fot. Wojciech Hildebrandt

Obrazy ukrzyżowania

Obraz Chrystusa ukrzyżowanego to najważniejsza ikona chrześcijaństwa. Widok przepełnionego cierpieniem nagiego męskiego ciała, rozciągniętego na kształt krzyża, towarzyszy nam wszędzie. Figura Jezusa wisi w domach i urzędach. Wieńczy kościelne ołtarze i groby, stoi na rozstajach dróg. Wierni noszą go na szyi. Nawet luteranie, po wyrzuceniu obrazów ze świątyń, pozostawili krucyfiks na ołtarzu.

Nie od razu tak było. Już w czasach przedchrześcijańskich znak krzyża oznaczał strony świata i był symbolem solarnym w Azji. Pierwsi chrześcijanie nie widzieli potrzeby umieszczania wizerunku Chrystusa na krzyżu. Sam krzyż był już wtedy świętym znakiem odkupienia i zasłużenie zajmował główne miejsce w symbolice chrześcijańskiej.

Jednak wyznawcy Jezusa w obawie przed prześladowaniami używali różnych znaków, m.in. kotwicy, trójzębu, monogramu Jezusa i ryby. Dopiero w trzecim wieku po Chrystusie jawnie zaczęto przedstawiać znak krzyża. Samego krzyża. Najwcześniejsze wizerunki postaci na krzyżu pochodzą z Bliskiego Wschodu, z II wieku naszej ery. To pojedyncze, małe gemmy. Z V wieku pochodzi ukrzyżowana postać umieszczona na drewnianych drzwiach kościoła św. Sabiny w Rzymie.

 

Czasem na połączeniu ramion krzyża ukazywano Baranka Bożego, rękę Jezusa lub jego popiersie.

Później na krzyżu pojawiła się postać ubrana w długą tunikę, która przybrała potem formę zasłony od pasa w dół. Na chwilę przed renesansem, po wiekach wstydliwego ukrywania ciała, artyści ukazali Chrystusa w akcie, prawie nagiego, z lichym kawałkiem tkaniny wokół bioder.

Począwszy od Giotta, czynili to coraz bardziej realistycznie i prawdziwie, aż po przerażające, przerysowane jak w horrorze, wizerunki Matthiasa Grünewalda. Wizerunki te bywały fascynujące w swoim zawieszeniu między życiem a śmiercią, pełne skrajnych emocji. Z indywidualnym wyrazem twarzy, w zastygłym grymasie lub nieobecne, jakby zunifikowane. Niektóre w dziwnym ruchu skręconej i opadającej sylwetki, inne prawie lewitujące ku niebu. Podobizny Chrystusa na krzyżu od setek lat nieustannie inspirowały wybitnych artystów i dawały zajęcie zwykłym wyrobnikom sztuki.

Mogą być maleńkie i olbrzymie, ze złota, z kości słoniowej, alabastru i marmuru, metalowe i plastikowe. Prymitywne i produkowane byle jak, od sztancy, oraz rzeźbione i malowane przez genialnych artystów. Wizerunki Ukrzyżowanego zdają się być nieśmiertelne w wielkich katedrach i muzeach, a te zwykłe, codzienne umierają wraz z rozpadem tworzącej je materii. Te pierwsze są przedmiotem nieustającego kultu i adoracji, podczas gdy te drugie lądują w śmietnikach. Od lat, jeżdżąc po świecie, fotografuję przedstawienia postaci Jezusa na krzyżu. Opowiem o kilku wyjątkowych.

SZALONA PERSPEKTYWA

Andrea del Castagno, „Trójca Święta ze św. Hieronimem, św. Pauliną i św. Eustochią”. Źródło: Wikipedia.

We florenckim kościele Zwiastowania Najświętszej Maryi Panny (Santissima Annunziata) znajduje się dziwny fresk autorstwa Andrei del Castagno. Na dole wydłużonego prostokąta, zakończonego u góry łukiem, namalowano grupę trzech świętych spoglądających w górę. Tylko te postacie malarz naszkicował na pobielonej ścianie. Wyżej, już bez szkicu, znajduje się przedstawienie Trójcy Świętej. Bóg Ojciec, siwy i brodaty, w czerwonym płaszczu, rozpościera ręce wzdłuż poziomej belki krzyża. Na krzyżu wisi rozpostarty, płomiennie rudy Syn Boży z aureolą niczym płaski talerz. Między nimi unosi się Duch Święty pod postacią gołębicy.

 

Nie byłoby w tym obrazie nic dziwnego, gdyby nie to, że cała ta grupa ukazana jest w locie ku nam, niebezpiecznie blisko głowy jednego ze świętych. Spoglądamy na te postacie w niebywałym w sztuce skrócie od góry. Widzimy przybitego do krzyża Jezusa, prawie poziomo, od strony głowy.

W dramatycznym skrócie perspektywicznym malarz namalował muskularny tors, potem białą płócienną opaskę na biodrach i dalej… już nic. Wygląda to tak, jakby się przestraszył, że nogi całkiem schowały się w takim widoku i na koniec, dla niepoznaki, machnął dwa „przeświecające” na wylot rachityczne serafinki, które czerwonymi ciałkami zasłaniają niedorobioną w perspektywie końcówkę postaci Jezusa. Jednak stopa, wyrastająca prosto z bioder daje się dostrzec pod aniołkiem. Trochę zabrakło odwagi albo zamawiający nie dorósł do tej rewolucyjnej perspektywy. Urocze to i naiwne.

Dopiero po chwili można dostrzec piękny, pełen miłości ojcowski gest. Bóg Ojciec unosi Syna, w locie na krzyżu, delikatnie podtrzymując go swoimi palcami wsuniętymi pod przybite dłonie Jezusa. Jego palce zanurzają się wewnątrz zaciskających się w bolesnym skurczu dłoni Ukrzyżowanego.

LOT W KOSMOS

Salvador Dali „Ukrzyżowanie”. Fot. Wojciech Hildebrandt.

Nie wiem, czy świadomie, czy nie, ale 500 lat później Salvador Dali namalował ukrzyżowanie w takiej samej perspektywie. I tym razem artysta poszedł na całość. Obraz można oglądać w Glasgow. To przedstawienie wizji św. Jana od Krzyża. Jak napisał malarz:

„Po pierwsze, w 1950 roku miałem «kosmiczny sen», w którym widziałem ten obraz jako kolorowy i w moim śnie wyobrażał on «jądro atomu». To jądro otrzymało później znaczenie metafizyczne, postrzegałem w nim «jedność wszechświata» Chrystusa. Po drugie, podążając za wskazówkami karmelity, ojca Bruno, zobaczyłem Chrystusa narysowanego przez świętego Jana od Krzyża, skonstruowałem geometrycznie trójkąt i koło, «estetyczne résumé» wszystkich moich wcześniejszych doświadczeń, i umieściłem mojego Chrystusa w tym trójkącie”.

I tym razem artysta nie przestraszył się perspektywy, wręcz przeciwnie, jeszcze ją zdynamizował ostrym, bocznym światłem, rozcinającym ciemność tła. Wrażenie głębi potęguje namalowany na dole iluzjonistyczny pejzaż z łodzią na jeziorze, dwoma tajemniczymi postaciami i górami w tle. To piękny, „postawiony na głowie” obraz z prawdziwie mistycznym przesłaniem.

ROWEROWA PROTEZA

Fot. Wojciech Hildebrandt.

W małym miasteczku w Sudetach dogorywały powoli święte figury, rozsypywały się zaniedbane kapliczki przydrożne. Pobożni przesiedleńcy z polskich kresów nie pokochali tych poniemieckich pamiątek – jakby nasz kochany Pan Bóg był kimś zupełnie innym niż ich Gott. Po sześćdziesięciu paru latach od przybycia tutaj – kilka pokoleń później stał się cud. Ludzie wyszli z domów i zaopiekowali się zapomnianymi świątkami.

W niedzielę na kazaniu ksiądz kazał. A staremu, zardzewiałemu, żeliwnemu Chrystusowi dawno już odpadła ręka. Wszystko dało się naprawić, rurka od roweru zastąpiła utraconą kończynę, a trochę farby srebrzanki przywróciło dawny blask postaci Jezusa. I jest pięknie. Gott mit uns, czyli Bóg jest z nami.

TRZĘSIENIE ZIEMI

We Włoszech widziałem tysiące wizerunków Jezusa na krzyżu, ale żaden nie wzruszył mnie tak, jak ten skromny wizerunek z zapomnianego przez turystów i pielgrzymów małego klasztoru w Umbrii.

Bo kto słyszał o świętym Eutizio? To, że jest to jeden z najstarszych na świecie klasztorów (powstał w V wieku), że mieszkali tu św. Benedykt i św. Franciszek, mało kogo obchodzi. Do autostrady daleko, więc komu chciałoby się zjeżdżać z trasy, żeby go zobaczyć?

 

Obraz wycięty w kształcie krzyża, o czterech trójlistnych ramionach, namalował w drugiej połowie XV wieku sieneński artysta, Nicola d’Ulisse.

Obraz Chrystusa ukrzyżowanego autorstwa Nicola d’Ulisse. Fot. Wojciech Hildebrandt.

W gotyckiej jeszcze manierze, nie bez pewnej dozy realizmu. Obraz pociemniały ze starości wisiał nad kamiennym sarkofagiem św. Eutizio. Do czasu. W październiku 2016 roku przysypały go gruzy walącego się po trzęsieniu ziemi kościoła. Roztrzaskał się na wiele kawałków. Zobaczyłem go złożonego z ocalałych fragmentów w kaleką całość, w podziemiach sieneńskiej katedry. Chrystus na nim przedstawiony umierał dwa razy.

 

CZYTAJ TAKŻE: Cyryl Ratajski – wzorzec prezydenta

CZYTAJ TAKŻE: Piłsudski w Kaliszu

CZYTAJ TAKŻE: Opowieść rysownika. Wystawa prac Bohdana Cieślaka