fot. Materiały prasowe

Muzyka bezcenna w Wielkopolsce #35

„Muzyka bezcenna w Wielkopolsce” to rekomendacje albumów z naszego regionu, których autorzy umożliwiają ich bezpłatne pobranie. W tym odcinku Aula, Choroszcz i Kaj Naczyński.

AULA
Różnicę Sam Usłyszysz
wydanie własne, 2013

W archiwach wielkopolskiego hip hopu znajduje się wiele perełek, które z jednej strony nie zdążyły się jeszcze dobrze zakurzyć, a z drugiej przypominają o czasach, kiedy liczył się w nim przede wszystkim klimat. Ech, jak bardzo zmieniła się nasza rapowa scena od czasu premiery albumu gnieźnieńskiej Auli, mimo że minęło od niej zaledwie osiem lat…

 

Dziś, jak zgrabnie określił to jeden z obserwatorów polskiego hip hopu, liczą się na nim przede wszystkim „cukierki, neony i fajerwerki”.

I choć z każdego trendu można wyłapać prawdziwe cudeńka, to ogólnie rzecz biorąc, te obecne zakrawają o groteskowy, a co najgorsze, dość beztreściowy jarmark. I właśnie dlatego powroty do takich płyt jak „Różnicę Sam Usłyszysz” po prostu cieszą.

Wzorem znamiennego, proroczego wręcz tytułu albumu Kaja, Cyca, Coxa oraz towarzyszącego im DJ-a Blachy, już w otwierającym „Witam” dostajemy to, czego tak bardzo może nam teraz brakować, poczynając od ulicznego luzu w nawijce i boom-bapowych beatów. To jednak wcale nie oznacza, że chłopaki z Auli (wcześniej działających pod banderą Aulantyda) idą jedynie w sentymentalne flashbacki – przeciwnie, co ciekawe, spora część ich numerów to również solidna dawka nowoczesnych brzmień, charakterystycznych dla brytyjskiej, dość syntetycznej sceny grime, wyważających proporcje pomiędzy starym i nowym światem hip hopu – old schoolowym samplingiem i błyszczącym trapem.

 

Można? Można.

I tylko szkoda, że po „Różnicę Sam Usłyszysz”, prócz wydanego rok później krążka „Pół-psychiczny Mixtape vol. 2”, nie ukazało się już nic więcej.

 

CHOROSZCZ
Wygasanie
wydanie własne, 2020

 

„W lesie myśli wydeptanych siadłem na ziemi i się rozlałem / Krew ścieka do wieka, promienie światła rozdeptane mrokiem / Szorstki chłód, martwa aura przegania dzień… /” – takimi słowami wita się z nami poznański, jednoosobowy projekt Choroszcz, zapraszając do swojego black metalowego, niechybnie kończącego się świata, w którym zamiast szablonów wyjętych z losowych albumów Immortal, Darkthrone czy Satyricon, królują kreatywne rozwiązania z wykorzystaniem przede wszystkich takich stylów jak sludge-, groove- i blackened metal.

 

„Wygasanie” to złowrogie wibracje Eyehategod, ale i podrasowany klimat starej Pantery, lodowate riffy Belphegora, jak i perkusyjne blasty na modłę obrazoburczego Watain. To w sumie nic dziwnego, że jak na razie Choroszcz pozostaje samotnym wilkiem i polega wyłącznie na sobie.

 

Warstwy tworzące jego muzykę zazębiają się niczym puzzle, tworząc zwartą i bardzo przekonującą całość.

Warte odnotowania jest również brzmienie krążka, bo kiedy reprezentanci raw black metalu celowo je pogarszają, autor „Wygasania” celuje w złoty środek – nie wychodząc z piwnicy, dba o niuans i transparentność, dzięki czemu takie potwory jak suicydalne „Gnijesz” czy monumentalna, prawie dziewięciominutowa „Otchłań” nie zlewają się w czarną, bezkształtną breję.

Ta harmonia totalnego chaosu sprawia, że „Wygasanie” jak najbardziej zasługuje na wysoką pozycję na liście najlepszych albumów black metalowych ubiegłego roku – nie tylko w skali regionu, ale całej Polski.

 

KAJ NACZYŃSKI
Dysfunction Of Running Out
wydanie własne, 2019

Aż trudno uwierzyć, że w chwili wydania tej płyty jej autor miał zaledwie 15 lat… No, bo jak nastolatek z taką odwagą, wręcz brawurą, może brać się za tak eksperymentalny, psychodeliczny i elektroniczny jazz, i jeszcze robić z nim takie rzeczy (a raczej co mu się żywnie podoba).

 

Kaj Naczyński albo ma wyjątkowo starą duszę, albo wyjątkowo dużo mu w niej gra – nie przesadzając, jego łatwość w operowaniu zupełnie niełatwymi strukturami trudno określić inaczej niż jako dar.

Jak sam wspomina, kiedy poszedł do szkoły muzycznej – tu warto dodać, że wcale nie dlatego, że muzyka go kręciła – od początku mu się w niej nie spodobało:

 

„Chciałem z niej odejść, przepisywałem się na różne instrumenty, grałem na puzonie, ale to nie był nic ciekawego… Kiedy przeprowadziłem się na wieś, zacząłem zauważać, że coś, co mi się w muzyce podoba mogę robić sam, na własną rękę” – powiedział w wywiadzie.

 

„Dysfunction Of Running Out” to jawny dowód na to, że podjął najlepszą możliwą decyzję. Ryzykowną, ale i taka jest jego muzyka. Pełna cyfrowo-analogowych szaleństw, w których odnajdą się zarówno miłośnicy radykalnego, niemal atonalnego free improv („Atavism”), jak i miłośnicy estetyki drone (żałobna „Dysphoria”) czy noise („Psychosis”), która – choćby właśnie w ujętym w nawias utworze – niebezpiecznie zbliża się do rejonów pamiętnego projektu Diagnose: Lebensgefahr, którego album stał się swego rodzaju creepypastą (warto o nim poczytać).

Niespokojna twórczość Kaja Naczyńskiego też może przerażać, bo pełno w niej lęku, który instynktownie, idąc za tytułem płyty, każe nam zrywać się do ucieczki, a przynajmniej ściągnąć słuchawki. Jeśli jednak zbierzemy się na odwagę, by pobyć z nią nieco dłużej, wejdziemy na poziom, w którym już chyba żaden „niezal” nie będzie nam straszny. Może warto?