fot. materiały promocyjne

Muzyka bezcenna w Wielkopolsce #4

„Muzyka bezcenna w Wielkopolsce” to rekomendacje albumów z naszego regionu, których autorzy umożliwiają bezpłatne pobranie. W tym odcinku: Gastrojan, Pensjonat i TBH.

GASTROJAN
„Boogie i Brew”, wydanie własne, 2018

To jedna z takich płyt, przy której naprawdę trudno się nie uśmiechnąć. Sięgnąłem po nią z czystej ciekawości, kiedy na początku minionego lata wyłowiłem z odmętów internetu piosenkę „Afro”. Nie wiem, czy to ten słoneczny, afro-trapowy beat, czy może zupełnie bezpretensjonalna, niewymuszona, swobodna, wręcz niedbała nawijka. Wówczas pomyślałem, że ten kawałek ma właściwie wszystko, by być jednym z najpopularniejszych podziemnych bangerów tegorocznych wakacji. Cóż, tak się nie stało.

Konkurencja na krajowym rynku wciąż rośnie, dlatego trudno powiedzieć, czy w najbliższym czasie (czy kiedykolwiek!) młody poznański raper o przedziwnym pseudonimie Gastrojan będzie mieć swoje pięć minut. Przyglądając się odważnym ruchom „młodych wilków”, w rodzaju choćby dość ciężkostrawnego gwiazdora Żabsona, zyskuje się pewność, że naprawdę na to zasługuje. Wzorem „nowej fali” twórczość chłopaka to stuprocentowa rozrywka, która ma przede wszystkim nas bawić. Czym? „Boogie i Brew” nie porywa techniką składania rymów jak u Fokusa, storytellingiem (czyli umiejętnym opowiadaniem historii) charakterystycznym dla Sokoła, ani szeroko pojętą poetyckością, z której słynie powoli zbierający się na emeryturę Eldo.

Gastrojan, „Boogie i Brew”, wydanie własne, 2018

 

Siłą tej zaledwie kilkunastominutowej płytki jest przede wszystkim wszechobecny luz, czasem reprezentowany przez tak modne obecnie vocodery, pojawiające się okazjonalnie na wokalu.

„Chcę furę i czułe całusy na szyi, i pannę, z którą polecę na Fidżi” – rymuje Gastrojan już na samym początku materiału, by w późniejszym „Na biegunach” zaskoczyć błyskotliwymi przechwałkami: „Nawet gdy kręcisz jak Pelé, jesteś tak dobry jak podryw z Omegle […] Tańczę jak Riyad Mahrez, nogami potrafię zawiązać ci pętlę na gardle, gubię ich wszystkich tak zgrabnie, jakbym miał ksywę Baby Driver”. I nawet jeśli poznaniak decyduje się czasem na smutniejsze refleksje (ekstrawertyczny „Dolar”, wspominkowe „Zawody”), to ego trzyma na wodzy, stroniąc od moralizatorstwa, w które celuje tak wielu reprezentantów polskiej rapowej sceny. Łapać, póki gorące!

PENSJONAT
„Całość nie radość”, wydanie własne, 2018

Choć poznański Pensjonat prowadzą bardzo mili gospodarze, dbający o miłą atmosferę i smaczne jedzenie, to wynajmujący mogą zapomnieć o czystych i nowoczesnych pokojach. W ich wnętrzach gościłem kilka dni i ostrzegam, że w budynku panuje wielki bałagan! Na szczęście wyjątkowo twórczy…

 

Trudno więc nie polecić zawartości minialbumu „Całość nie radość” mniej pedantycznym melomanom, a zwłaszcza miłośnikom wszelkiej maści przebojowej, gitarowej alternatywy.

Pensjonat, „Całość nie radość”, wydanie własne, 2018

Z płyty najbardziej powinni ucieszyć się zarówno zwolennicy niechlujnego noise rocka w stylu klasycznego Sonic Youth, jak i nieco nowszych, zainspirowanych grupą tworów, takich jak A Place To Bury Strangers czy Melt-Banana. Zawiedzeni nie będą też fani kapel shoegaze’owych, w rodzaju „obowiązkowych” My Bloody Valentine, Slowdive i M83 (przynajmniej ze starszych krążków), jak i „nadprogramowych”, młodych bandów Bloody Knives i Bailter Space, przykładających rękę do powstania noisegaze’u.

To styl, w którym zazwyczaj bardzo melodyjny i lekki wokal zderza się z chropowatą ścianą gitarowego dźwięku – i to z impetem jeszcze większym niż w przypadku muzyki wspomnianych wcześniej zespołów (zwanych też „wpatrującymi się w buty”).

Załoga całkiem zdolnego wokalisty Romualda Dziudy potrafi zrobić sporo hałasu – zwłaszcza, kiedy rozstrojone gitary Kuby Kaczmarka i Mateusza Gawineckiego zaczynają ze sobą walczyć. Dzieje się tak niemal w każdym z kawałków, spośród których na pewno warto wymienić „Udaję” – przedziwne połączenie estetyki Dezertera i – dla odmiany – sennych marzycieli z The Cure. A skoro już o grupie Roberta Smitha mowa, to słowem kluczem do radosnej, „nastoletniej” twórczości poznaniaków wydaje się właśnie romantyzm. „Ponad czasem coś wypełnia mnie, razem z tobą nie wiem jak i gdzie”. Pensjonat, I’m in love!

TBH
„Fluid”, wydanie własne, 2018

W internetowym „Miejskim słowniku slangu i mowy potocznej” przeczytałem, że skrót „TBH” wziął się od angielskiego zwrotu „to be honest”, czyli naszego „będę szczery”. Warto to podkreślić, omawiając album poznańskiego producenta, za którego pseudonimem stoi ważna refleksja na temat nowoczesności, stanowiąca punkt wyjścia do zawartych na krążku kompozycji.

TBH, „Fluid”, wydanie własne, 2018

„Fluid” to płyta opowiadająca o „cyfrowej tożsamości” – czymś, co w dzisiejszych, jakże internetowych czasach posiada większość z nas, a co najczęściej mija się z prawdą na nasz temat. W sieci przedstawiamy nie tyle siebie, ile swój wyidealizowany awatar, w mniejszym bądź większym stopniu będący odzwierciedleniem tego, kim jesteśmy. Chcemy być postrzegani przez innych w konkretny sposób, dlatego „publikujemy się” konkretnymi, treściami, z różnym skutkiem maskującymi nasze kompleksy i słabe strony. W cyfrowym ego, które niewątpliwie nigdy nie było dla nas tak istotne jak obecnie, zawieramy to wszystko, z czego składa się nasz wyśniony ideał samych siebie.

Ile w tej reprezentacji jest wspomnianej na początku szczerości? To pytanie, na które każdy z nas będzie mieć nieco inną odpowiedź. Warto je sobie postawić właśnie w trakcie słuchania „Fluidu” – albumu, w którym piosenki o dziwnych tytułach mają jeszcze dziwniejszą zawartość. Jak inaczej powiedzieć o „Licheniu” czy „Światła zdechły w mieście”, w których nieprzyjazne minimal techno to tak naprawdę pretekst do wprowadzenia do tanecznych klubów stoickiego ambientu i stylistyki… lo-fi. Zapomnijcie o gładkim i wypolerowanym na błysk parkiecie.

 

Utwory wychodzące spod ręki TBH przykuwają uwagę za sprawą brudnych kicków w metrum 4/4 oraz zamglonego pejzażu bliżej nieokreślonych dźwięków, wysuwających się po każdym z uderzeń.

Zaskakujący jest finał – żadna dyskotekowa euforia, lecz… akustyczna, melancholijna miniaturka, w której autor żegna się z nami słowami o „ego, które wszystko popsuło”.

CZYTAJ TAKŻE: Raz, Pięć Dwa! Chłopaki mają „Czyste szumienie”
CZYTAJ TAKŻE: Muzyka bezcenna w Wielkopolsce #3
CZYTAJ TAKŻE: Poznań to wciąż miasto chórów. Rozmowa z Alicją Szelugą