fot. archiwum Towarzystwa Muzycznego im. H. Wieniawskiego

Mała Cremona

To jedyny konkurs, w którym jego „uczestników” nie obowiązują obostrzenia pandemiczne. W najstarszym konkursie lutniczym na świecie, organizowanym przez Towarzystwo im. H. Wieniawskiego w Poznaniu do rywalizacji o nagrodę stają skrzypce. O tegorocznej edycji z Ewą Mikołajczak rozmawia Barbara Kowalewska.

Barbara Kowalewska: Zacznijmy od terminu „lutnik”. Czy powszechnie wiadomo, kim jest? Mało kto potrafi wymienić nazwiska słynnych lutników, może poza Stradivariusem, ale to też nieczęste.

Ewa Mikołajczak: To prawda, jedyna osoba, którą kojarzy się z lutnictwem w popularnej świadomości, to Antonio Stradivarius. Jego działalność budzi tak duże emocje z tego względu, że jego instrumenty są bardzo rzadkie i drogie. Powszechnie natomiast takiej wiedzy faktycznie nie ma.

Spotykamy się z sytuacjami zaskakującymi, w której ten brak wiedzy się ujawnia. Jakiś czas temu ogłosiliśmy konkurs na grafikę konkursową konkursu lutniczego i skrzypcowego, na który miały składać projekty osoby mające wykształcenie artystyczne. Okazało się, że terminologia lutnicza była na tyle skomplikowana, że przysyłały nam np. wizualizację lutni albo nie wiedziały, o co nam chodzi.

 

Ewa Mikołajczak - Dyrektor Biura Towarzystwa Muzycznego im. H. Wieniawskiego

Ewa Mikołajczak – Dyrektor Biura Towarzystwa Muzycznego im. H. Wieniawskiego

Wyszukiwarki internetowe na hasło „lutnictwo” przerzucają użytkownika do hasła „lotnictwo”. Zdarzyła nam się w związku z tym historia z jednym z urzędów, w którym musieliśmy załatwić coś wiążącego się z konkursem.

Urzędnik był przerażony, że będziemy sprowadzać do Polski samoloty! Na braku szerszej wiedzy cierpi sama branża, a zawód lutnika, niszowy, jest mało znany, wiele osób nie wie, że w Poznaniu jest kilka pracowni lutniczych.

 

BK: Termin „lutnik” („luther”) w języku starofrancuskim pochodził od słowa „lutnia” („luth”), co być może stało się powodem zamieszania. Wiemy jednak z historycznych dokumentów, że budował on nie tylko lutnie, ale różne instrumenty strunowe, w tym harfy, viole da gamba, viole d’amore, cytry.

EM: Sam Stradivarius konstruował nie tylko skrzypce, ale też wiolonczele (kilka z nich przetrwało do naszych czasów). Współcześnie buduje się także altówki wiolonczele czy kontrabasy. W lutnictwie mamy do czynienia ze specjalizacjami, niektórzy konstruują np. tylko smyczki do różnych instrumentów. W naszym konkursie lutniczym przyjmujemy same skrzypce. 

 

BK: Kojarzymy głównie Stradivariusa, a przecież w historii lutnictwa zasłynęło wiele jeszcze innych ważnych artystów. W Muzeum Instrumentów Muzycznych w Poznaniu mamy kilka niezwykłych eksponatów.

EM: Tak, to nie byli pojedynczy artyści, ale całe rody zajmujące się tym rzemiosłem od XVI do XVIII wieku: Amati, Guarneri, Guadagnini, Ruggieri. Z polskich nazwisk należy wymienić przede wszystkim rodziny Dankwartów i Grobliczów, które odcisnęły mocne piętno na technologii budowy skrzypiec w Polsce. Jedną z nagród konkursowych (specjalną – dla największej indywidualności artystycznej – nieprzyznawaną w każdej edycji) jest zresztą Złoty Groblicz.

 

BK: Czy możemy mówić o polskiej szkole lutniczej?

EM: Trwają na ten temat spory, generalnie jest teoria, że polska szkoła miała znaczący wpływ na początki współczesnego lutnictwa.

 

BK: Po co konkursy? W sklepie można kupić instrumenty za niższą cenę. Co czyni tę różnicę pomiędzy instrumentem fabrycznym a wykonanym przez lutnika?

EM: Dla początkujących uczniów te fabryczne są wystarczające. Na Dalekim Wschodzie produkuje się je masowo i można je nabyć za rozsądną cenę.

 

fot. z archiwum Towarzystwa Muzycznego im. H. Wieniawskiego

fot. z archiwum Towarzystwa Muzycznego im. H. Wieniawskiego

Są to zadowalające instrumenty do ćwiczeń, rozwijania techniki, ale gdy skrzypek osiąga już wysoki poziom rozwoju muzycznego, ten instrument przestaje być wystarczający i konieczna staje się zamiana na taki, który jest ręcznie zbudowany. To tak jak z butami wyprodukowanymi taśmowo i tymi uszytymi na miarę przez dobrego szewca.

Różnica tkwi przede wszystkim w materiałach. Czasem skrzypek dostaje instrument, o którym mówi, że przerasta jeszcze jego możliwości.

 

BK: Instrumenty autorstwa dawnych lutników są cenione i coraz droższe na świecie, ale czasem rodzi się wątpliwość, ile jest – po licznych remontach – „stradivariusa w stradivariusie”. Czy współcześnie budowane instrumenty mogą być alternatywą?  

EM: Dawne instrumenty muszą podlegać konserwacji, zużywają się i faktycznie, czasami zasadne jest pytanie, ile w konkretnym egzemplarzu zostało tego dawnego. Niektóre zachowały się w stanie prawie nienaruszonym, ale ze starymi skrzypcami jest jak ze starymi samochodami; ich cena rośnie z powodów kolekcjonerskich (czasem dochodzi do kilkunastu milionów euro).

Każdy dobry muzyk chce mieć jak najlepszy instrument i te współczesne, które mogą być bardzo dobre, a niektóre nawet wybitne, zawsze będą tańsze od tych dawnych.

 

BK: Trzeba sobie uświadomić, że jest to rzemiosło artystyczne, rodzaj sztuki. Jakie umiejętności i talenty musi posiadać artysta lutnik?

EM: Przede wszystkim musi posiadać wysoką wiedzę o materiałach. Żeby wykonać dobre skrzypce, potrzebne jest kilka rodzajów drewna oraz  wiedza czysto techniczna o tym, jakie wybrać, jak drewno się zachowuje, jak trzeba je sezonować, żeby uzyskać potem zadowalający efekt brzmieniowy. Ważne jest wykonanie każdego drobnego elementu.

Tajemnica tkwi także – o czym nie wszyscy wiedzą – w zastosowanych lakierach. Taki wykonany ręcznie instrument pokrywa się nawet kilkadziesiąt razy różnymi lakierami. Ich skład różni się nie tylko w różnych pracowniach, ale też zmienia wraz z kolejnymi pokoleniami. Lutnicy wciąż pracują nad udoskonalaniem tych lakierów. Ma to równie duże znaczenie dla późniejszego brzmienia instrumentu, jak materiały i sztuka wykonania.

Jedną z najdziwniejszych, ale jednocześnie najcenniejszych nagród, które wręczyliśmy kiedyś na jednym z konkursów, stanowiły kawałki drewna odziedziczone po lutniku, który zakończył już pracę w tym zawodzie. Było to kilkanaście kloców drzewa, odpowiednio wybranych i wysezonowanych, przygotowanych jako materiał do budowy instrumentu.

Dla przeciętnego człowieka wyglądały jak kawałki drewna do kominka. Dla lutnika to skarb, bo pamiętajmy, że takie drewno musi czasem poczekać wiele lat, żeby można je było wykorzystać w pracowni. To ważna umiejętność – potrafić wybrać odpowiednie drzewo, zdecydować, że właśnie z niego powstanie instrument.

 

BK: A oprócz tego?

EM: Trzeba też mieć niepospolite umiejętności manualne i  wiele lat praktyki, bo te pierwsze instrumenty zawsze są gorsze niż te powstałe po wielu doświadczeniach. Trzeba być chemikiem, umieć mieszać tajemnicze substancje, jak alchemik. Każdy rzemieślnik ma swoje dodatki do lakierów, które charakteryzują jego skrzypce. Dlatego jurorzy wąchają także te instrumenty. To są też czynni muzycy, muszą „mieć ucho”.

fot. z archiwum Towarzystwa Muzycznego im. H. Wieniawskiego

fot. z archiwum Towarzystwa Muzycznego im. H. Wieniawskiego

 

W normalnych czasach (poza pandemią) lutnicy przyjeżdżają na konkurs z instrumentami. Gdy kończy się oficjalna część, zaczyna się wieczorna impreza, na której oni grają – to największe szaleństwo, jakie przeżywam raz na pięć lat i bardzo żałuję, że w tym roku to się nie zdarzy.

To są magiczne koncerty, lutnicy są introwertykami, ale jak się spotykają, to stają się fenomenalną kapelą.

 

BK: Poznański konkurs lutniczy jest najstarszy na świecie. Mamy w Poznaniu „małą Cremonę”?

EM: Trochę tak. Konkurs funkcjonuje od 1957 roku. Idea ta zrodziła się po wojnie. Polska straciła wiele swojego majątku, w tym mnóstwo świetnych instrumentów, często historycznych, które zostały wywiezione z kraju lub zniszczone. Tymczasem odbudowywały się i wznawiały swoją działalność filharmonie i okazało się, że nie ma na czym grać. Poznańskie Muzeum Instrumentów Muzycznych i Akademia Muzyczna miały swój ogromny wkład w realizację idei, mobilizowania lutników do budowania instrumentów.

Jednym z motywatorów miały być właśnie konkursy, na których można było skrzypce pokazać, sprzedać, i to nakręciło koniunkturę, jeśli chodzi o rynek lutniczy w Polsce. Jako najstarszy konkurs na świecie zaliczamy się do najważniejszych (obok Cremony, Moskwy, Mittenwaldu). Należymy do Światowej Federacji Konkursów Muzycznych – byliśmy w niej od początku, a trzeba pamiętać, że niektóre konkursy tylko aspirują do tego, żeby być w tej organizacji.

 

BK: Pierwsza powojenna szkoła lutników była najpierw w Nowym Targu, potem w Zakopanem i w Poznaniu – do dzisiaj jest tu klasa lutnicza w Liceum Muzycznym im. M. Karłowicza.

EM: Tak, w Poznaniu na Akademii Muzycznej jest też jedyna w Polsce katedra lutnictwa.

 

BK: Jak wygląda konkurs, jakie są etapy, kryteria oceny?

EM: Konkurs różni się tym, że nie uczestniczą w nim ludzie, ale skrzypce. Przysyłane są anonimowo do poznańskiego Muzeum Instrumentów Muzycznych i funkcjonują przez cały konkurs tylko pod godłami. Dopiero po werdykcie jury odtajnia się koperty.

Pierwszym etapem jest przejrzenie instrumentów i zakwalifikowanie do dalszej oceny. Czasami nie spełniają one założonych kryteriów, jeśli chodzi o lakier, rodzaj zdobnictwa; krótko mówiąc, mogą odbiegać od zasad regulaminu.

Następnie dokonuje się oceny szczegółowej – instrument trafia do każdego z jurorów, który nadaje mu własną punktację. Tu ważne są dwa kryteria: budowa instrumentu i jego brzmienie. W tym bowiem etapie instrumenty są także przegrywane przez dwóch muzyków – jurorów.

Komisja wybiera  dziesięcioro skrzypiec, które w trzecim etapie podlegają ocenie publicznej – najpierw przegrywa je skrzypek z udziałem fortepianu, a następnie finałowe instrumenty „występują” w Auli UAM z orkiestrą (w tym roku w mniejszym składzie).

 

BK: To jest ciekawy etap, bierze w nim udział tzw. instrument testowy. Wyjaśnijmy, o co chodzi.

EM: Wszystkie skrzypce są przegrywane na tym samym fragmencie wybranego utworu. Jako instrumentu testowego używa się znanych skrzypiec historycznych.

 

fot. z archiwum Towarzystwa Muzycznego im. H. Wieniawskiego

fot. z archiwum Towarzystwa Muzycznego im. H. Wieniawskiego

Przez kilka lat były to skrzypce Dankwarta ze zbiorów Muzeum Instrumentów Muzycznych w Poznaniu, na poprzednim konkursie były to młodzieńcze skrzypce Wieniawskiego, a w tym roku wykorzystamy te wykonane przez Pietra Guarneriego z Narodowej Kolekcji Instrumentów zarządzanej przez Związek Polskich Artystów Lutników.

Brzmienie renomowanego instrumentu testowego stanowi odniesienie dla jury podczas oceny. Najpierw słuchają tego instrumentu, potem kilku konkursowych, po przerwie znowu gra instrument testowy i kolejne konkursowe. Ważne jest też to, że skrzypek przegrywa instrumenty za parawanem, żeby jury, w fazie oceny brzmienia, nie sugerowało się wyglądem skrzypiec.

 

BK: Skład jury też jest niecodzienny.

EM: Jury jest siedmioosobowe: pięcioro lutników i dwoje muzyków, których zapraszamy do przegrywania instrumentów. Przewodniczącym jest Marcus Klimke (również laureat naszego konkursu lutniczego), pochodzenia niemieckiego, ale mający swoją pracownię we Francji. Polskim jurorem lutniczym jest Marcin Krupa, a przegrywać instrumenty będą Bartosz Bryła, nasz były prezes, i amerykańska skrzypaczka Laura Hamilton, którą fascynuje testowanie instrumentów.

W tym roku postanowiliśmy wykorzystać czas, który – z racji pandemii – ma do dyspozycji troje naszych laureatów z 2006 roku: Jarek Nadrzycki, Anna Maria Staśkiewicz i Agata Szymczewska i zaprosiliśmy ich do współpracy. Trzeba zaznaczyć, że nie każdy muzyk lubi i umie przegrywać instrumenty.

 

BK: Co to znaczy? To trochę tak, jak nie każdy może ujeżdżać konie?

EM: Coś w tym jest. Po pierwsze trzeba mieć do tego bardzo wyczulone ucho, po drugie –  muzycy, kiedy już wybiorą skrzypce, na ogół przywiązują się do nich po jakimś czasie i nie zawsze chcą je zmieniać – są dla nich jak przedłużenie ręki.

Nowo zbudowany instrument jest sztywny, nierozegrany, więc trudny. Instrument używany zmienia swoją barwę i staje się bardziej „elastyczny” w rękach skrzypka. Nie każdy decyduje się więc grać publicznie na zupełnie nowym. Trzeba się tego instrumentu dopiero nauczyć – to trochę tak, jak przesiąść się do innego samochodu.

Są jednak i tacy, którzy są w stanie zagrać na wszystkim, np. skrzypek Dima Tkaczenko (pochodzenia ukraińskiego, mieszka w Londynie). Juror z poprzedniej edycji konkursu. On lubi grać na wszystkim.

 

BK: Jakie nagrody oprócz wspomnianego Złotego Groblicza otrzymują lutnicy?

EM: Złoty Groblicz jest nagrodą rzadką, dostaje go – jak wspomniałam – największa indywidualność artystyczna konkursu . Tradycyjnie nagrody są finansowe. Zwycięzca dostaje równowartość ceny dobrego, nowego  instrumentu lutniczego, ponieważ egzemplarz przez niego wykonany zostaje przekazany do kolekcji narodowej, w tej chwili już potężnej. Stąd wypożyczane są instrumenty młodym zdolnym muzykom, zanim będzie ich stać na własny. Pozostałe finałowe instrumenty wracają do lutników.  

 

BK: Wyróżnione skrzypce można zazwyczaj oglądać na wystawie kończącej konkurs. Czy w tym roku też się to uda?

EM: Szczęśliwie trafiamy na otwarcie muzeów. „Finalistów” będzie można oglądać w Sali Hiszpańskiej Muzeum Narodowego w Poznaniu w dniach 14–28 maja.

Ze względu na pandemię nie możemy do Auli UAM zaprosić publiczności. Wiemy jednak, że jest na świecie całkiem spore grono osób, dla których nasz konkurs jest fascynujący i chcielibyśmy, aby choćby wirtualnie mogli w nim uczestniczyć.

Zapraszamy na nasz kanał YouTube Wieniawski PL, na którym transmitować będziemy przesłuchania finałowe. 12 maja o godz. 19.00 zagra Anna Maria Staśkiewicz oraz Orkiestra Filharmonii Poznańskiej pod dyrekcją Paula McCreesha.

Natomiast 13 maja o godz. 19.00 odbędzie się ogłoszenie wyników i rozdanie nagród, a na nagrodzonych instrumentach również z Filharmonią Poznańską zagra tym razem Agata Szymczewska. Zapraszamy, bądźcie Państwo z nami.

 

Ewa Mikołajczak – z wykształcenia historyk i PR-owiec, z zamiłowania manager kultury. Od prawie dwóch dekad pracuje przy organizacji kolejnych edycji Międzynarodowego Konkursu Lutniczego i Skrzypcowego im. H. Wieniawskiego, jest dyrektorem Towarzystwa Muzycznego im. H. Wieniawskiego w Poznaniu.