fot. K. Szymkowiak

Ministrancka konspiracja

"To nie było żadne bohaterstwo. Dla nas, ministrantów, to była normalna rzecz." – opowiadał mi przed laty Zdzisław Jaskólski. Dopiero pół wieku później dotarło do nich, jak wiele ryzykowali.

Pamiętam tamto spotkanie niemal jak wczorajszy dzień, choć z bohaterami wojennych akcji spotkałem się 22 lata temu. Była zima 1999 roku, usiedliśmy w trójkę przy drożdżówkach w ciepłym, niedużym mieszkaniu gdzieś na Łazarzu, chyba przy Głogowskiej. Dwaj siwi, wiekowi już panowie wydawali się skrępowani tym, że przyszedł do nich dziennikarz, który chce opisać ich okupacyjny wyczyn. Bolesław Lipowczyk nawet mnie poprosił: 

 

"Tylko niech nas pan nie przechwali!"

Księża ukryci po domach

Wszystko zaczęło się od przedwojennego koła ministrantów, służących w kościele Najświętszego Serca Pana Jezusa i św. Floriana na Jeżycach. Razem z wikarym ks. Stefanem Wiśniewskim wyjeżdżali za miasto, robili wycieczki albo chodzili do kina. Latem 1939 roku Boleś Lipowczyk i Maryś Nagórski mieli po 13 lat, Władek Zięta – 16.

Po wkroczeniu w 1939 roku do Poznania wojsk niemieckich, w październiku 1941 roku jeżycki kościół św. Floriana przy ul. Kościelnej – podobnie jak większość poznańskich świątyń – został przez okupantów zamknięty.

 

Księży z parafii wywieziono do obozu w Dachau, a proboszcz Czesław Michałowicz zginął śmiercią męczennika w Forcie VII.

Po zrabowaniu kościelnych dzwonów Niemcy użytkowali świątynię jako magazyn. Z czasem zaczęła ulegać dewastacji.

Polscy katolicy z ponad 270-tysięcznego Poznania mogli teraz modlić się już tylko w dwóch świątyniach: św. Wojciecha oraz Matki Boskiej Bolesnej na Łazarzu.

 

"Dla naszej grupy był to potworny wstrząs." – wspominał Bolesław Lipowczyk.

 

W pierwszą niedzielę po zamknięciu kościołów wybrał się wraz z Władkiem Ziętą na mszę do św. Wojciecha.

 

"W kościele potworny tłok. Nie potrafiłem się modlić, przyzwyczajony do luksusowych warunków ministranta w prezbiterium kościoła jeżyckiego." – opowiadał.

 

Kolaż autorstwa K. Szymkowiaka

Kolaż autorstwa K. Szymkowiaka

Księża ukrywali się wtedy po prywatnych domach na Jeżycach. Odprawiali w prywatnych mieszkaniach liturgię, ale często nie posiadali sprzętów liturgicznych. W domu rodziny Lipowczyków przy ul. Mylnej 1 (dziś Romka Strzałkowskiego) znalazł schronienie ksiądz Ignacy Zając. Odprawiał msze w cywilnym ubraniu, a jako kielicha używał szklanki.

Dla ministrantów było to nie do pomyślenia. Władek Zięta i Bolek Lipowczyk wpadli wtedy na „szatański” – jak sami po latach go określali – plan. W ich głowach narodził się pomysł wydobycia szat liturgicznych i sprzętu z zamkniętego kościoła.

Do Władka i Bolka szybko dołączyli kolejni ministranci – Maryś Nagórski, Zdzich Jaskólski, Włodzimierz Cejrowski. Władek, Maryś i Boleś szybko dopracowali szczegóły akcji. Postanowili dostać się do świątyni przez zakrystię. Aby ograniczyć możliwość wpadki, na latarki założyli przysłony, tłumiące rozbłyski światła.

Nocne wypady

Pomiędzy 17 listopada a 15 grudnia 1941 roku młodzi konspiratorzy  kilkakrotnie „włamywali się” do kościoła, wynosząc z niego cichaczem szaty liturgiczne, mszał i inne drobiazgi.

W swój plan wtajemniczyli tylko matkę Bolka i jej gospodynię. Dorobili klucz do zakrystii. Ale pierwsza próba wejścia do kościoła nie udała się: okazało się, że klucz nie mieści się w zamku. Zamek zakrystii poddał się dopiero przy czwartym podejściu, 15 listopada 1941 roku wieczorem, po dwóch dniach dopasowywania klucza pilnikiem przez Marysia. Chłopcy byli jednak tak zaaferowani, że nie zauważyli powodzenia – przekonani o porażce wrócili do domów.

 

kolaż autorstwa K. Szymkowiaka

Kolaż autorstwa K. Szymkowiaka

W końcu w poniedziałek 17 listopada 1941 roku udało im się potajemnie wejść do wnętrza świątyni i rozpocząć akcję. Ważną rolę odegrały też ich zaufane koleżanki z Krucjaty Eucharystycznej: Zosia Tomaszewska i Henia Nowicka. Spacerując wokół kościoła z kolegami, odgrywały zakochane pary na randce. W określonym czasie „zakochani” gwizdali ustaloną melodię – sygnał, że teren jest „czysty” i można wychodzić z kościoła.

Wtedy „włamywacze” opuszczali świątynię, niosąc na sobie – ukryte pod luźnymi prochowcami – ornaty i komże. W torby schowali wino i inne paramenty.

W czasie jednej z wypraw do zamkniętej świątyni ministranci – w obawie przed zbezczeszczeniem przez Niemców – postanowili wynieść puszki z konsekrowanymi komunikantami i kustodię z konsekrowaną hostią.

15 grudnia 1941 r wieczorem Maryś Nagórski zdołał pokonać skomplikowane zamki w tabernakulum za pomocą kolejnego klucza, który kosztował go kilka dni pracy. Choć nie było łatwo. Pierwsza próba otwarcia, podjęta od tyłu ołtarza, zakończyła się porażką. Ministranci "zaatakowali" więc przednie drzwiczki.

 

"Krótka modlitwa u stopni ołtarza, a potem dano mi klucz do ręki. Włożyłem i przekręciłem go jak w normalnym zamku. Przeżyłem szok." - wspominał po latach Jaskólski.

 

Kolaż autorstwa K. Szymkowiaka

Kolaż autorstwa K. Szymkowiaka

Chłopcy wynieśli sanctissimum z kościoła z zachowaniem wszelkich rygorów kanonicznych. 

 

"Poszedłem po kartoniki od komunikantów, które wyłożyłem puryfikatorem. Przełożyliśmy komunikanty, a do oczyszczonych puryfikatorem puszek włożyliśmy komunikanty niekonsekrowane." - opisywał akcję podmienienia komunikantów Władek.

Zdążyli przed Gestapo

Padający, gęsty śnieg zatarł ślady "włamywaczy z Bożej łaski" - jak sami się potem określili. Pogoda im wyraźnie sprzyjała - kilka godzin później pod kościołem zjawili się bowiem tajniacy z Gestapo.

 

"Chodzili po terenie cmentarnym, a później obserwowali w godzinach wieczornych kościół i wypytywali okolicznych mieszkańców." - wspominał Władysław Zięta.

 

Gestapowcy przesłuchali m.in. kościelnego Juliusza Strzyżyńskiego. Nie wpadli jednak na żaden trop.

 

kolaż autorstwa K. Szymkowiaka

Kolaż autorstwa K. Szymkowiaka

Wydobyte z zamkniętego kościoła hostie przeniesiono do domu państwa Lipowczyków. Po krótkiej wędrówce po innych domach, sanctissimum trafiło szczęśliwie do kościoła św. Wojciecha. Młodzi konspiratorzy uniknęli wsypy. O udanej akcji dowiedział się arcybiskup Dymek. Był pełen uznania i podziwu dla odwagi ministrantów z Jeżyc.

Dziś wszyscy bohaterowie tamtych akcji pełnią służą już przy ołtarzu Najwyższego. 

 

"Służba przy ołtarzu formuje ludzi na całe życie." - tłumaczył mi podczas pamiętnego spotkania na Łazarzu Zdzisław Jaskólski.

 

 

Piotr Bojarski - pisarz i publicysta, w lipcu nakładem Znaku ukaże się jego najnowsza powieść "Coraz ciemniej w Wartheland".