fot. materiały prasowe

Muzyka bezcenna w Wielkopolsce #29

„Muzyka bezcenna w Wielkopolsce” to rekomendacje albumów z naszego regionu, których autorzy umożliwiają ich bezpłatne pobranie. W tym odcinku: Hubert Karmiński, Mendax i Mordor Bistro.

HUBERT KARMIŃSKI
Baśnie na nowo
Wielu Nagrania, 2020

 

 

Recenzji intrygujących płyt zrealizowanych w ramach projektu „Kultura w Sieci” ciąg dalszy. Tym razem na tapetę bierzemy nowe dzieło Huberta Karmińskiego – rodowitego Kujawianina, najbardziej związanego jednak z poznańską sceną eksperymentalno-improwizatorską.

Jak pisaliśmy o nim w jednym z majowych artykułów, to

 

„człowiek wielu pasji i zainteresowań skupionych wokół muzyki”, co na pewno nie jest przesadą, mając na uwadze różnorodność i wielość projektów, jakimi się zajmuje – obecnie dobrym przykładem jest tu Kołorking Muzyczny, którego jest kuratorem.

 

A jakie miejsce w tych aktywnościach zajmują „Baśnie na nowo”? Wydaje się, że bardzo istotne, co warto zasygnalizować zwłaszcza słuchaczom niezależnej elektroniki spod znaku free improv. Karmiński jest jednym z tych jej przedstawicieli, którzy najchętniej korzystają z palety brzmień i kompozycyjnych rozwiązań, jakie na jej scenie obowiązywały zwłaszcza we wczesnych latach dziewięćdziesiątych.

 

W każdym z czternastu zawartych na tej płycie kawałeczków (małych, maksymalnie trzyminutowych elementów większej, konceptualnej całości) słyszymy pulsujące arpeggia, mocarne basy, kwaśne pady, oniryczne drony…

Jednym łezka się w oku zakręci, drudzy zrobią ze zdziwienia wielkie oczy i – można mieć taką nadzieję – zaintrygowani, zechcą zatrzymać się przy tym krążku na dłużej niż jedną chwilę.

 

„Z tygodnia na tydzień staram się wyszukiwać wszystkie ciekawe rzeczy, które zostały opublikowane w tzw. polskiej muzyce niezależnej (…)” – mówił Karmiński w wywiadzie na naszych łamach. Sam właśnie wypuścił jedną z nich.

 

MENDAX
Mendax
wydanie własne, 2020

 

 

No, akurat ci panowie w tańcu się nie certolą.

 

„Je***e chlory, nie uznające zasad higieny czy życia w społeczeństwie. Lepiej omijajcie ich na ulicy!” – panowie z Mendax wiedzą jak się zareklamować…

Choć w języku łacińskim nazwa ich zespołu oznacza człowieka kłamliwego i najpewniej pod kogoś się podszywającego, to w ich muzyce nie ma jakiejkolwiek ściemy. Zapomnijcie o koniunkturalnych ruchach pod publiczkę – to death/thrash metal prosto z serducha, dokładnie taki, jakim go diabeł stworzył, a więc prosty, wulgarny i atakujący z zaskoczenia.

Choć siarczyste riffy Dawida Kubskiego robią robotę w niemal każdym zakątku tego dobrze wysmażonego materiału, to trzeba przyznać, że najlepszą pracę odwalił na nim Piotr Szwed – poznańska inkarnacja szarlatanów pokroju Glena Bentona z Deicide czy George’a Fishera z Cannibal Corpse.

 

Facet potrafi tak ryknąć, że takie „Same Old Path” czy „Burial Ground” co bardziej wrażliwym słuchaczom może śnić się po nocach.

A skoro już przy porównaniu do Kanibali jesteśmy, to nie da się ukryć, że są one trafne również w kontekście całości. Jeśli ktoś jeszcze pamięta żar, jaki buchał z obrazoburczych albumów „Butchered At Birth” czy „Tomb Of The Mutilated”, to poczuje się jak w domu. A co z tekstami piosenek? Tu nie ma zaskoczeń i trzeba szczerze powiedzieć, że akurat ten element „Mendax” prezentuje się najmniej okazale.

A może po prostu najwidoczniej zblazowanemu już autorowi tego cyklu takie wesołe przyśpiewki o flakach i szeroko pojętej pożodze już dawno się opatrzyły? Tak czy siak, jak szumnie zapowiadali tę płytę jej twórcy, „death metalowy pogrom właśnie się rozpoczął”. Z całą pewnością nie kłamali.

 

MORDOR BISTRO
Euphoria
Bonimedia, 2020

 

 

Trzeba być naprawdę nieźle zakręconym, żeby rock, folk, metal, blues i synthpop łączyć w taki sposób, jak robi to Mordor Bistro. Choć artysta stojący za tym projektem powołał go do życia dopiero w ubiegłym roku, to w poznańskiej alternatywie ukrywa się już od ponad 25 lat! To właśnie on stoi za Fryvolic Art, o którym choć raz zapiszczało w chyba każdym z kręgów szperaczy po wielkopolskiej muzyce niezależnej.

 

„Słowo fryvolic miało być czymś nowym i niepowtarzalnym, więc niejako idąc w stronę skojarzeń z frywolnością, powstało słowo nieistniejące w języku angielskim (prawidłowo: frivolous), no i tak już jakoś zostało…” – tłumaczy artysta, którego można szanować nie tylko za żelazną konsekwencję w prowadzeniu tak wymagającego i – bądźmy szczerzy – niszowego projektu, ale przede wszystkim za ogromną wyobraźnię i pasję, która wykracza daleko poza standardową działalność wydawniczą czy koncertową.

 

Mózg sprzęgniętych ze sobą Fryvolic Art i Mordor Bistro to całkowity audiofil, a jakby tego było, kolekcjoner w swojej twórczości bazujący przede wszystkim na instrumentach nieistniejącej już od ponad 15 lat marki Defil (Dolnośląska Fabryka Instrumentów Lutniczych DEFIL w Lubinie).

 

Ciekawostką jest, że był czas, kiedy produkowane w tej fabryce gitary były szeroko eksportowane do krajów bloku socjalistycznego, przede wszystkim na Kubę.

Ich brzmienie jest dokładnie takie, jak Mordor Bistro – jedyne w swoim rodzaju i niedające się jasno zaszufladkować. Choć metalowe wstawki czy toporne drum kity trącą nieco myszką i nawet ocierają się o tandetę, to w ostatecznym rozrachunku melodie i nastrój, jaki bije z „Euphorii” wyraźnie góruje nad wszelkimi niedoskonałościami.