fot. Marta Baszewska (fotoedycja)

Muzyka bezcenna w Wielkopolsce #14

„Muzyka bezcenna w Wielkopolsce” to rekomendacje albumów z naszego regionu, których autorzy umożliwiają ich bezpłatne pobranie. W tym odcinku Bajzel, Final Sacrifice i Groberska.

BAJZEL
„Bajzel For Anglophones”, 2014, wydanie własne

Przesłuchując kolejne albumy z myślą o „Muzyce bezcennej”, coraz trudniej sprawdzać mi wyłącznie nowości – lista płyt godnych uwagi, a wydanych w naszym regionie kilka lat temu, zdaje się raczej wydłużać niż kurczyć. Na szczycie tego wciąż aktualizowanego zestawienia znajduje się „Bajzel For Anglophones” autorstwa faceta, który choć z zasady zwykle stoi w cieniu, to jego twórczości zawsze towarzyszy jakiś przedziwny i trudny do zdefiniowania blask. O dziwo, nierzadko również ten medialny.

Uważam, że Bajzel potrafi błysnąć nie tylko dlatego, że jego piosenki są synonimem alternatywnego indie – tak popularnego w Polsce gatunku, w który celuje chyba najwięcej zespołów w tym kraju. Najważniejsze, że ten „niespokojny, artystyczny duch, który sam komponuje, pisze teksty i nagrywa wszystkie dźwięki” nigdy nie zboczył ze swojej własnej, tylko jemu pisanej drogi.

 

A skoro już o zespołach mowa, to Bajzel – bliski współpracownik m.in. Kasi Nosowskiej, Tymona Tymańskiego i Jacka „Budynia” Szymkiewicza – nigdy ich nie potrzebował, bo sam zapętla, co tylko się da: swoje wokale, perkusję, linie basu, gitarowe riffy.

Bandem jest sobie sam, a na dodatek ma charyzmę. Pokazał to na debiutanckim „Bajzlu” z 2007 roku, dowiódł tego i na późniejszych krążkach – choćby „Miłośnij”, „Mała Wulgaria” czy „amOK album”. Przed ostatnim z wymienionych popełnił właśnie „Bajzel For Anglophones” – materiał towarzyszący mu podczas występu na słynnym festiwalu SXSW w amerykańskim Austin. Z technicznego punktu widzenia to płyta zmajstrowana na typowo brytyjską, choć wcale nienużącą nutę, stylistycznie zaś ulokowana pomiędzy aurą The Beatles a charakterem Oasis i to na tyle, by Bajzla spokojnie móc określić polskim Beckiem Hansenem. Miodne granie!

FINAL SACRIFICE
„Follow”, 2013, wydanie własne

Metalcore w Wielkopolsce zawsze miał się dobrze. Jednak lokalnych naśladowców Bullet For My Valentine, As I Lay Dying czy Killswitch Engage, do których naprawdę chce się wracać, zliczymy na palcach jednej, no, może obu rąk. Wśród nich na pewno znajduje się zespół Final Sacrifice, o którym chyba trochę zbyt szybko zrobiło się cicho.

 

Poznańscy krzykacze spiknęli się już w 2007 roku, jednak o faktycznej działalności kapeli można było mówić dopiero trzy lata później, kiedy wykrystalizował się jej ostateczny skład i brzmienie, od początku niosące ją daleko poza lokalny grajdołek.

Debiutancki minialbum grupy pod tytułem „Aspirations & Endeavours” (2011), pełen technicznych „wkrętek” i melodyjnej „surowizny”, zapewnił zespołowi udane występy na niemieckich i czeskich scenach, u boku takich tuzów jak For The Fallen Dreams, Showbread, No Bragging Rights, Dream On Dreamer, My Autumn czy Hate.

Rok później panowie grali już w całej Europie, choćby w ramach trasy z wariatami z czeskiego Momma Knows Best, obejmującej m.in. Słowację, Węgry i Rumunię. Kiedy już z niej wrócili, od razu pobiegli do studia, jesienią 2013 roku wydając na świat nie mniej rozwścieczonego bachora o wdzięcznym imieniu „Follow”. Z drugim i jak dotąd ostatnim materiałem Final Sacrifice, pełnym śmiercionośnego growlingu i bezlitosnych blastów, dziką radochę mogą mieć nie tylko miłośnicy innych reprezentantów naszej metalcore’owej sceny, w rodzaju Before A Burning Earth (Poznań), Soundfear (Kalisz) czy Suicide Seed (Leszno), ale również zupełne naturszczyki, dla których metalowy świat kończył się dotąd na „Nothing Else Matters” Metalliki.

Pamiętajcie, że mimo wszechobecnego ciężaru „Follow”, a czasem nawet i trudnej do zdzierżenia brawury, dźwiękowy terror ekipy Mikołaja Szymkowiaka to jednak kontrolowana jazda po bandzie, w której nie ma miejsca na błąd ani tym bardziej dachowanie. Wsiadacie?

GROBERSKA
„Fake Stars” EP, 2015, wydanie własne

Czy z chorobliwej miłości do nieodżałowanego Jamesa Deana może wyniknąć coś dobrego? Tak, o ile tylko jego fanatyczka jest utalentowaną dziewczyną z głową pełną pomysłów. Cztery lata temu dwudziestokilkuletnia Dominika Groberska – była dziennikarka Radia Afera, mająca na koncie koncerty z takimi postaciami jak Skubas, Anneke van Giersbergen czy Selah Sue – podzieliła się z nami prześliczną, czteroczęściową EP-ką, idealną do zapętlenia w ciepły, letni wieczór.

 

Trzeba przyznać, że poznanianka brzmi na niej jak duchowa siostra Jeffa Buckleya, do którego – jak sama podkreśla – ma wcale nie mniejszą słabość.

Pamiętacie jego „Grace”, „Forget Her” albo „Lover, You Should’ve Come Over”? „Fake Stars” jest muzycznym rezultatem podobnej wrażliwości, tej samej gorzko-słodkiej zadumy.

„W konwulsjach myśli tracisz samoświadomość, pragniesz szybkiego końca każdego dnia / pędzisz, sam nie wiesz po co i dla kogo, tyle chwil umyka między palcami” – śpiewa Groberska w „W wodnej rozkoszy”, a my mamy ochotę zanurzyć się w tym alt-folkowym, czysto singer-songwriterskim Weltschmerzu razem z nią.

Musicie wiedzieć, że ten niepoprawny wrażliwiec robi całkiem niezły użytek nie tylko z długopisu, kartki papieru i akustycznej gitary, ale również ze swojego głosu, urzekającego zwłaszcza w wyższych rejestrach, których po otwierającym „Real Heart” wypatruje się w każdym kolejnym utworze. I choć na „Fake Stars” nie ma ich wiele, to na zachód słońca z pewnością wystarczy. Czasem więcej nie trzeba...

 

CZYTAJ TAKŻE: Turbo: Do białej kości, do ostatniej krwi

CZYTAJ TAKŻE: Iść do przodu i nic za sobą nie gubić. Rozmowa z Michałem Obrębskim

CZYTAJ TAKŻE: Nowa stara Prowincja Poznańska