fot. Mariusz Forecki

Nie interesuje mnie narracja mistrzowska, lecz ludzka

O strategiach pracy w konkretnych kontekstach kulturowych, a także o stanach chorobowych, w jakie wpędzają nas mechanizmy funkcjonowania w określonych społeczeństwach – z Mithu Sen, a także z Martą Smolińską, kuratorką wystawy w Poznaniu, rozmawia Ewelina Jarosz.

ZAMIAST PRZEDSTAWIANIA…

W trakcie spotkania w Galerii Miejskiej Arsenał Mithu Sen pokazała pracę artystyczną, przygotowaną na potrzeby nowojorskiego Muzeum Guggenheima, polegającą na prezentacji własnej osoby w wymyślonym przez siebie języku. W pracy wideo, która była również performansem i dokumentacją, indyjska artystka odniosła się subwersywnie do szczegółowych wytycznych, z jakich miała składać się wzorcowa prezentacja wymagana przez tę instytucję. W rezultacie jej tematem stał się sabotaż sztywnych kryteriów instytucjonalnej oceny artystów, pozwalający mówić o odwróceniu przez artystkę relacji władzy.

Wykreowany przez Mithu Sen „niejęzyk” stanowi narzędzie, jakim często posługuje się w swoich realizacjach – również w przypadku instalacji przygotowanej specjalnie dla poznańskiego Arsenału.

 

EWELINA JAROSZ: Czy postrzegasz swoją pracę w kategoriach zdrowia i choroby? Mam na myśli chorobę rozumianą szeroko, w której polu semantycznym mieszczą się stany chorobowe związane z formatowaniem artystów przez instytucje sztuki. Twoja praca sprowokowała we mnie refleksję na temat niepokojów, paniki oraz różnego typu mentalnych problemów artystów działających pod presją biurokratycznych procedur. Czy również pomyślałaś o tym w ten sposób?

MITHU SEN: Uchwyciłaś dokładnie to, o co mi chodziło. Jednak temat jest znacznie szerszy. Nie dotyczy on wyłącznie artystów, lecz społeczeństwa, do którego wszyscy należymy. Użyłam wytycznych do prezentacji jako metafory naszego codziennego życia. Ciągle jesteśmy kontrolowani przez różnego typu wytyczne. Czujemy się stłamszeni przez deadline’y, konieczność zmieszczenia się w określonym czasie oraz różnego typu ramowania naszych zachowań. Pod koniec dnia czujesz, że brakuje ci przestrzeni i wolności. Mając na uwadze wszystkie te sprawy, przygotowałam prezentację w niejęzyku, który jest rodzajem oporu. Performuję go poprzez dźwięki, tworząc sytuację, w której nikt nie rozumie, o czym mówię – włącznie ze mną.

 

EJ: Kontynuujmy jeszcze przez chwilę ten wątek. Czy myślisz w związku z tym o swojej pracy także w kategoriach terapii? Czy niejęzyk może mieć właściwości lecznicze?

MS: Dla mnie na pewno ma. Urodziłam się w Kalkucie, w Zachodnim Bengalu. Obecna tam silna identyfikacja z kulturą bengalską oraz językiem bengalskim stała się również częścią mojej tożsamości. Moi rodzie są lokalnymi patriotami. Moja matka jest poetką tworzącą w języku bengali. Wysłali mnie do publicznej szkoły bengalskiej. Szkoła prywatna, w której nacisk kładzie się na doskonalenie języka angielskiego, jest elitarna i bardzo droga, nie możesz się w niej uczyć, jeśli nie masz solidnych podstaw finansowych. Drugim powodem wysłania do szkoły publicznej była ideologia, romantyzm, miłość i szacunek dla bengalskiego języka. Następnie rodzice posłali mnie na studia do bardzo dobrego, międzynarodowego uniwersytetu. Kiedy ukończyłam studia magisterskie, przeprowadziłam się do Nowego Delhi, stolicy Indii. Zaczęłam konfrontować się z różnego typu przeszkodami, głównie dotyczącymi języka.

 

Ponieważ w Indiach mamy setki języków, polityka językowa stanowi ważny element życia społecznego. Jako kraj (post)kolonialny nadal czcimy język angielski. Jest to język komunikacji elit. Jeśli nie wypowiadasz się w sposób wyrafinowany w języku angielskim, nie jesteś naprawdę społecznie akceptowana.

To są bardzo subtelne sprawy, które nie są wypowiedziane wprost i które czujesz przez skórę, będąc tam. Po roku pracy w Delhi czułam się chora. Jestem również dyslektyczką, w związku z czym inne języki nie były dla mnie czytelne. Przez pewien czas uczyłam w szkole wyższej, a moi uczniowie śmiali się z mojego akcentu i gramatyki.

 

EJ: Jak czułaś się w takich okolicznościach?

Rozmowę przeprowadzono 9.08.2018 przy okazji spotkania towarzyszącego wystawie „Mit i Sny”, zorganizowanej w Miejskiej Galerii Arsenał w Poznaniu (10.08–16.09.2018). Kuratorka: Marta Smolińska.

MS: Czułam się niekomfortowo i źle, jednak nie winiłam ich za to, ponieważ tak zostało zbudowane społeczeństwo. Mówisz ze specyficznym akcentem, posługujesz się specyficzną gramatyką. Język służy również do kontrolowania społeczeństwa. W pewnym momencie postawiłam jednak temu opór i zaczęłam eksplorować jakiś rodzaj języka, który miał odwrócić sytuacje kontroli i władzy, sprawiając, że ludzie zatrzymają się na chwilę, a ja przez moment będę mieć totalną kontrolę nad sytuacją komunikacyjną. Kiedy mówię w języku, którego ludzie nie rozumieją, zdają sobie sprawę, jak to wpływa na ich samopoczucie. Kiedy niczego nie rozumiesz, desperacko chwytasz się znajomo brzmiących słów – może uda się tobie w końcu wyłowić słowa, które są do czegoś podobne, ale i tak nadal nie dają się z niczym zidentyfikować. Zagubienie dotyczące komunikacji i interakcji, języka i niejęzyka stworzyło we mnie warunki odpowiedzi na funkcjonowanie społeczeństwa, w którym tak istotną rolę odgrywa kontrola nad innymi, upokarzanie, frustracja i opresja.

 

Mithu Sen

Mithu Sen to jedna z najbardziej uznanych współczesnych artystek hinduskich.

EJ: Kwestia języka pojawia się również w przypadku twojej obecnej wystawy w Arsenale.  Pokazana została na niej instalacja, w której do fragmentu odcinka popularnego mainstreamowego polskiego serialu „M jak miłość”, podłożyłaś intuicyjnie własny tekst, zmieniając tym samym znaczenie oryginału i nadając mu nowe konceptualne ramy.  W towarzyszącym wystawie tekście kuratorskim pojawia się słowo „transkulturowy”. Jest to użyteczne pojęcie, kiedy chcemy kwestionować kulturową hegemonię oraz naszą własną kulturową wyjątkowość. Te dwie kwestie są bardzo aktualne w kontekście politycznym współczesnej Polski, rządzonej przez prawicowy rząd, który narzuca dyskurs nacjonalistyczny. Sięgając do popularnych postmodernistycznych metod pracy artystów końca lat 70. i 80. ubiegłego stulecia, w pracy pokazanej w Arsenale upolityczniłaś strategię zawłaszczenia (appropriation). Moje pytanie dotyczy w związku z tym twojego sposobu pracy z kulturowym kontekstem. Czy jest on kompletnie intuicyjny, czy może wpływa na niego twoja wiedza na temat danego społeczeństwa, jego ekonomii, polityki i kultury?

MS: Dwie z wymienionych przez ciebie dróg dojścia do pracy z danym kontekstem kulturowym realizowane są w stu procentach. Pozwalam sobie zarówno na bardzo intuicyjną i spontaniczną pracę, jak i tę zaplanowaną. Uważam jednak, że kiedy używamy naszej podświadomości, możemy to robić w świadomy sposób. Podświadomość nie jest dla mnie wyabstrahowana z kontekstu. Przeciwnie, uważam, że jest konstruktem zbudowanym na podstawie naszej wiedzy, historii, pamięci.

Nie chcę rozgraniczać wiedzy ani narzucać jej ram. Noszę bagaż historii sztuki, ale także chcę być świadoma tego, co się wokół mnie dzieje. Nie interesuje mnie narracja mistrzowska, lecz ludzka. Moje ciało stara się stawiać opór i zachowuje się spontanicznie.

Taka reakcja nie powstaje na zawołanie. Moje wsparcie dla ruchu popierającego LGBT w moim kraju nie pojawia się w sposób automatyczny. Nikt nie zmusza mnie, abym zobaczyła upokorzenie związane z tym, że wiele kast w Indiach nie posiada wyrafinowanego języka, w którym może się publicznie wypowiadać. Zarówno moja świadomość, jak i moja podświadomość składają się na motywację do podjęcia działania i budowania własnej postawy w sposób wolny i nieprzymuszony.

 

EJ: Jaki wpływ na twój stosunek do świata ma „radykalna gościnność” – termin, którym często posługujesz się, wyjaśniając charakter własnej twórczości?

MS: Jest to koncepcja, która pozwala mi przesuwać granice naszych skonstruowanych instytucjonalnych norm, zachowań i hierarchii. Te normy nie zawsze są złe, ale kiedy tylko czuję ich szkodliwość dla mnie, dla mojego ciała lub moich bliskich, stawiam opór. Nie chodzi mi jednak o opór dla oporu, lecz o naturalną, organiczną reakcję. Dlatego trudno to wyjaśnić. Niekiedy mam z tego tytułu problemy. Klika razy zostałam ocenzurowana lub ostrzeżona, aby nie iść zbyt daleko. Dostrzegam też podobieństwa kulturowe między sytuacją w Indiach i Polsce czy nawet Stanach Zjednoczonych. Niemal wszędzie górę zaczyna brać prawicowa ideologia, fundamentalizm i ekstremizm. Ani moja świadomość, ani podświadomość czy to, co jest pomiędzy tymi stanami, nie dają mi odpowiedzi, jak to jest możliwe.

Radykalna gościnność stanowi kontrnarrację dla szerzącego się globalnie poczucia nienawiści, bigoterii i uprzedzeń. Religijna nietolerancja na subkontynencie indyjskim, oprócz innych form dyskryminacji, podtrzymuje hierarchie społeczne i karmi stereotypy. Z rządem takim jak nasz, działającym poprzez wzbudzanie uczuć religijnych w społeczeństwie i wywoływanie podziałów między jego wierzącą i niewierzącą częścią, ta „demokratyczna” polityka dosłownie nabrała nowego kolorytu.

Politycy nie ponoszą odpowiedzialności za wandalizm głoszonej przez nich „dobrej zmiany”. Przemoc i nienawiść są zamiennie artykułowane za pomocą gestów i usprawiedliwione w imię niewidzialnego Boga. Dzięki metodom biometrycznego i demograficznego śledzenia danych osobowych rozwija się nadzór oparty na technologii. Kasta i religia są ostatecznie wykorzystywane jako banki głosujące.

 

EJ: Brzmi to jak terroryzowanie własnych obywateli przez państwo.

MS: Pamiętam taką sytuację podczas przyjęcia, w której wspomniałam, że jeśli pewien polityk zostanie wybrany, to go osobiście zabiję. Zostałam ostrzeżona, aby nie mówić takich rzeczy publicznie, jednak kiedy nie możesz okazać sprzeciwu na godzenie w podstawowe ludzkie prawa, to wówczas radykalnie przesuwana jest granica tego, co dopuszczalne.  W takich sytuacjach z artystki mogłabym stać się morderczynią czy terrorystką w obronie podstawowych praw jednostki. Chcę przez to powiedzieć, że terroryzm jest odwetem wobec większych nacisków politycznych i uciskających mocarstw, z którymi może zmierzyć się jednostka lub wspólnota. Nie zostaje się terrorystą bez powodu. Z pobudek wielu wynika, że w wyniku makabrycznego ucisku społecznego. Im bardziej ktoś jest ograniczony i źle traktowany, tym większa jest siła wybuchu. Wyhodowany przez ten sam rząd terroryzm stoi na drugim krańcu społecznej hierarchii, czekając na odpowiedni moment, aby zganić władzę.

 

EJ: Ostatnie pytanie kieruję do kuratorki wystawy. Dotyczy ono współpracy z artystami o międzynarodowym uznaniu. Popularyzowałaś w Polsce akcjonizm wiedeński, potem przybliżałaś polskiej publiczności kontekst sztuki rumuńskiej oraz współczesną sztukę turecką (we współpracy z Reném Blockiem). Co wpływa na twoje kuratorskie wybory i czy one w jakiś określony sposób ewoluują?

MARTA SMOLIŃSKA: Jako kuratorka pewne decyzje podejmuję spontanicznie, w relacji do momentu, w którym coś mnie zajmuje. Z Mithu połączyły mnie motywy włosów oraz nieczytelności, które stały się podstawą zorganizowanych przeze mnie dwóch wystaw tematycznych. Zainteresowała mnie także jej radykalność w przechodzeniu pomiędzy różnymi mediami oraz polityczność jej sztuki. Sztuka turecka, którą się zajmowałam, również była bardzo polityczna. Interesuje mnie sztuka, której przekaz jest zintegrowany z medium, a u Mithu to jest bardzo ważne. Ona jest spójna i mocna jako osobowość.

Trudno mi natomiast powiedzieć, że świadomie rysuję swoją ścieżkę kuratorską w relacji do moich wyborów. Myślę jednak, że ona sama się rysuje, a moja podświadomość działa w sposób sprawiający, że moje wybory nie są przypadkowe. To chociażby, że Mithu rysuje krwią, bliskie jest akcjonizmowi wiedeńskiemu. To, że opowiada się za wolnością czy operuje fragmentami ciała, łączy ją zarówno ze sztuką turecką, jak i rumuńską. Są pewne aspekty, które to wszystko łączą. Ale również lubię po prostu artystów, z którymi przebywanie sprawia mi przyjemność. To jest taki egoistyczny aspekt pracy kuratorskiej. Nie zapraszam artystów, których uważam za świetnych, ale wiem, że są problemowi we współpracy. Bycie z taką osobą jak Mithu, która jest ekspresyjna, nieprzewidywalna, żywiołowa, a jednocześnie całkowicie godna zaufania, to prawdziwa przyjemność. Wspólna praca nad wystawą była przyjemnością opartą na zaufaniu.

 

EJ: Dziękuję za rozmowę.

Na koniec naszej rozmowy Mithu Sen performowała wypowiedź w wymyślonym przez siebie niejęzyku, czym wprawiła publiczność w osłupienie, konsternację – i zabawny nastrój, który rozładował napięcie związane z pewnym wysiłkiem skupienia uwagi w rekordowo upalny dzień lata w Poznaniu.

 

Mithu Sen – artystka urodzona w Bengalu Zachodnim. Uzyskała tytuł licencjata i magistra w zakresie malarstwa u Kala Bhavan w Santiniketan, a następnie ukończyła studia podyplomowe w Glasgow School of Art w Wielkiej Brytanii. Laureatka prestiżowej nagrody Charles Wallace India Trust Award 2000/2001. Pełna entuzjazmu podróżniczka. Wiele jej prac powstało pod wpływem podróży i gromadzonych w ich trakcie doświadczeń. Jedna z najbardziej uznanych współczesnych artystek hinduskich. Mieszka i pracuje w Nowym Delhi.

Marta Smolińska, kuratorka, krytyczka sztuki, profesorka na Uniwersytecie Artystycznym w Poznaniu, autorka książek oraz licznych artykułów o sztuce nowoczesnej i współczesnej. Jej najnowsze zainteresowania badawcze dotyczą przewartościowania hierarchii zmysłów w recepcji sztuki, a w szczególności zjawiska haptyczności w sztuce. Koncentruje się na przekraczaniu wizualności i pytaniach o materię sztuki oraz strategiach jej odbioru.

 

CZYTAJ TAKŻE: Długie postscriptum do końca świata. Relacja z Obozu dla Klimatu w Świętnem

CZYTAJ TAKŻE: Darcie szat o Poznań: między feministycznym etosem a patosem zachowawczym

CZYTAJ TAKŻE: Nocne motyle bez wieści na wystawie „Lochy Arsenału”