fot. Maciej Fiszer

Mariusz, Szary Mistrz

 „Szorstki a liryczny! Chcę go tu i teraz! Julia”. Według ekspertów w zakresie lokalnych stosunków towarzyskich to zarazem czułe i dziarskie wyznanie, utrwalone na jednym z ogrodzeń w gminie Dopiewo pod Poznaniem, odnosi się do wybitnego poety i wydawcy.

Tajemnicza Julia jest dobrą czytelniczką poezji – oczywiście pod warunkiem, że jej istnienie, przeznaczenie napisu, a także źródła przekonań młodej (a właściwie dlaczego młodej?) kobiety uznamy za bezspornie udowodnione. Tak właśnie się stanie, ponieważ dużo lepiej, aby Julia była, niżby miało jej nie być.

Zatem… doskonale wychwyciła trzy podstawowe cechy twórczości autora, o którym tu prawdopodobnie mowa: ostre, kaleczące widzenie rzeczy, wanitatywność (proszę wybaczyć) i współodczuwanie bólu, wreszcie sylleptyczność (daruj, polszczyzno) jego wierszy, czyli osadzanie wyobraźni w tkance własnych przeżyć. Dzięki temu, czytając wiersz, można być – a Julia chce – blisko człowieka.

Niemniej pytanie o to, skąd jego wiersze mają tyle siły – i dlaczego to jest siła, choć tak wiele się w nich mówi o słabości i zwątpieniu – pozostaje otwarte. Proste oznajmujące strofy, do których aż nie wypada przykładać literaturoznawczych pojęć, tym samym wznosząc się ponad świat ich doświadczeń – wyobraźmy sobie, że stanowią przykład „traumatycznego realizmu”, a przecież są dla dzisiejszych mód i gustów prawdziwym, niedającym się zbagatelizować wyzwaniem.

Bezwstydnie wrażliwe, naturalnie chropawe, niewylewne, ale i nieoschłe, dalekie od aforyzmu, a zarazem na skutek zwięzłości spokrewnione z nim, niewyszukane, lecz zaskakujące, uważne rejestracje życiowych epizodów i wywołanych przez nie emocji – będąc takimi, wydać się mogą niewspółczesne, a wręcz anachroniczne. Owszem, przejmujące, lecz po staroświecku.

 

Ich czas teraźniejszy przesiąka nostalgia, spychając ku przeszłości, ku czemuś raz na zawsze postradanemu. Melancholia, konfesja, ileż tego było.

Mariusz Grzebalski, „Pocałunek na wstecznym”, Biuro Literackie, Wrocław 2007.

Z tego powodu mógłby ktoś powiedzieć, może gorliwy wyznawca jakiegoś „wzoru na poezję współczesną”, że ani za sprawą poetyki, ani za sprawą typu zaangażowania – ostatnimi laty najmocniej pożądanej właściwości literatury – te utwory nie należą do teraźniejszości, są zbyt liryczne, żeby być liryką. Słowem, że usprawiedliwić może je tylko namiętna i wrażliwa – Julia.

A przecież to poezja wybitna. Po części decyduje o tym oporność w stosunku do postulowanych dykcji, ich nieprzekupna suwerenność, w której widzę raczej korzyść niż stratę, po większej części zaś zadziwiająca celność społecznego i uczuciowego portretowania doznań, rozciąganie rzeczywistości poza granice wytyczone przez dominujące dyskursy.

Tak, rzeczywistość bywa po dawnemu materialna, niegładka, dotkliwa, raniąca; niecała jest tylko abstrakcją, sekwencją nic nieznaczących znaków i samozwrotnych kodów, spektakli, logorei, widm.

Człowiek nadal obija się o świat, a czytelnika nadal może zaboleć – albo wzruszyć – wiersz:

 

A jednak

                                    dla C.T.

Liche to lato, jesień właściwie –
dłuży się już ten deszcz,
te chmury wiszące nisko nad głową.

Ale powoli odkleja się złe ode mnie –
tatuaż z oleistym wzorem.

Był jak druga skóra,
nie chciał przylgnąć ani odpaść.

A u ciebie ładnie, Cecylio.
Faktycznie jest coś w cmentarzach,
po deszczu, w dni bezwietrzne jak ten.

 

Jakoś tak wyobrażam sobie autora tego wiersza.

Mariusz Grzebalski, „Dziennik pokładowy”, Biblioteka Poezji Współczesnej, Wydawnictwo WBPiCAK, Poznań 2015.

Dużo chodzi, bez względu na pogodę. Kiedyś biegał, teraz raczej maszeruje. Pasowałby do niego pies, żaden rasowy, prędzej duży, energiczny kundel. Idzie i patrzy, tylko z pozoru się nie spieszy. Ale i spieszy się jakby wolniej niż inni.

Kiedy pewnego razu znajoma studentka odbywała praktyki w dziale wydawniczym Biblioteki Wojewódzkiej i Centrum Animacji Kultury, któremu nasz pisarz przewodzi, to po uświadomieniu sobie, jaka to praca, ile tej pracy i jak się tam pracuje, doznała nieomal wstrząsu. „Straszna harówka dzień w dzień, niekończąca się, bez wytchnienia” – opowiadała.

Trudno się dziwić: najsilniejszego ośrodka publikowania poezji w Polsce nie tworzy się przy kawiarnianym stoliku, w kadzidlanym dymie wdzięczności i podziwu, zaglądając w oczy (o dekoltach ani słowa) debiutantek.

Sto kilkadziesiąt tomów, powstałych w okolicznościach przedziwnych, pod każdym względem skromnych, z zaprawionym w robocie, lecz mikroskopijnym zespołem, daje do myślenia. Pamiętać należy przy tym, że tomiki poetyckie i tomy krytyczne są dla tej grupki osób zajęciem właściwie dodatkowym, wykonywanym po godzinach poświęconych różnym, często także bardzo ciekawym książkom, albumom i katalogom regionalistycznym.

 

Więc powiedzieć, że M. się nie spieszy, to ponury żart, ale utrzymywać, że pędzi – też nieprawda.

Była dokładnie połowa lat 90., jeśli dobrze pamiętam – 10-lecie „Czasu Kultury”. W każdym razie duża impreza, sporo młodych i niemłodych pisarzy z różnych miejsc w Polsce, koncerty, spotkania, piwo i papierosy. Wszyscy w swetrach i chudzi. Siwy i Meleks szaleli, zachęcając towarzystwo, by na noc przeniosło się bodaj do Kołobrzegu, gdzieś nad morze, bo dlaczego by nie. M. palił. Stał, patrzył i palił, całkowicie skupiony na czynności, bez śladu podniecenia. Darek, który wtedy nie palił, snuł rozważania, co też to za tytoń ofiarowuje mu tyle spokoju.

Faktycznie zastanawiające. No bo jak w jednym, choćby i dużym facecie mieści się jednocześnie tyle ognia i tyle wieczornego, wiecznego spokoju? I jakim cudem te żywioły się nie gryzą? A może jednak się gryzą i gryzą. Jak mocno – trudno powiedzieć.

Mariusz Grzebalski, fot. Maciej Fiszer

W ogóle to najwięcej, a i tak nie za wiele, wiem o jego wierszach, trochę też o niedocenionym zbiorze opowiadań „Człowiek, który biegnie przez las”. Ta proza jeszcze kiedyś wróci, najpewniej gdy poczucie lekkości życia, które – w dość ogólnym przeświadczeniu – „nie dzieje się naprawdę”, przekształci się w ostateczną i ciężką pewność, że dzieje się tylko ono, a poza nim nic.

Gdzieś między warszawską kawiarnią, gdzie wszystko wydaje się możliwe, a lasem, który trzeba po prostu uznać, a biurkiem, przy którym trzeba po prostu tyrać, a dzieckiem, które trzeba nakarmić i wykąpać, rozciąga się przestrzeń sporu między M., twardym liberałem, który mówi „praca”, „wolność”, „postęp”, a nową lewicą, której marzy się świat bez wad. M. – Szary Mistrz życia literackiego od lat 90., poczynając od „Nowego Nurtu” do dzisiaj, ma prawo i ma czego bronić.

Łączy nas platoniczna przyjaźń, niewypowiedziana, złożona z domysłów, a nie z deklaracji czy wspomnień. Spotykamy się rzadko, rozmawiamy głównie o tekstach i terminach, czasami coś się wymknie o życiu. Domyślam się między innymi, że Mariusz – Mariusz Grzebalski – mając do wyboru towarzystwo gryzipiórków, zwłaszcza profesorskich, i towarzystwo kumpli z podwórka, na którym się wychował, lub licealnych, wybierze to drugie. Całkowicie go rozumiem, faceci tak robią. Są dla siebie jak w tym wierszu, obcy i bliscy:

 

Geometria

Na co patrzy mężczyzna z balkonu naprzeciwko?
Nie widzi innych bloków, to pewne.
Co w takim razie widzi?

Z tej odległości przypomina nieruchomego ptaka,
może nawet – martwego ptaka.
Nie sposób dostrzec, co odbija się w jego źrenicach,
czy w ogóle coś.

Jest zbyt cicho, jak na tę porę dnia,
i zbyt ciepło, jak na tę porę roku.

On patrzy na coś, czego nie widać,
ja patrzę na niego, dla niego niewidoczny.
Potem, jak na komendę, odwracamy się –
on zamyka drzwi balkonu, ja oczy.

 

„Obcy a bliski! Za to go lubię! Piotr”.

 

MARIUSZ GRZEBALSKI – ur. 22 lutego 1969 roku; wybitny polski poeta, prozaik, redaktor, wydawca, świetny, intrygujący facet. Sto lat!

 

CZYTAJ TAKŻE: Twarze literatury: Och, Edward

CZYTAJ TAKŻE: Twarze literatury: Marcin

CZYTAJ TAKŻE: Twarze literatury: Jerzy