fot. Bartosz Mrozowski, materiały promocyjne

„Mały Zgon”. Duży problem

W dobie, gdy na scenie światowych, ale też rodzimych produkcji telewizyjnych króluje Netflix, HBO GO, a ostatnio także Apple TV+, producenci z polskiego Canal+ muszą nieźle się napocić, by zaproponować odbiorcy rozrywkę na wysokim poziomie.

Dzięki wspomnianym platformom polski widz ma szeroki dostęp do seriali z najwyższej półki. Nie musi żerować na pirackich torrentach, lub w nieskończoność czekać, czy ta albo inna stacja wprowadzi na antenę najgorętsze tytuły z USA lub Wielkiej Brytanii. Tym samym możliwość porównywania zagranicznych tytułów z polskimi produkcjami jest prostsza i uzasadniona. A to powinno skłaniać naszych twórców i twórczynie do próby dotrzymania kroku najlepszym (lub prawie najlepszym) — w końcu mamy prawdziwy wybór tego, co konsumujemy.

 

Tarantino w Pcimiu Dolnym

 

Kiedy usłyszałem o „Małym Zgonie”, dziesięcioodcinkowym serialu Canal+, za inspiracje do jego powstania podawano „Fargo” braci Cohenów (tudzież serial Noaha Hawleya nim inspirowany), filmy Quentina Tarantino, a nawet serial „Breaking Bad” Vince'a Gilligana.

 

Inspiracje inspiracjami, a wykonanie swoją drogą.

Jednak zaraz obok stawiano Juliusza Machulskiego, reżysera kilku odcinków i producenta kreatywnego całej produkcji „Małego Zgonu”, którego filmy  - przynajmniej wśród moich znajomych - wywołują raczej  grymas niechęci na twarzy, niż nagłą chęć zanurzenia się w wykreowany przez niego świat: szowinizmu, homofobii, ziemniaczanych twarzy, mafii z Pcimia Dolnego i psychologii rodem z kreskówek.

Prócz Machulskiego za „Mały Zgon” odpowiedzialni są Maciej Kawalski i Filip Syczyński (współscenarzyści i współreżyserzy) oraz twórca nagradzanej „Cichej nocy” Piotr Domalewski (scenarzysta).

 

Główna oś fabularna osadza się na nieoczekiwanej zmianie miejsc dwóch bliźniaczo podobnych bohaterów, co zresztą zostało przez samego Machulskiego wykorzystane już w „Kiler-ach 2-óch”. Tym razem obu panów gra Piotr Grabowski.

Pierwszy - Marek, to bezwzględny bandzior pracujący dla czeskiego bossa narkotykowego (Jan Monczka). Gdy ich kolejny wspólny biznes pada, bohater musi ratować życie swoje i swojej rodziny, co wiedzie go w ramiona policji. Zostaje objęty programem ochrony świadków. Pilnuje go surowa i idealistycznie podchodząca do swojej pracy agentka Anna (Julia Wyszyńska) i jej kolega.

Ten drugi - Ryszard, to (oczywiście) zupełne przeciwieństwo Marka. Jest rozwodnikiem, życiowym niedojdą, który mieszka z matką alkoholiczką (Anna Seniuk). Mężczyzna przypadkowo zostaje dyrektorem lokalnego więzienia dla kobiet i przegrywa więzienne fundusze w pokera. Po wypadku Ryszard zostanie wzięty za Marka i zamieszka z rodziną tego drugiego: żoną Joanną (Karolina Porcari) i dwójką ich nastoletnich dzieci. I w to mu graj!

Z kolei Marek, w butach Ryszarda, wróci do pracy w więzieniu. Jednak na trochę innych zasadach. Przede wszystkim zacznie sprawować rządy silnej ręki, co nie spodoba się urzędniczce Grażynie (Katarzyna Herman), która do tej pory miała zarówno osadzone, jak i dyrektorów w kieszeni własnego munduru. Marek podporządkuje sobie również Płoszaja (Mirosław Haniszewski), łasego na łapówki komendanta policji. Ten do tej pory był z łatwością manipulowany przez lokalnego gangstera, który mieszka w skromnym bloku. a jego polecenia wykonują dwa niegrzeszące inteligencją "karki".

Mamy jeszcze nawiązanie do kina familijnego. Mowa o wątku dziadka (Jacek Koman) i wnuczki, którzy -  obładowani bronią - wyruszają kamperem (czy to jest właśnie nawiązanie do „Breaking Bad”?) za osobą, która przejechała psa dziewczynki. Należy dodać, że to właśnie śmierć zwierzęcia spowodowała wypadek, a następnie zamianę miejsc Marka i Ryszarda.

 

Zgon męskiego świata

 

Dużo tego i mimo że serialowy świat został mocno rozbudowany, a postaci dobrze zagrane, to jednak nici, którymi te wątki próbowano połączyć, prują się właściwie na każdym kroku.

 

Na przykład weźmy główny pomysł fabularny. Czy naprawdę nikt nie zorientowałby się, że Marek i Rysiek zamienili się miejscami? Ten pierwszy to przecież wysportowany - a przynajmniej posiadający bokserskie umiejętności - przyzwyczajony do luksusowego życia byczek. Z kolei drugi pisany jest na fajtłapę, który na pewno wieczorami objada się mrożoną pizzą i popija tanie piwo z Biedry.

Trzeba oddać twórcom „Małego Zgonu”, że są świadomi zmian, które zachodzą w świecie telewizyjno-filmowym. Wiedzą, że punkt widzenia kobiet jest coraz bardziej istotny, że oddaje się im głos, a dziewczynki nie muszą bawić się w dom, tylko w cokolwiek im się zamarzy.

Jednak nie wystarczy zamienić postaci płciami, bo wychodzą z tego kurioza, jak choćby wspomniana już wcześniej agentka Anna, która w serialu jest nikim innym jak "herod-babą", pomiatającą wszystkimi i rzucającą kurwami.  Dlaczego taka jest? Czy może trudno odnaleźć jej się w stereotypowym męskim świecie? W przysłanych krytykom trzech odcinkach serialu nic na to nie wskazuje, skoro nawet bardzo męscy koledzy jej się boją. Podobnie jest z wnuczką, którą dziadek uczy strzelać. Mogłaby być wnuczkiem, nikt nie zwróciłby na to uwagi.

 

Poza tym to, że mężczyzna traktuje śmierć psa jako zbrodnię, a jednocześnie uczy dziecko polowania na zwierzynę leśną, moralnie pozostawia wiele do życzenia…

Zasadniczo wszystkie kobiety w „Małym Zgonie” przedstawione są albo jako despotyczne (Grażyna, matka Rysia), albo stojące na drodze męskim fantazjom (Joanna), albo wręcz ich ośmieszające (zdradzająca Płoszaja żona).

Krytycy piszą, że „panowie stworzyli męski świat” albo „męską rozgrywkę”, co już z marszu powinno „Mały Zgon” dyskredytować, bo co to w ogóle znaczy? Otóż tyle, że mamy ziemniaczane twarze, zidiociałą pcimską mafię, źle napisane postaci kobiece, strzelaniny i co jakiś czas jeden drugiego wyzwie od pedała.

Być może zatem, równanie do bardziej wyrafinowanych produkcji jest dla niektórych stacji trudniejsze, czy traktowane bardziej ulgowo, skoro nie są one – tak, jak Canal+ – dostępne w streamingu? A może, zamiast faktycznie nawiązywać do postępowych produkcji, mentalnie ciągle tkwimy w latach 90. ubiegłego wieku i wolimy postaci oraz żarty z „Kilera”?