fot. Julian Śmielecki

Katedra na celowniku

Mroźna zima 1945 roku zapowiada zmianę. Wielkopolanie pod niemiecką okupacją z nadzieją nasłuchują zbliżających się od wschodu odgłosów ofensywy sowieckiej: huku dział i ryku samolotów. Z nadzieją – do czasu, gdy czołgi kierują lufy w stronę katedry.

21 stycznia 1945 roku Gniezno zajmują oddziały 44. brygady pułkownika Józefa Gusakowskiego z 1. armii pancernej gwardii gen. Michała Katukowa. Dwa dni później – już po przepędzeniu Niemców – na Rynek wtaczają się dwa sowieckie czołgi. Mieszkańcy przyjmują je radośnie, z entuzjazmem. Do czasu. Nagle bowiem czołgi kierują lufy w stronę katedry.

„WIDZIAŁYŚMY, JAK Z WIEŻY SPADŁ ZEGAR”

Leokadia Karasiewicz, mieszkająca wówczas nieopodal katedry, wspominała:

 

„Gniezno było nienaruszone. Aż tu nagle we wtorek 23 stycznia żołnierze rosyjscy nam powiedzieli, że w katedrze są Niemcy i że trzeba ich wypędzić. Mieli czołgi, kazali nam odejść i zaczęli strzelać. Widziałyśmy, jak z wieży spadł zegar. Uciekłyśmy z kuzynką do domu. Takie strzelanie było, że aż się trzęsły mury!”.

Regularny ostrzał katedry rozpoczął się około godziny 14.00. Czerwonoarmiści nie wiedzieli jednak, że mają świadków. A zwłaszcza jednego, niezwykle mobilnego. Julian Śmielecki, przyszły mąż Leokadii, mieszkał wtedy na trzecim piętrze kamienicy przy gnieźnieńskim Rynku. Słysząc, co się dzieje, nie namyślał się długo: chwycił aparat marki Weltix, który przez całą okupację trzymał w skrytce nad licznikiem gazu, i zaczął robić z okna zdjęcia.

 

Zrobił ich ponad 60. Na fotografiach – zza balustrady balkonu – widać czołgi strzelające do wież katedry, a nawet smugę dymu z ich lufy; moment, gdy pocisk trafia w krzyż z wieży północnej. A także pożar obu wież.

SZEŚCIU JĄ RATOWAŁO

Czołgiści użyli pocisków zapalających, więc burza płomieni była tylko kwestią czasu. Już godzinę później, około godziny 15.00, jeszcze przed zapadnięciem mroku, na ratunek płonącej świątyni rzucili się strażacy gnieźnieńscy. Ruszyli do akcji konną drabiną mechaniczną z motopompą, której nie wywieźli Niemcy. Klucz do płonącej świątyni wydał im w pośpiechu naczelnik Paweł Czajkowski.

Spalenie katedry w Gnieźnie, 23 stycznia 1945 r., fot. Julian Śmielecki

Według relacji Bogdana Trepińskiego, jednego z sześciu zawodowych strażaków, którzy gasili katedrę, mieszkańcy miasta byli wzburzeni: modlili się, śpiewali pieśni religijne. Strażacy skupili się jednak na ratowaniu trumienki z relikwiami św. Wojciecha i drzwi gnieźnieńskich, których Niemcy nie zdążyli zabrać z katedry (choć się do tego szykowali). Więźba katedry, wykonana ze smolnego drewna, płonęła już jak słoma. „Każdy wiedział, kto to zrobił. Ale prawdę mówiło się tylko w rodzinie” – wspominał strażak.

OFICJALNIE I NIEOFICJALNIE

 

W powojennym Gnieźnie historia ostrzelania katedry przez Rosjan była tajemnicą poliszynela.

Spalenie katedry w Gnieźnie, 23 stycznia 1945 r., fot. Julian Śmielecki

W prasie lokalnej pisano o Niemcach, którzy rzekomo mieli się bronić na wieży katedralnej jeszcze dwa dni po zajęciu miasta przez wojska sowieckie.

 

„Dopiero działo ustawione na placu Bohaterów Stalingradu zmusiło ostatnich hitlerowców do milczenia. Płonące wieże oznajmiły mieszkańcom Gniezna koniec koszmarnej okupacji” – informowały „Dzieje Gniezna” pod redakcją Jerzego Topolskiego z 1965 roku.

 

Zbyt wielu ludzi pamiętało jednak, że Gniezno zostało zajęte przez Rosjan bez walki. Wydana w 1947 roku – w 950. rocznicę śmierci św. Wojciecha – „Księga pamiątkowa” temat odpowiedzialności za katastrofę ujęła bezosobowo, choć miejscowi doskonale rozumieli zrekonstruowany opis wypadków i sugestię, kto był sprawcą pożogi.

Julian Śmielecki, autor zdjęć spalenia katedry w Gnieźnie

 

„Od pocisków zapalających zajął się hełm wieży… a później ogień przeniósł się na belkowanie dachu. […] palący się hełm z jednej z wież wpadł do wnętrza kościoła, niszcząc sklepienie przestrzeni międzywieżowej i wzniecając ogień na chórze muzycznym” – czytamy w „Księdze”. – A także: „Spłonęły wspaniałe organy gnieźnieńskie, jedne z najlepszych w Polsce. Od jednego pocisku zapalającego zapalił się dach nad częścią prezbiterialną kościoła od strony północnej. Tu spłonął mały chórek z drugimi organami w części prezbiterialnej. Stamtąd pożar przerzucił się na stalle w południowej części prezbiterium, które w znacznej części również się spaliły”.

 

Śmielecki, autor zdjęć, feralnego dnia zszedł na Rynek i próbował rozmawiać z czołgistami, by zaprzestali ostrzału zabytku. Ci jednak wyjęli pepesze i pogonili go. Śmielecki odniósł wrażenie, że byli nietrzeźwi. Celowali w krzyże i do figury Matki Boskiej.

UKRYTE DOWODY I DWIE WERSJE

Dzięki negatywom zdjęć Śmieleckiego, ukrytym przed UB i odnalezionym osiem lat temu przez jego syna Wojciecha, z zamiłowania przewodnika turystycznego, sprawstwo Armii Czerwonej nie jest dziś w żaden sposób kwestionowane. Ponad 60 zdjęć dokumentuje wszystko to, co wydarzyło się 23 stycznia 1945 roku.

Aparat Weltix, którym Julian Śmielecki wykonał zdjęcia ostrzału katedry.

Spór dotyczy dwóch wykładni tego barbarzyńskiego dzieła. Bogumił Bielecki, autor filmu dokumentalnego „Spalona katedra gnieźnieńska” (2006) uważa, że ostrzał katedry był upozorowaną walką. Zebrał bowiem relacje świadków, według których tuż przed otwarciem ognia osoby z opaskami na rękawach – miejscowa milicja – nie dopuszczały mieszkańców w pobliże świątyni. To miała być inscenizacja: oddział żołnierzy radzieckich od strony kolegiat strzelał w mury katedry. Rykoszety powodowały błyski, które dla żołnierzy stojących na Rynku wyglądały jak ostrzał od strony katedry. Dwa czołgi z Rynku odpowiedziały więc ogniem. Najpierw trafiły w trzymetrową figurę Matki Boskiej, potem w szczyty wież.

Wersję tę potwierdzałby fakt, że podczas akcji ratowniczej hydranty w mieście były wyłączone i strażacy musieli ciągnąć wodę z oddalonego o pięćset metrów jeziora. W dodatku Rosjanie pocięli strażakom węże.

Ale jest też druga wersja wydarzeń – mówiąca, że atak na katedrę był zwykłym, nieplanowanym wybrykiem pijanego żołdactwa. Znając praktykę postępowania „wyzwolicieli” na terenach zachodniej i północnej Polski, skłaniałbym się ku tej ostatniej hipotezie.

 

PIOTR BOJARSKI – pisarz, autor m.in. powieści „Cwaniaki”, „Biegacz”, „Ściema” i „Juni” oraz książek reporterskich: „1956 Przebudzeni” czy „Poznaniacy przeciwko swastyce”.

 

 

CZYTAJ TAKŻE: Spalenie katedry w Gnieźnie. Rozmowa z Bogumiłem Bieleckim

CZYTAJ TAKŻE: Powstanie z fabularnym błyskiem

CZYTAJ TAKŻE: Hasła, o których nam się nie śniło. Rozmowa z redaktorami „Encyklopedii Powstania Wielkopolskiego