fot. Wydawnictwo WBPiCAK

Klimat, wiersz i siła języka

Czy perspektywa tłumaczki przekłada się na pisany wiersz? Zofia Bałdyga w swojej najnowszej książce poetyckiej „Klimat kontynentalny” dość zręcznie porusza się między perspektywą pisarki, tłumaczki i uważnej czytelniczki. Są tu zaskakujące frazy, konsekwentnie budowany nastrój, ale nie brak też drobnych potknięć.

Między przekładem a wierszem

Najlepszym czytelnikiem jest tłumacz. Przenoszenie obcojęzycznego tekstu do polszczyzny (czy jakiegokolwiek języka docelowego) nie jest wcale prostym działaniem na powierzchni zdania, ale skomplikowaną grą strategiczną, w której trudno oszacować bilans zysków i strat. Przekłada się nie same teksty, ale i konteksty, w których powstały.

 

 

Skąd jednak ten translatologiczny początek? To część przedstawienia Zofii Bałdygi: bohemistki, autorki antologii poetek czeskich („Sąsiadki”, Wydawnictwo Warstwy), a także tłumaczki uhonorowanej Nagrodą „Literatury na Świecie” (2021), której „Klimat kontynentalny” ukazał się właśnie nakładem Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej i Centrum Animacji Kultury w Poznaniu.

 

Na pierwszy plan wybija się perspektywa tłumaczki. Wiersze Bałdygi przypominają niekiedy pamiętnik z pracy przekładowej. Przekład nie jest przecież sprawą biernego kopiowania, ale czynnością twórczą, pisaniem artystycznym. W najnowszej książce poetki znajdujemy więc utwory, które do złudzenia przypominają zapiski z pracy nad tłumaczeniem obcojęzycznego tekstu. W jaki sposób przełożyć dzieło, żeby nie narazić go na straty? Czy można poprawiać oryginał? Czy da się zachować optyczną równość wersów, fraz?

 

 

Zofia Bałdyga, fot. z archiwum autorki

Zofia Bałdyga, fot. z archiwum autorki

***

Kradnę historie zapisane w językach atrakcyjnych wizualnie.

Wyglądasz lepiej niż brzmisz, nie pomaga ci nawet rytm.

 

Kradnę słowa tak stare, że nawet tubylcy przeciągają końcówki w ustach i myślą o pokoleniach, które stawiały literom pomniki na niegościnnej ziemi.

 

Kto sieje tekst, ten zbiera pleśń.

 

 

Pierwotne porządki

Wiersze Bałdygi to nie tylko opowieści z innych języków. To również historie z trasy: z podróży, przekraczania kolejnych granic państw. To w końcu opowieści z przeszłości i teraźniejszości. O ile głównym bohaterem „Klimatu kontynentalnego” jest język (ale nie w ujęciu lingwistycznym, a właśnie jako „postać”), o tyle w dużej mierze zależy on od czasu. Poetka tropi znaki zmian, świadectwa przeobrażeń. Najlepszą tabliczką do zapisywania takich przeobrażeń jest przestrzeń miasta. Napisy na starych tynkach czy obco brzmiące nazwy zapomnianych ulic składają się na szczególny palimpsest. Jedną warstwę znaków przykrywa druga, jeden język jest wypierany przez kolejny. I tak w kółko, za naszych czasów i po nich. Chociaż sam mechanizm takiej zmiany nie wydaje się niczym dziwnym, ani tym bardziej obcym, groza wiersza uderza dopiero wtedy, gdy zadamy inne pytanie. Co napędza te zmiany? I czym się karmi?

 

 

***

Stare, nowe i młodsze – falują nazwy ulic,

a my podróżujemy bez wychodzenia z domu,

z wymiecionych za granicę podwórzy.

 

To tylko taka gra: trzeba tu posprzątać,

zdrapać nieaktualne fasady tak,

by się nie zadrapać,

by nie poparzyło nas parujące wewnątrz jądro,

nieprzesuwalne centrum, które karmi.

 

Nasze różowe mięsko już do nas nie należy,

przelewa się w foremkach,

uważnie trwa.

 

 

Pod powierzchnią wierszy pulsuje jednak nie tylko groza, czy czasem po prostu lęk. W tekstach Bałdygi bardzo wyczuwalna jest nietrwałość. Trudno opisać sprawę inaczej, niż za pomocą metafory: posługiwanie się językiem, mówienie i po prostu bycie to jak stawianie zamków z piasku przy samej linii brzegowej. I chociaż w utworach z „Klimatu kontynentalnego” jakoś niezręcznie doszukiwać się metafizyki, jest w nich silne myślenie o cykliczności (też w rytmie żywiołów). O rozpadaniu się głosek, o rodzeniu się na nowo, o odchodzeniu i niepewnym powrocie.

 

 

***

Rzeko, zamknij oczy.

Opowiedz mi, jakie zdobią cię blizny,

jakie szramy mają twoi bohaterowie.

Im mniejsze, tym lepiej.

 

Wygrane bitwy nie piszą się tutaj w rejestr,

sucha ziemia karmi się zmartwieniem.

Rzeko, słuchaj tylko siebie, przemyj opowieść,

którą przemycisz do morza, zanim

przyjdzie czas i nas zje, nas i nasze głoski.

 

 

Przy tej okazji czas też na zarzut. O ile zabarwianie wierszy patosem czy czynienie z nich nośników egzystencjalnych rozterek nie jest niczym zdrożnym, o tyle oczywiste językowo aluzje („przyjdzie czas i nas zje”) i wyeksploatowane metafory („nie piszą się tutaj w rejestr”) są w stanie zepchnąć każdy tekst w odmęty banału lub przynajmniej spowodować zgrzyt. Zwłaszcza, jeśli nie służą ani pastiszowi, ani parodii, ani ironii. I nie jest to przypadek tylko jednego wiersza.

 

Od szerokiego do bliskiego planu

W „Klimacie kontynentalnym” Bałdyga kieruje swoją uwagę nie tylko na to, co zewnętrze. Przygląda się również własnym relacjom z ciałem oraz relacjom na linii ciało kobiece –społeczeństwo. „Czuję, jak jestem opowiadana, jak miękną kontury” to chyba jedna z najbardziej zapadających w pamięć po lekturze fraz: właściwie sama mogłaby być tekstem osobnym. Na przekór pokusie dopowiadania i dociskania puent.

 

 

Zofia Bałdyga "Klimatkontynentalny", Wydawnictwo WBPiCAK

Zofia Bałdyga “Klimat kontynentalny”, Wydawnictwo WBPiCAK

Czwarta książka poetycka Zofii Bałdygi rozpada się na dwie części. Po „Klimacie kontynentalnym ostrym”, w którym dominuje wspomniana wyobraźnia końca, pochłonięcia przez czas, ziemię i inne żywioły, przychodzi „Klimat kontynentalny łagodny”. Czego można się po nim spodziewać?

 

Na pewno dłuższej formy. Wiersze z drugiej części są bliższe prozie poetyckiej, w której Bałdyga czuje się wyraźnie lepiej. Tok zdaniowy i narracyjność sprawiają, że poetka nie musi wybierać między czytelnością tekstu (co czasem skutkuje zbyt prostą konkluzją czy grubo ciosanym obrazem) a jego budową. To właśnie dłuższa forma pozwala autorce „Klimatu kontynentalnego” na konceptualne doszlifowanie każdego utworu.

 

„Klimat kontynentalny łagodny” wbrew tytułowi wcale nie obchodzi się łaskawie z bohaterką wierszy. Druga część tomu Bałdygi jest skupiona właśnie na pojedynczym, osobistym doświadczeniu. Nie chodzi już (albo: nie tylko chodzi) o perspektywę makro: o kolejne miasta, języki czy czas. Tym razem podążamy krok w krok za konkretną postacią osadzoną w konkretnej politycznej i społecznej rzeczywistości, mierzącej się z konkretnymi bolączkami. Jedną z takich bolączek jest stosunek do własnego kraju i siebie samej w nim zamieszkującej.

 

Migracja wewnętrzna

Ojczyzna to męskie słowo rodzaju żeńskiego. Generator ulizanych emocji. Pasowałyby mu fryzury uniseks, gdyby tylko takie istniały. To frazes: spróbuj ogolić głowę z okazji dwudziestych urodzin. Spróbuj przeinaczyć końcówkę, tu i tam, ot tak sobie. Wyginaj kąty proste, może też być strajk włoski, maskarada w granicach prawa. Dlaczego piszesz o sobie w drugiej osobie, podlotku?

 

 

Zofia Bałdyga "Klimatkontynentalny", Wydawnictwo WBPiCAK

Zofia Bałdyga “Klimat kontynentalny”, Wydawnictwo WBPiCAK

Męskie słowo rodzaju żeńskiego cierpi, bo nie jest wyspą. Złudny dostęp do zimnego morza już nam nie wystarcza – pierwsza linia brzegowa jest zbyt wietrzna, by stać się punktem zbornym naszego flegmatycznego ruchu oporu. Nie mamy nawet na druk. Tworzymy więc okopy, tworzymy okopy wewnątrz. Widok na wysokie fale za dodatkową opłatą.

 

Dalsze otwarcia

„Klimat kontynentalny” to tom, który pęka na dwie nierówne części; nierówne nie tylko ze względu na objętość, ale też na wybór problematyki. „Klimat kontynentalny ostry” chce być opowieścią w pewien sposób totalną, podczas gdy „Klimat kontynentalny łagodny” jest o wiele bardziej intymny, ironiczny i lepiej wyważony.

 

Duża rozpiętość stylistyczna i tematyczna w obrębie całej książki sprawia, że ma się wrażenie czytania dwóch odrębnych całostek (pisanych na dodatek w różnych momentach życia). Nie jestem pewna, czy ta decyzja była całkowicie zasadna.

Nie jest jednak wcale tak, że „Klimat kontynentalny” jest książką skreśloną i niewartą lektury. Wręcz przeciwnie. Tom poetycki Zofii Bałdygi potrafi zaskoczyć frazą, świetnie budować nastrój, a nawet zmusić do wielokrotnych powrotów, bo wiersz wpada do głowy i nie potrafi z niej wyjść. Dzieje się tu czasem trochę za dużo, czasem językowo zbyt prosto, ale to tym lepszy materiał do dalszych poetyckich poszukiwań. Książki pęknięte każą czekać na swoje kontynuacje.