fot. Mariusz Forecki

Muradyny, żandary, siwki… – zwyczaje (nie)znane

W drugi dzień Świąt Wielkanocnych odbywają się w Wielkopolsce kolorowe i nieco tajemnicze pochody maszkar-stworów w maskach. Każda z tych postaci wyobraża figurę zwierzęcia lub człowieka, a czasami kogoś niepojętego, nierealnego i trudnego do nazwania.

Wśród tych indywiduów można rozpoznać niedźwiedzia w stroju wykonanym ze słomy lub starego kożucha, którego prowadzi strażnik o równie tajemniczym obliczu, dalej mamy babę i dziada w mocno przerysowanych charakteryzacjach oraz kominiarza, który murzy. Do tej zgrai nie do końca ludzkich stworów dołączają czasami inne, nierzeczywiste: siwek, konik, żandar. W niektórych pochodach maszkar pojawiają się jeszcze bardziej zaskakujące postacie, znane z telewizora: Myszka Miki, Smerfy czy szturmowiec z filmu „Gwiezdne Wojny”.

BARWNE KOROWODY

Przedstawiony powyżej zarys trzech wielkopolskich zwyczajów: muradyn, żandarów i siwków jest oczywiście mocno skrócony. Każdy ze wspomnianych pochodów to wielość symboli, postaci, zachowań, kolorów i dźwięków, ale łączy je wspólny termin, w którym się odbywają – Poniedziałek Wielkanocny.

Pierwszy ze wspomnianych zwyczajów – muradyny – ma miejsce w Walkowicach koło Czarnkowa. Co roku przez wieś idzie grupa przebierańców: miśki (nazywane czasami chochołami) zrobione ze słomy; dalej poganiacze/strażnicy tych „zwierząt”; dziad i baba; siwek (pół koń, pół człowiek) oraz osoby murzące. Towarzyszy im akordeonista. Odwiedzają poszczególne domostwa, sklep, zaczepiają mijających przechodniów. Składają życzenia, za co w zamian dostają podarunki: jedzenie, napitki, pieniądze. Nade wszystko jednak – murzą, czyli smarują specjalną mazią przygotowaną z sadzy. Na szczęście.

Poszczególne kostiumy wykonywane są już kilka tygodni wcześniej. Dla przykładu: żeby powstał strój miśka trzeba przez cały dzień kręcić słomę. Tworzone są w ten sposób długie, kilkumetrowe, grube sznury, którymi owija się osobę grająca tę postać.

 

Sama nazwa zwyczaju pochodzi od słowa murzyć, czyli brudzić, które dziś powoli odchodzi do przeszłości, ale kiedyś było powszechne (np. umorusany).

Muradyny w Walkowicach pod Czarnkowem. Fot. Mariusz Forecki.

Podobne w formie, ale chyba bardziej znane są żandary. Odbywają się w tym samym czasie na poznańskiej Ławicy. Tutaj też mamy przebierańców: miśka (nieco inaczej odzianego); strażnika; dziada i babę, i murzącego kominiarza. Pewną odmianą jest ksiądz oraz żandar (nazywany też żandarmem). Ta ostatnia figura, od której wzięła się nazwa, jest najważniejsza. To ona dogląda całej grupy, pilnuje porządku, prowadzi ją po uliczkach osiedla. Tak jak w Walkowicach, tak i tutaj przebierańcy chodzą od domu do domu, ze swoistą kolędą, prosząc o datki. Pomiędzy wizytami zaczepiają przechodniów, szczególnie młode dziewczyny, murząc albo dla odmiany bijąc małymi bacikami.

Ostatnim z wymienionych w tytule zwyczajów są siwki. Odbywają się one w 31 miejscowościach na zachód od Poznania. A przynajmniej było tak w ciągu ostatnich 5 lat.

 

Najważniejszą postacią, od której wzięła się nazwa, są siwki. W Chorzeminie koło Wolsztyna jest to pół koń, pół człowiek (nieco podobny do krakowskiego lajkonika).

Muradyny w Walkowicach pod Czarnkowem. Fot. Mariusz Forecki.

Tworzy się go, nakładając na aktora dwa sita (rzeszota). Jedno od przodu, drugie na plecy. To pierwsze ma doprawioną niewielką drewnianą główkę konia, to drugie ogon. Na sita nakłada się białe prześcieradło. W końcu jest to siwek, czyli siwy lub biały koń. Wraz nim idą miśki, strażnicy, dziad i baba, kominiarz, listonosz oraz wiele innych postaci. Ostatnimi czasy pojawiły się nowe figury wzięte z popkultury. Możemy zobaczyć Myszkę Miki, Smurfy, znanych polityków, piłkarzy, szturmowców z „Gwiezdnych Wojen”. W Chorzeminie przebierańcy w zasadzie już nie chodzą po domach. Idą przez całą miejscowość w otoczeniu widzów. Ci zaś to nie tylko mieszkańcy wsi, ale przede wszystkim przyjeżdżający na tę okazję z okolic, a nawet z zagranicy. Po drodze siwki smagają obserwatorów bacikami, a kominiarze murzą – wszystko na szczęście.

PARATEATRALNE WIDOWISKA

Muradyny w Walkowicach pod Czarnkowem. Fot. Mariusz Forecki.

Warto w tym miejscu określić, czym są muradyny, żandary oraz siwki. To przede wszystkim widowiska parateatralne wywodzące się z tradycyjnej kultury ludowej. Mają bowiem swój scenariusz, scenografię, choreografię, kostiumy, audiosferę oraz nade wszystko określone role odgrywane przez aktorów amatorów. I tak jak w większości zjawisk związanych z folklorem tradycyjnym, tak i tu scenariusz, choreografię, kostiumy można modyfikować w zależności od sytuacji, potrzeby chwili. Największą zmienną są aktorzy, niektórzy całymi latami grają swoje role, inni z kolei po jednym czy dwóch występach rezygnują.

Kolejnym ważnym ich desygnatem, odróżniającym to wszystko od „tradycyjnego teatru” jest silny związek z widzami. Nie ma tu rampy, która – jak w teatrze – rozdziela te dwie społeczności.

 

Tutaj aktorzy, a właściwie grane przez nich postacie, mocno wchodzą w interakcje z widzami, z którymi rozmawiają, tańczą oraz piją, ale i których biją, smagają czy murzą.

Muradyny w Walkowicach pod Czarnkowem. Fot. Mariusz Forecki.

Równie ważny do tej pory był fakt, że i aktorzy, i widzowie to osoby tworzące jedną lokalną wspólnotę. Dziś jednak siwki, a w mniejszym stopniu żandary i muradyny, ulegają transformacji. Wśród widzów jest coraz więcej przyjezdnych, niewtajemniczonych obserwatorów. Dla części aktorów zaś udział w nich to zabawa, wygłup, event, po prostu karnawał, czyli „inscenizacja teatru przeciwieństw”. Karnawalizacja, bo tak nazywa się ten proces „uzabawiania” zjawisk kulturowych, jest charakterystyczny dla naszych czasów. Ważne, by w jego toku udało się ocalić jak najwięcej tradycyjnych motywów i zachowań.

ŻYWA TRADYCJA

Muradyny w Walkowicach pod Czarnkowem. Fot. Mariusz Forecki.

W 2018 roku, w Poniedziałek Wielkanocny, grupa wielkopolskich etnologów i fotografów w trzech wymienionych miejscach, a więc w Walkowicach, na Ławicy i w Chorzeminie, dokumentowała, czyli rozmawiała z aktorami i widzami, filmowała, fotografowała te ciekawe zwyczaje. W pracach tych współuczestniczyły: Muzeum Narodowe Rolnictwa w Szreniawie (MNR); Instytut Etnologii i Antropologii Kulturowej Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu (UAM); Skansen Budownictwa Ludowego Zachodniej Wielkopolski w Wolsztynie oraz niezależni fotograficy.

Ich efektem jest wydana na początku tego roku książka „Muradyny, żandary, siwki – żywa tradycja w Wielkopolsce” pod redakcją Arkadiusza Jełowickiego (MNR). Teksty do publikacji napisali: dr hab. prof. UAM Anna Weronika Brzezińska, prof. Waldemar Kuligowski, Karolina Dziubata, Marta Machowska i Lia Dostlieva (wszyscy z UAM), Małgorzata Sawicka (MNR), Sylwia Geelhaar. Autorami zdjęć są Anna Barłóg-Mitmańska, Aleksandra Dzik oraz Mariusz Forecki. Mecenasami badań i wydawnictwa było Muzeum w Szreniawie, Wielkopolski Samorząd Wojewódzki oraz Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

ARKADIUSZ JEŁOWICKI – doktor etnologii, absolwent podyplomowych studiów muzealniczych na Uniwersytecie im. Mikołaja Kopernika w Toruniu, kustosz w Muzeum Narodowym Rolnictwa i Przemysłu Rolno-Spożywczego w Szreniawie, członek Polskiego Towarzystwa Ludoznawczego. Badacz terenowy, badacz dziedzictwa kulturowego wsi polskiej oraz kolekcji etnograficznych w Polsce. Komisarz wielu wystaw muzealnych poświęconych folklorowi Polski i Ukrainy. Autor dokumentacji historyczno-architektonicznych dotyczących wsi wielkopolskich, kujawskich, pomorskich i mazurskich.

ZOBACZ TAKŻE: Bery w Kamionnej i muradyny w Walkowicach pod Czarnkowem

CZYTAJ TAKŻE: Obrazy ukrzyżowania

CZYTAJ TAKŻE: Ab ovo, czyli zaczynajmy od jajka