fot. Marta Baszewska (fotoedycja)

Muzyka bezcenna w Wielkopolsce #18

„Muzyka bezcenna w Wielkopolsce” to rekomendacje albumów z naszego regionu, których autorzy umożliwiają ich bezpłatne pobranie. W tym odcinku: Bachorze, Her Side i Milmnóstwo.

BACHORZE
„Bartosz”, wydanie własne, 2014

Przedziwne i działające na wyobraźnię rzeczy dzieją się, kiedy siermiężny z natury saksofon barytonowy musi mierzyć się z równie charakternymi instrumentami. Do takiego wniosku dochodzimy, słuchając „Bartosza” tajemniczego poznańskiego projektu Bachorze. Oprócz Jerzego Biela tworzą go Paweł Doskocz, grający na elektrycznej gitarze w sposób równie jadowity co jego kompan na saksie, a także obsługujący syntezator modularny Maciej Maciągowski – spychający w otchłań cyfrowego przesteru zawarte na krążku kompozycje.

 

Dwadzieścia minut spędzonych przy płycie tego tria przypomina seans. Może spirytystyczny, a może filmowy, w stylu lat 20. i klimacie noir.

Na dobry początek zapoznajemy się z „Violettą Marianny Orańskiej” – niewiastą z natury niedostępną, przyprawiającą o dreszcze siarczystymi szumami, szmerami i zgrzytami. Z czasem jednak oferuje ona coś więcej niż tylko piwniczny dark ambient i drone. Bo kiedy do zatęchłego saloniku wlewa się frenetyczny dźwięk saksofonu i gdy jest go coraz więcej i więcej, działa to na słuchacza w przyjemnie masochistyczny sposób…

Drugi utwór przenosi nas na zewnątrz – do jednego z poznańskich parków, w którym gospodarzami są „Kaczki sołackie”. To istoty równie nieprzyjazne i niepasujące do idyllicznego obrazka, rodem z tanich pocztówek. Minimalistyczne otwarcie tej kompozycji nie zwiastuje jeszcze muzycznego dramatu, który rozegra się później, zwłaszcza przy udziale Biela i Doskocza.

Niepokój z wolna zmienia się w przerażenie, a „eksperymentalna improwizacja” w czystą, a może raczej oczyszczającą kakofonię, z której wyłapać możemy i bluesowego diabła, i industrialnego potwora. Warto dodać, że „Bartosz” to zaledwie rozgrzewka przed wydaną dwa lata później, wartą dłuższego polowania płytą „Okoły Gnębione Wiatrem”. Ale to już zupełnie inna historia…

HER SIDE
„Reflections”, Trzy Szóstki, 2019

Waszyngton/Olimpia, rok 1991. Punk rośnie w siłę, jednak słuchające go kobiety są coraz bardziej wkurzone. Seksizm przesiąka przez całą scenę, co skłania je do zorganizowania ruchu, który wkrótce stanie się ważną częścią nie tylko muzyki punkowej, ale i całego rocka. W tym miejscu trzeba podkreślić, że nurt riot grrrl, bo to o nim mowa, błogosławił nie kto inny jak Kurt Cobain, który – o czym zapewne nie każdy wie – był jednym z największych feministów ówczesnej muzyki gitarowej.

Do filozofii oraz stylu tego fascynującego podgatunku muzyki punkrockowej z dość dobrym skutkiem nawiązuje zespół Her Side, założony przez trzy wrażliwe poznanianki: gitarzystkę i wokalistkę Lubę Martemyanovą, perkusistkę Olę Wiśniewską oraz basistkę Paulinę Steklińską.

Jednak w przeciwieństwie do pierwszych „riot grrrls”, takich jak Bikini Kill, L7, Hole czy Babies In Toyland, dziewczyny uprawiają nie tylko garażowy grunge i female punk, ale również dreampop, przydający ich piosenkom lekkości i onirycznego czaru.

Otwierające „Body” to Sleater-Kinney pełną gębą, z kolei środkowe „Get More” to wczesna Nirvana, Tad i Mudhoney w całej swej okazałości (cudowne przeniesienie klimatu tamtych czasów!), zaś finalne „Outro” – wspomnienie krzykliwych Lunachicks. Jednak wplecione pomiędzy nie ballady „Angels”, „Sink In” i „Killing Me Softly” to już mieszanka najlepszych momentów The Cranberries, Mazzy Star i Warpaint.

 

Cudownie kojące są te utwory! Naprawdę, aż trudno uwierzyć, że pochodzą od młodziutkiego, nikomu (jeszcze!) nieznanego projektu ze stolicy Wielkopolski.

W tym miejscu trzeba podkreślić tu rolę Luby – gitarzystki, która jednak serce kradnie nam przede wszystkim swoim furiacko-porcelanowym głosem. „Reflections” Her Side to rewelacyjny krążek o dwóch, kontrastujących obliczach. Riot grrrl is not dead!

MILMNÓSTWO
„Uwolnij Chomika”, 16 Wersów, 2008

Hiphopowych klasyków z regionu mamy co niemiara. Jednym z nich powoli staje się niegdyś całkiem szeroko komentowany album „Uwolnij chomika” kaliskiego duetu Milmnóstwo. W końcu od pierwszej i jedynej wspólnej płyty Ceki i CNT minęło już ponad dwanaście lat. Jasne, to stosunkowo niewiele w porównaniu z „Prawdziwością dla gry” grunwaldzkiego Killaz Group czy „Zwykłą codziennością” jeżyckiego Slums Attack, ale Milmnóstwo brzmieli klasycznie nawet jak na 2007 rok.

Takiego hip-hopu nikt nie robił ani wtedy, ani dziś. Nawet jeśli w nowych kawałkach tego czy innego polskiego rapera słychać nie tylko sample na beacie, ale i żywe instrumenty, to w większości z nich próżno szukać oryginalnego, niespreparowanego ducha szeroko pojętego „oldskulu”. A Milmnóstwo mieli do niego rękę – to był projekt typowych piewców starej szkoły De La Soul, niestojących blisko typowej „ulicy”, ale raczej boiska do kosza i skateparku.

 

Już z genialnej okładki Alka „Lisa Kuli” Morawskiego można wyczytać, że ich jazda to nie żadna dzielnicowa „napinka”, ale przede wszystkim miejski luz.

Co ważne, oprócz ciekawych metafor i porównań, przechwałek i refleksyjnych „życiówek” dużym walorem ich płyty jest czasem ironiczny, a czasem rubaszny humor. Jego przykładem jest choćby „Pimp Maj Ess”: „To nie jest problem, że chcesz wyglądać jak te panny z okładki, co cały łój z tyłka ładują sobie w wargi / do tego styl życia oparty tu tylko na kaloriach, potem potrzebuję mapy, żeby znaleźć twoje biodra”.

Wzorem wielu, może nawet większości rapowych płyt, duży wpływ na ostateczny kształt krążka mają goście. Instrumentaliści Adam Gordon i Darek Koźlik, producenci Benncart i Feelantrop oraz raperzy Mielzky i Hom Gotti również wykonali kawał dobrej roboty, dzięki której „Uwolnij chomika” tętni życiem nawet po ponad dekadzie od premiery.

Jeśli zamiast Żabsona wolicie stare numery Thinkadelic, to materiał dla was!