, jak trafił pod nie tamten Kafka sprzed kilku dekad.

 

MK: Nawet wspomina Pan o trochę schizofrenicznej sytuacji, że Kafka badaczy, tych, którzy czytają go nieco wnikliwiej, coraz bardziej oddala się od Kafki zwykłych czytelników.

ŁM: Tak. Zawsze oczywiście można mieć nadzieję, że „kamyczek do kamyczka”, że „ziarnko do ziarnka” i coś się zmieni... Jest wiele ciekawych inicjatyw związanych z Kafką. Na przykład dopiero co wydano tłumaczenia aforyzmów Kafki na gwarę poznańską (przekładu dokonał Waldemar Wierzba) i na kaszubski (autorką jest Tatiana Slowi). Nie dalej jak w zeszłym roku Michał Libera stworzył w warszawskiej Królikarni instalację dźwiękową, do której inspiracją było jedno z opowiadań Kafki – „Jama”. Należy też koniecznie wspomnieć inscenizację „Procesu” w reżyserii Krystiana Lupy, dzięki której twórczość Kafki wpisała się w bieżące debaty polityczne. Nie sądzę co prawda, żeby dzięki takim inicjatywom udało się w najbliższym czasie zrewidować wszystkie stereotypy narosłe od dziesięcioleci wokół Kafki, ale z pewnością przyczynią się one do kolejnych zmian w postrzeganiu jego twórczości.

 

MK: Tym bardziej, że to jest proza na tyle wieloznaczna, że faktycznie na wiele sposobów da się ją czytać.

ŁM: Oczywiście, że tak. Chodzi po prostu o większy pluralizm interpretacyjny.

 

MK: Chciałbym jeszcze zapytać o tłumaczenia. Ukazują się Pańskie, kilka dobrych lat temu wyszedł „Proces” w przekładzie Jakuba Ekiera, będą kolejne tłumaczenia. I można by zapytać: po co? Jeśli Kafka jest tak doskonale wszystkim znany. Mamy też sporo dawniejszych przekładów, które zdążyły się dobrze osadzić w polszczyźnie. Po co więc?

ŁM: Tutaj pewnie trzeba by spojrzeć na każde tłumaczenie z osobna. Weźmy „Proces”. Pierwsze wydanie ukazało się jeszcze przed drugą wojną światową. Przez kilkadziesiąt lat uważaliśmy, że jego autorem jest Bruno Schulz, dzisiaj wiemy, że nie on, tylko jego ówczesna narzeczona, Józefina Szelińska. W wydaniach powojennych nanoszono wiele zmian do tego przekładu. Nie da się nawet ustalić, kto to robił. Zwłaszcza pierwsze wydanie powojenne różni się diametralnie od edycji przedwojennej.

Jakub Ekier dokonał kilkanaście lat temu nowego tłumaczenia, opartego na edycji krytycznej tekstu. Na pewno dobrze, że takie tłumaczenie powstało. Także wiele opowiadań doczekało się solidnych przekładów. Jedynie z „Dziennikami” jest większy kłopot. Ich tłumaczenie nie jest oparte na edycji krytycznej, co jeszcze można zrozumieć, bo w latach sześćdziesiątych, kiedy ukazywało się ono w Polsce, taka edycja nie istniała. Ale niestety to również po prostu bardzo nieporządny przekład. Niektóre fragmenty robią świetne wrażenie, inne znowuż, niezwykle liczne, każą przypuszczać, że tłumacz nie znał zbyt dobrze ani języka niemieckiego ani nawet… polskiego. Dziwna sprawa.

 

MK: Dzisiaj moglibyśmy powiedzieć, że został użyty google translator.

ŁM: No właśnie. Na dodatek, widocznie niezbyt przyłożono się do redakcji językowej, do korekty. Co dziwi, bo akurat w wydawnictwach peerelowskich rola redaktora była najczęściej bardzo ważna, do tej pracy zatrudniano, zwłaszcza w cenionych wydawnictwach, ludzi mających wyjątkowy słuch językowy.

 

Krótko mówiąc, „Dzienniki” trzeba przełożyć na nowo.

Moje tłumaczenie ukaże się w Państwowym Instytucie Wydawniczym, w którym od kilku lat znów wydaje się Kafki całkiem dużo. Będzie to tłumaczenie oparte na edycji krytycznej, z dużą liczbą przypisów. Takie przypisy można czytać albo nie, jednak często są one konieczne, by wyjaśnić kontekst zapisków Kafki.

 

MK: Przy tej okazji pojawiła się tez kwestia, że Max Brod zarządzając spuścizną po Kafce, czynił to według swojego pomysłu na niego. Natomiast teraz wychodzą te krytyczne edycje, diametralnie zmieniające niekiedy optykę oglądu różnych tekstów. I to chyba też tłumaczy niejako konieczność ponowienia wysiłku przekładowego. Żeby moc skonfrontować się z tymi tekstami na powrót.

ŁM: Ja nawet Maxa Broda po części rozumiem, bo w latach 20. i 30., żeby w ogóle wydać utwór, zasługujący na miano literackiego, trzeba było go odpowiednio ufryzować, mówiąc obrazowo. Tekst literacki musiał mieć zatem początek, rozwinięcie, zakończenie. W wielu wypadkach u Kafki takich elementów brak, bo on był pisarzem skrajnie intuicyjnym.

 

Łukasz Musiał, fot. Paweł Kosicki

Łukasz Musiał, fot. Paweł Kosicki

Prawie nigdy nie planował tego, co napisze. Często porzucał już zaczęte utwory, zdarzało się też, że wracał do nich dopiero po pewnym czasie. Często nie nadawał im w ogóle tytułów. A jak opublikować utwór bez tytułu? Dlatego wiele tytułów pochodzi właśnie od Maxa Broda, niekiedy są one trafione, innym razem nie za bardzo.

Myślę sobie, że w obecnej sytuacji, kiedy rynek wydawniczy – przynajmniej w odniesieniu do klasyki literackiej – jest bardziej liberalny, możemy sobie pozwolić na powrót do Kafki bardziej źródłowego. Czyli na przykład niekoniecznie publikować teksty z tytułami, których sam pisarz im nie nadał. Albo niekoniecznie wstawiać zakończenia, których w tych utworach nie było.

Pozwólmy sobie czasami na kulejącą interpunkcję, na kulejący styl. Idzie to wprawdzie pod prąd przyzwyczajeń czytelniczych, ale jest to faktycznie często taki Kafka, z którym obcujemy w edycji krytycznej. Jego teksty mają taką formę, jaką mają. Dzisiaj nic już z tym nie zrobimy. Wydaje mi się, że nie ma obecnie potrzeby powielania gestu Maxa Broda i możemy pozwolić sobie na Kafkę nieco bardziej surowego; by tak rzec, nieoszlifowanego. Bo czasami w takich właśnie surowiznach objawiają się nowe odczytania.

 

MK: Tym bardziej, że dzisiaj taka surowość nie jest wadą, ułomnością tekstu.

ŁM: Mamy współcześnie z pewnością dużo większą tolerancję dla utworów fragmentarycznych.

 

MK: Pessoa.

ŁM: Właśnie. Nie musimy tej literatury zawsze przyczesywać grzebyczkiem.

 

MK: Ale jaką takie tłumaczenia będą miały szansę zaistnieć w szerszej świadomości, bo rynek wydawniczy sięga chętnie do starych tłumaczeń – darmowych i one są najbardziej dostępne, powielane w kolejnych wydaniach? Przykłady można mnożyć.

ŁM: Pewnych rzeczy nie przeskoczymy. Nie przypuszczam, by w najbliższym czasie Kafka miał szanse być tym Kafką z lat 50. i 60., kiedy wyprzedawał się na pniu. Dzisiaj już tak nie jest. Jego książki nie są wyłożone w księgarniach tuż przy wejściu. Kafka nie jest tak modny jak wtedy, gdy wchodził do naszego obiegu czytelniczego po raz pierwszy. Ale jest wciąż na tyle aktualny, żeby przykuć uwagę licznych czytelników. Także młodych.

 

MK: Jak bardzo jest aktualny? Jeśli wydaje Pan w szacownej serii wybór jego prozy, w PIW-ie drobniejsze prozy, a będzie Kafki więcej i więcej, to co jest w nim tak aktualnego, żeby doń wracać?

ŁM: Przywołam opinię, którą usłyszałem od znajomego, często bywającego ostatnio w Hongkongu. Otóż opowiadał mi on, że Kafka jest tam teraz bardzo na czasie, przede wszystkim ze względu na napiętą sytuacją społeczną i polityczną. Oczywiście są w takich ujęciach uproszczenia, jak zawsze, ale to pokazuje, że Kafka jest twórcą, po którego sięgamy, gdy jest nam w naszym kraju jakoś ciasno… Tego zaś mieszkańcy Hongkongu doświadczają obecnie naprawdę silnie.

 

A w Polsce? Przecież już od dobrych kilku lat żyjemy, my obywatele, w sytuacji klaustrofobii społecznej, niczym członkowie dwóch wrogich sobie plemion.

Łukasz Musiał, fot. Paweł Kosicki

Łukasz Musiał, fot. Paweł Kosicki

Do tego dochodzą napięcia ekonomiczne, o skali globalnej. I jeszcze napięcia polityczne, też na skalę globalną, związane z populizmem, który politycznie rośnie w siłę, u nas i zagranicą. Kolejna rzecz: napięcia związane z opiniotwórczą rolą mediów elektronicznych (trop jakże Kafkowski!), w szczególności portali społecznościowych. W jaki sposób te media negatywnie wpływają na świat, na przykład na wyborców?

 

Być dziś odciętym od Facebooka, to niemal tak, jak w czasach Kafki być… aresztowanym.

MK: Tak sobie też pomyślałem, na jak wiele sposobów w kontekście polskim można by czytać „Nowego adwokata”.

ŁM: Zgadza się. Mnóstwo takich smaczków można u Kafki odkryć. Co prawda właśnie dlatego mam też ambiwalentne odczucia wobec rosnącej znów popularności Kafki. Z jednej strony się cieszę, jako miłośnik jego twórczości i jej badacz. Z drugiej strony historia pokazuje, że kiedy Kafka staje się popularny, to wokół nas dzieje się coś niedobrego. A więc cieszyć się, czy jednak nie bardzo? Powiedzmy, że cieszę się połowicznie, jako czytelnik i badacz, ale już nie jako obywatel.