fot. archiwum Michała Olejniczaka

Miłość do zegara na wieży

Na kościele w Zbąszyniu znajduje się piękny zegar z 1851 roku, z pracowni rodziny Moellinger z Berlina. Bicie zegara jest zatrzymane, bo przepadł oryginalny dzwon zegarowy. Obecnie odtwarzane jest więc z płyty CD. Kusiło nas, by płytę wymienić na jakiś album zespołu Rammstein – śmieje się Michał Olejniczak, który wraz z Rafałem Pikułą ratuje stare zegary wieżowe.

DAINA KOLBUSZEWSKA: Co fascynuje Pana w zegarach wieżowych?

MICHAŁ OLEJNICZAK: Tradycyjnie wykonane zegary wieżowe dla jednych są zwykłymi przyrządami do pomiaru czasu, dla innych – żyjącymi urządzeniami i dziełami sztuki. Najbardziej cieszy nas - bo mojego współpracownika Rafała Pikułę także - magia zegarów, które są świadkami niekiedy ponad dwustuletniej historii. Każdy z nich jest inny, każdy ma inny charakter. Żyją swoim życiem, mają swoje humory. Ale najbardziej inspirujący jest kunszt, z jakim je wykonano. Większość zegarów ma ponad wiek pracy za sobą i wcale nie wybierają się na emeryturę. Są fantastyczne!

Razem z Rafałem Pikułą jeździcie po Polsce, sporządzacie dokumentację zegarów wieżowych, fotografujecie je, robicie naprawy, ale też kompleksową konserwację. Zbieracie materiały na temat manufaktur, produkujących mechanizmy zegarów wieżowych. Jak piszecie na swojej stronie internetowej – to pasja.

Chcemy ratować coś, co stanowi nasze dziedzictwo. Zegary pochodzą najczęściej z XIX i początków XX wieku, często są ręcznie robione. To bezcenne zabytki. Mamy w Polsce zegary niemieckie, austriackie, czeskie i polskie (choć te raczej nie występują często w Wielkopolsce), niektóre z pocz. XIX w. I one są „wycinane”, jak mówimy w zegarmistrzowskim slangu! Zabytkowe tarcze podłącza się do elektronicznego napędu, a stary mechanizm wynosi na strych, wyrzuca, oddaje na złom. Mnie to smuci i złości.

 

Zgodnie z Ustawą o ochronie zabytków i opiece nad zabytkami z dnia 23 lipca 2003 r., gdy gmach z dawnych zegarem wieżowym trafia do rejestru zabytków, zegar nie jest chroniony. Zatem nie jest zabronione wymienienie go na nowy, napędzany elektronicznie.

Dlatego też mechanizmy zegarowe trzeba wpisywać osobno do rejestru zabytków – stanowią zabytek ruchomy, podobnie jak wyposażenie kościołów. I to też pomagamy robić – przygotowywać wnioski o wpis do rejestru zabytków wraz z całą dokumentacją.

Całą działalność w zakresie promowania zegarów wieżowych, uświadamiania, że mają dużą wartość historyczną i artystyczną, wykonujemy pro bono. Przeprowadzamy też, bądź organizujemy, konserwacje zegarów, co jest pracochłonne i wtedy już płatne. Ale nie jest to nasze realne źródło utrzymania. Konserwacje przeprowadzamy z ogromną pieczołowitością, tylko wtedy ma to dla sens i sprawia satysfakcję.

Ostatnio przygotowywaliście dokumentację zegara wieżowego dla muzeum w Łańcucie.

Tak, chociaż raczej powinniśmy nazwać to opisem. Zegar na wieży dawnego zamku Lubomirskich i Potockich w Łańcucie to prawdziwe cudo. Łańcut znajdował się pod zaborem austriackim, a austriackie i południowoniemieckie zegary, w porównaniu z pruskimi, były wykonane kunsztowniej, bardziej finezyjne. Zamkowy zegar jest sygnowany „Emil Schauer, Wiedeń” i pochodzi z 1903 r. Mamy podejrzenie, że podpisany na zegarze Emil Schauer, wiedeński dostawca zegarów wieżowych, prawdopodobnie sygnował nazwą swojej firmy zegar, pochodzący z Królewskiej Fabryki Zegarów Wieżowych Johanna Mannhardta w Monachium. Jednego prawdziwego „Mannhardta” niedawno mieliśmy przyjemność „odkryć” i na szczęście jest już wpisany do rejestru zabytków, w oparciu o przygotowaną przez nas dokumentację. Zegary te są niezwykle cenne i rzadko spotykane. Ale to tylko podejrzenie.

W lutym tego roku przygotowaliśmy też dla Urzędu Miejskiego w Wielichowie dokumentację znajdującego się tam zabytkowego zegara wieżowego z początku XX w., który został wyprodukowany w fabryce C. F. Rochlitz w Berlinie. Czasomierz pod bieżącą opieką, znajduje się w złym stanie technicznym. Przygotowaliśmy całą dokumentację i mamy nadzieję, że uda się dzięki naszym staraniom go zachować!

Kiedy upowszechniły się zegary wieżowe?

Trudno określić. Żyjący na przełomie XIII i XIV w. Dante Alighieri w swoim dziele „Boska Komedia” o takim zegarze już wspomina, choć zapewne powstawały one nieco wcześniej. Najstarsze nie posiadały tarcz ze wskazówkami. Stanowiły swoiste „mechanizmy bicia”, dzięki uderzeniom w dzwony można było określić aktualny czas. Budowano także zegary, które wybijały jedynie siedem godzin kanonicznych - według nich toczyło się życie w zakonach. Zegary szybko zyskały popularność i zaczęto je montować w kościołach, szkołach, ratuszach, pocztach i wielu innych budynkach. W zegarach wieżowych mechanizm znajduje się w wieży lub podobnych miejscach, stanowiących niejako ich „obudowę”. Za pośrednictwem różnych przekładni i pędni mechanizm jest połączony z – zazwyczaj dość odległą od niego – przekładnią wskazań i wskazówkami. Przez setki lat mechanizm zegarów wieżowych ulegał niezliczonym przeróbkom i udoskonaleniom. Sztuka ta rozwijała się aż do I połowy XX w.

W Wielkopolsce większość zegarów wieżowych to zegary niemieckie?

Tak, większość była instalowana bowiem przed 1918 rokiem. Ale np. na kolegiacie w Szamotułach mamy zegar Michała Mięsowicza z kurantem z lat 20. XX wieku. W kościele Zmartwychwstania Pańskiego na Wildzie był także zegar z polskim mechanizmem. Jak podejrzewamy, wykonali go zakonnicy z Niepokalanowa. Niestety, dzwon na wieży kościoła był źle zamontowany, zerwał się i spadł na zegarowy mechanizm, który uległ zniszczeniu. Obecnie „kręci się” tam niezwykle awaryjny zegar elektroniczny.

Zegary w Wielkopolsce, które Panowie lubią?

W klasztorze w Gostyniu jest piękny zegar wieżowy z ok. 1800 roku, z bardzo oryginalną konstrukcją. To robota mistrza ze Śląska. Z zegarem związana jest legenda – podobno ciąży na nim klątwa. Kiedy chciał go ktoś naprawić, umierał. Niestety, jest już wycięty, jedną godzinową wskazówką kręci napęd elektroniczny.

 

Ciekawy jest też zegar na dawnym Zamku Cesarskim w Poznaniu. Został on jednak unieruchomiony, bodajże w 2007 lub 2008 r. Widoczne na zewnątrz wskazówki obracane są przez napęd elektroniczny.

Stary mechanizm stoi w wieży i zbiera kurz, choć koszt montażu elektronicznego de facto pokrywał się z potencjalnymi kosztami konserwacji zabytkowego czasomierza. Zegar pochodzi z firmy Georga Richtera, która wykonała też zegar dla zniszczonego Zamku Miejskiego w Berlinie. Był to drugi zegar po Wielkiej Brytanii, którego dokładność była kontrolowana z wykorzystaniem ówczesnych najnowocześniejszych technik w zakresie komunikacji. Ze swoistego „laboratorium czasu”, czyli obserwatorium astronomicznego, wysyłano dokładnie w południe, czy o innej pełnej godzinie, sygnał i zegar był korygowany według tej informacji. Poznański zegar zamkowy nie był w ten sposób obsługiwany, ale pochodzi także z tej szanowanej fabryki. Na jego mechanizmie znajduje się podpis niemieckiego zegarmistrza, który go nakręcał i był jego opiekunem. Ów podpis został na płycie mechanizmu umieszczony w roku 1919. Przypadek? Nie sądzę. Wielkopolska wówczas opanowana była jedynym w historii Polski zwycięskim powstaniem. Na wieżach spotyka się niekiedy właśnie takie ciekawe rzeczy, to jest fajne…

A rodzime, wolsztyńskie zegary?

Lubimy bardzo zegar na kościele w Wolsztynie, częściowo ręcznie robiony, z ok. 1840-50 r., produkcji Johanna Gottlieba Hadanka z Hoyerswerdy. Firma mieściła się w mieście Hoyerswerda (pol. Wojrowice, obecnie Saksonia) i później nazywała się „Hadank & Sohn”. Nie jesteśmy jednak opiekunami zegara, troszczy się o niego wolsztyński zakład zegarmistrzowski.

Losy firmy Hadanka są bardzo zagadkowe. Działała ona w XIX w., zyskując dużą popularność w poł. XIX w.  Słynęła nie tylko z zegarów, ale i produkcji świetnych dzwonów, które miały ciepłą i czystą barwę. Niestety, nie zachowało się ich wiele – z powodu akcji przetapiania gongów z wież kościołów i innych gmachów na amunicję, w czasie I i II wojny światowej.

W Polsce jest parę zegarów Hadank & Sohn – na ratuszu w Lubawce, na ratuszu w Niemczy (nieczynny). W Niemczech - jeden. Wolsztyński jest spośród nich najstarszy. Cieszymy się, że udało się go uratować, choć szkoda, że nie mogliśmy w tym czynnie uczestniczyć - mieliśmy wtedy tylko dziewięć lat.

Elektronika masowo zastępuje stare zegary wieżowe?

Wiele zabytkowych czasomierzy przepada, co nas niezwykle smuci. Zdarza nam się jednak pożartować z tego, jaka „plastikowa” współczesność nas otacza. Na kościele w Zbąszyniu znajduje się piękny zegar z 1851 r. (o numerze seryjnym 899), z pracowni rodziny Moellinger z Berlina. W Niemczech znaleźliśmy zegar tego samego producenta o numerze 898! Ale nie to chciałem opowiedzieć. Bicie zegara w Zbąszyniu jest zatrzymane, bo wraz z wymianą hełmu wieży przepadł oryginalny dzwon zegarowy. Obecnie odtwarzane jest więc z płyty CD. Kiedy bywaliśmy w tej wieży, kusiło nas, aby płytę wymienić na któryś z albumów zespołu Rammstein. Byłoby trochę śmieszniej.

Jak się zaczęła Pańska pasja zegarowa?

Rodzice usypiali mnie przy zegarze, inaczej nie dawali sobie ze mną rady. Miłość do zegarów nie była czymś, co sobie wymyśliłem, kiedy miałem osiem czy dziesięć lat, ona była od zawsze! Jako pięciolatek dostałem na Boże Narodzenie zegar z kukułką, to była niesamowita radość. Do dziś zegar wisi w moim pokoju. Babcia kupiła mi wtedy sporo dość drogich zabawek, ale wszystkie poszły w kąt – gwiazdą wieczoru był zegar. W domu zawsze dłubałem w zegarach. Pierwsze oczywiście psułem.

 

Dlaczego zegary wieżowe? Często trudno do nich dotrzeć. Trochę dla adrenaliny z tym związanej – kiedy strop jest przeżarty przez korniki, albo nikt nie był na wieży od 70 lat i nie wiemy, co zastaniemy… To jest fascynujące.

Był moment pewnego „zwolnienia zegarowego”, starałem się wykorzystywać czas na poznawanie różnych rzeczy. Kończyłem średnią szkołę muzyczną, przekraczałem granice państw na parowozie. Pewnego dnia Rafał Pikuła, mój współpracownik, powiedział: „albo działamy, albo nie”. Przygotował stronę internetową, doposażył warsztat i dobrze, że tak się stało.

Obaj chodziliśmy do Gimnazjum nr 1 w Wolsztynie. Na poddaszu szkoły funkcjonuje zegar wieżowy z 1907 r., produkcji firmy C.F. Rochlitz. Czasomierz ten do dziś uruchamia dzwonki w szkole. Od ponad 100 lat! Zapytałem kiedyś dyrektora, znanego z surowości – Wolsztynianie wiedzą o czym mówię - czy mogę wejść i go sfotografować. Pozwolił mi, okazał się człowiekiem niezwykle sympatycznym. I to był moment, kiedy definitywnie zacząłem specjalizować się w zegarach wieżowych. Zaraz potem dołączył Rafał. Zaczęliśmy jeździć po Wielkopolsce i fotografować, opisywać i opowiadać o czasomierzach, które się ostały. Czasem robiliśmy małe naprawy, czasem smarowaliśmy mechanizm...

Zresztą, robimy to do dziś. Przeprowadzamy też, bądź organizujemy we współpracy z zaprzyjaźnioną pracownią konserwatorską, kompleksową konserwację zegarów wieżowych. Kiedy powstała strona internetowa, odnalazł nas właściciel pracowni konserwacji zegarów wieżowych w Puszczykowie, bardzo dobry konserwator, który także „staje na rzęsach”, by ratować wieżowe zegary mechaniczne. Współpraca z nim jest dla nas cenna.

Od ponad dziesięciu lat, a więc zanim zaczęliśmy pracę w duecie, zbieram materiały i piszę książkę o zegarach z Wolsztyna i okolic oraz manufakturach, w których powstały. Będzie tam można znaleźć znacznie więcej informacji, niż na naszej stronie internetowej. Jest szansa, że zostanie wkrótce wydana.

Gdyby nie zegary, to…?

„Zegarowej” pasji nie da się niczym zastąpić. Siedzimy sobie na wieży zegarowej, robimy zegar, a dookoła mamy urokliwe widoki. Kiedy po konserwacji montowaliśmy zegar na Szkole Podstawowej nr 1 w Wolsztynie, mieliśmy jezioro z jednej strony, jezioro z drugiej strony, a pomiędzy – widok na Wolsztyn. Jakiś parowóz jeszcze przejechał… Pełnia szczęścia. Tak można pracować cały dzień!

 

CZYTAJ TAKŻE: All you need is company

CZYTAJ TAKŻE: Nigdy więcej łez. Polski Teatr Tańca

CZYTAJ TAKŻE: Nie łapię chwili. Rozmowa z Bownikiem