fot. materiały archiwalne

Turbo: Do białej kości, do ostatniej krwi

Jedna z najważniejszych kapel na polskiej scenie heavy metalu wreszcie doczekała się biografii, która z pewnością spodoba się zarówno oddanym fanom poznańskiego zespołu, jak i jego krytykom. „Zetrzyj krew i graj dalej. Historia zespołu Turbo” autorstwa Filipa Bogaczyka na szczęście nie okazała się laurką bezrefleksyjnego wyznawcy.

Metallica skończyła się na „Kill 'Em All”, a stary, polski heavy metal to Kat. I tylko Kat. Kropka. Jak wiele razy, przez te wszystkie lata, tego rodzaju nierozsądne stwierdzenia padały przy piwku w podziemnych rockowych klubach czy wyskakiwały na internetowych forach dla ortodoksów, zwykle z dość zaburzoną oceną przeszłości. Niektórzy słuchacze chcą, by dzieje ich ulubionych gatunków przypominały tani komiks, w którym dzielny, samotny superbohater rozstawia po kątach innowierców, a reszta (w tym przypadku metalowej) braci w gruncie rzeczy nie ma specjalnego znaczenia.

Jaki był rzeczywisty wpływ grupy Turbo na polską muzykę metalową? Czy Turbo było tylko gwiazdą jednego przeboju? I jak to możliwe, że część otacza zespół kultem, a część umniejsza ich zasługi, wymownie wskazując palcem na płyty formacji Romana Kostrzewskiego?

Na te pytania nie ma jednej odpowiedzi. Pewne jest, że Turbo to zespół, który pod górkę miał czasem na własne życzenie.

PIEPRZ I CUKIER

Turbo powstało w samym sercu Wielkopolski, na samym początku lat 80. Rok po wspomnianym Kacie i rok przed gigantami zza oceanu: Metallicą, Anthraxem, Slayerem, Panterą. Dorobek? Przepastna dyskografia i prawie cztery dekady na scenie, na której zespół zagrał setki udanych koncertów.

Filip Bogaczyk, „Zetrzyj krew i graj dalej. Historia zespołu Turbo”, wydawnictwo KAGRA, czerwiec 2019

Co działo się w międzyczasie? Jak pisze Filip Bogaczyk, autor niedawno wydanej biografii „Zetrzyj krew i graj dalej. Historia zespołu Turbo”, cała „masa wzlotów i upadków, niewykorzystanych szans, zaprzepaszczonych okazji”. Można też dodać, że częste, wręcz ustawiczne roszady w składzie, personalne konflikty, nierzadko brak muzycznej chemii i odpowiedzi na fundamentalne pytanie o dalszy kierunek kariery.

 

Dziennikarz słusznie uwypukla wielki paradoks „Dorosłych dzieci” – piosenki, którą znamy wszyscy, która porywała tłumy, lecz która koniec końców okazała się niemal gwoździem do trumny załogi wokalisty Grzegorza Kupczyka i gitarzysty Wojciecha Hoffmanna.

Nie ma wątpliwości, że to ona jest największym symbolem historii Turbo. Tym samym stanowi również punkt wyjścia w książce Bogaczyka – od niej się rozpoczyna i to ona pojawia się najczęściej na jej kolejnych stronach. Jednak czy to oznacza, że gdyby nie „Dorosłe dzieci”, to o Turbo nie byłoby czego pisać? Wręcz przeciwnie, wystarczy przynajmniej na 528 stron.

Debiutancki album Turbo, właśnie pod tytułem „Dorosłe dzieci”, ukazał się w 1983 roku. Charakterna mieszanka chwytliwego hard rocka i ostrego jak brzytwa heavy metalu w stylu Brytyjczyków z Iron Maiden zrobiła swoje – polska metalowa brać zakochała się w niej bez pamięci, choć nie da się ukryć, że tajemnym składnikiem, który miał największy wpływ na rosnącą popularność grupy, wcale nie był pieprz cayenne, lecz najzwyklejszy cukier. To tytułowa ballada uczyniła z Turbo gigantów – na radiowych listach przebojów i na coraz większych scenach.

Szał związany z przebojem był na tyle duży, że wkrótce jego tytuł zaczął przysłaniać nawet nazwę kapeli.

 

„Na każdym koncercie muzycy muszą bisować «Dorosłymi dziećmi», a najlepiej jakby i nimi zaczynali. Na każdej płycie musi być choć jedna przeklęta ballada, którą natychmiast wszyscy będą przyrównywać do «Dorosłych dzieci». Kupczyk i Hoffmann już tym «rzygają» […]” – czytamy w biografii.

Szalenie znaczące jest to, co stało się później…

NAIWNE MARZENIA DOROSŁYCH DZIECI

Drugi krążek Turbo „Smak ciszy” był kwintesencją zachowawczego grania, jakimś chaotycznym poszukiwaniem „Dorosłych dzieci 2.0”. Trzecia płyta „Kawaleria szatana” to znów heavy metalowa jazda bez trzymanki, skądinąd wyjątkowo udana. Z kolei na czwartym „Ostatnim wojowniku” nastąpił kolejny zwrot, tym razem w stronę thrash metalu.

Kolejne materiały, na których policzenie nie starczyłoby nam palców obu rąk, również przynosiły zmiany. Personalne, stylistyczne, nie mówiąc o fluktuacjach w kruchej materii, którą jest „popularność” – słowo klucz pojawiające się chyba w każdej dyskusji na temat Turbo. Grupy, w której – jak trafnie ocenia to jeden z fanów kapeli na RateYourMusic.com – „zawsze było różnie”.

Filip Bogaczyk, przy całej swojej miłości do zespołu, nie ustawia się w pozycji maniakalnego „fanboya”. Spisując burzliwe dzieje metalowego potwora, nie burzy  pomnika, a jednocześnie wciąż poszukuje prawdy. Oddając głos samym zainteresowanym, dziesiątkom osób, które przewinęły się przez kapelę, zestawiając opinie, prezentując własne spostrzeżenia, zawsze będąc w tym przytomnym i rzetelnym.

Nad „Historią zespołu Turbo” – pozycją okazałą, a jednak przystępną, dodatkowo okraszoną mnóstwem fotograficznych archiwaliów – dziennikarz pracował aż pięć lat, od 2014 roku, kiedy odbył pierwszą z szeregu rozmów z Hoffmannem. Kiedy muzyk zabrał się za lekturę gotowej już książki, przyznał, że czytał ją z wypiekami na twarzy i że często będzie do niej wracać. A przecież w „Zetrzyj krew i graj dalej” czytamy nawet, że

 

„Turbo nigdy nie było gigantem polskiej sceny. Mieli swoje momenty, ale wielcy byli co najwyżej w naiwnych marzeniach jego członków. Ich kariera ma więcej wspólnego z nieudacznikami z Anvil niż, powiedzmy, Iron Maiden, których to mieli być peerelowskim odpowiednikiem”.

Ta biografia może niejednego wprawić w szok – nie z powodu anegdot o igraszkach z groupies czy wspominek z alkoholowych maratonów na trasie, lecz dlatego, że naprawdę rzadko zdarza się, by krytycznie nastawiony autor cieszył się aż tak dużym zaufaniem osób, o których pisze. W świecie wszelkiego rodzaju retuszy – również w świecie literatury – to chyba bezcenna wartość.

 

Filip Bogaczyk, „Zetrzyj krew i graj dalej. Historia zespołu Turbo”, wydawnictwo KAGRA, czerwiec 2019

 

CZYTAJ TAKŻE: Iść do przodu i nic za sobą nie gubić. Rozmowa z Michałem Obrębskim

CZYTAJ TAKŻE: Nowa stara Prowincja Poznańska

CZYTAJ TAKŻE: Wszystkie Rzymy prowadzą do Meskaliny. Rozmowa z Benkiem Ejgierdem