fot. Materiały prasowe

Muzyka bezcenna w Wielkopolsce #50

„Muzyka bezcenna w Wielkopolsce” to rekomendacje albumów z naszego regionu, których autorzy umożliwiają ich bezpłatne pobranie. W tym odcinku Ariet, Failure By Design i Sonda.

ARIET
Medicina
Psylocybina, 2022

Jak możemy wyczytać z mądrych książek, psylocybina to związek organiczny, jaki znajdziemy w wielu grzybach, działający na człowieka w bardzo podobny sposób jak LSD. To taki psychodelik, który nigdy nie działa tak samo – w zależności od naszego usposobienia, podejścia do świata i psychicznego stanu, jego zażycie może spowodować całą listę objawów, zmieniających nasz nastrój czy poczucie czasu. Zdaniem wielu naukowców, takich jak ci z amerykańskiego Uniwersytetu Johna Hopkinsa, substancja ta daje duże, szybkie i trwałe efekty przeciwdepresyjne, a ponadto wspiera odbudowę utraconych połączeń między neuronami.

 

W bardzo podobny sposób, choć w metaforycznym sensie, działa zawartość pierwszego albumu, jaki całkiem niedawno ukazał się nakładem nowej wielkopolskiej oficyny Psylocybina, będącego jednocześnie debiutancką płytą jej założyciela Arieta – znanego większości tutejszych klubowiczów Michała Gutkowskiego.

Jak podkreśla, jego głównym celem przy nagrywaniu „Mediciny” było stworzenie swego rodzaju ścieżki dźwiękowej do psychodelicznej podróży osadzonej w kontekście undergroundowej muzyki klubowej – takiej, w której orientalne i organiczne, choć wciąż stricte elektroniczne brzmienia łączą się z głębokim techno, zwłaszcza tym spod znaku tribal.

Nic więc dziwnego, że już w pierwszym utworze („Icaro”) słyszymy fragmenty szamańskiej pieśni śpiewanej podczas ceremonii ayahuasca, w trzecim („Inner Journey”) atonalne pady imitują działanie psychodelicznych substancji, zaś w piątym („Shaman’s Heart”) Ariet w dosłowny sposób stosuje praktykę uzdrawiania dźwiękiem, zapraszając do współpracy Cecylię Piętę, by zagrała na flecie nastrojonym na ponoć uzdrawiającą częstotliwość 432 Hz.

Jeśli wszystkie nadchodzące krążki tej oficyny mają brzmieć tak mistycznie jak „Medicina”, to na ziemię nie zejdziemy jeszcze dłuuugo…

 

FAILURE BY DESIGN
I Was Not Supposed To Say That
wydanie własne, 2022

Dlaczego płyty z muzyką emo zawsze mają takie długie tytuły? Ironizując – choć jest w tym trochę prawdy – pewnie dlatego, że ich autorzy są tacy wylewni. Był czas, kiedy emo było przede wszystkim memem.

Idąc za Nonsensopedią, emo:

 

„wyróżniają się – oczywiście tylko w swoim mniemaniu – elo cool stylem, a więc czarno-różowymi ubrankami oraz fryzurą, w której musi zawierać się grzywka na pół głowy”.

 

W dodatku podobno są „chorzy na pierdołowatość”. Są gusta i guściki, jednak na pewno faktem jest, że gdzieś koło 2010 roku, boom na subkulturę emo zaczął gwałtownie gasnąć. Przy czym mowa tu przede wszystkim o kalifornijskim, wystudiowanym punk rocku w czysto komercyjnym, radiowym wydaniu. Tymczasem „prawdziwe” emo zawsze miało i wciąż ma się całkiem dobrze.

 

To zespoły typu Taking Back Sunday czy Brand New stanowią jego esencję, nie mając nic wspólnego z mrocznym, istotnie zabawkowym stylem, jakiego tak wiele w twórczości tego czy innego naśladowcy My Chemical Romance.

Tym samym, również na „I Was Not Supposed To Say That” niewiele jest melodramatyczności, zaś o wiele więcej studenckiego, deskorolkowego luzu, który zdradza pop punkowe i math rockowe fascynacje chłopaków z poznańskiego Failure By Design.

Słuchając takich numerów z ich debiutanckiej płyty jak „One Day”, „Just Doubt” czy „Wembley”, słyszymy, że Morisa, Damiana, Daniela, Olafa i Dominika najbardziej kręci emo sans maquillage – w wersji midwest, w czym dość mocno przypominają Syndrom Paryski, którego ostatni album „Małe pokoje w dużym mieście” omawiany był pod koniec roku w jednym z odcinków niniejszego cyklu

Fani Mineral, American Football czy Christie Front Drive – przybywajcie, odpalajcie!

 

SONDA
Wahadełko
wydanie własne, 2022

O taki shoegaze nic nie robiliśmy! Tym bardziej, że przecież mogłoby się wydawać, że już nic nie ma w nim do roboty. Że wszystko, co w nim najlepsze, tkwi na dawnych płytach My Bloody Valentine i Slowdive. I że wszystko, co niedopowiedziane, dorzucili ci, którzy pojawili się po nich – M83, Les Discrets, A Place to Bury Strangers… Po części, zapewne lwiej, to całkowita prawda.

 

Jednak – mimo to – takie płyty jak ta od poznańskiej Sondy wyjątkowo cieszą.

Niby widać, jak duet rżnie z tej estetyki aż miło, odwołując się do tego, co już było, uprawiając jawny sentymentalizm już z pozycji prasowych zdjęć. Jednak w te odbitki zapatrzeć się można niemal tak jak w oryginały od MBV. Oczywiście jedynie na krótką chwilę – tym bardziej, że panowie z Sondy (kim są, trochę zagadką jest) jak na razie proponują nam zaledwie cztery numery tworzące to hipnotyzujące, pełne czaru „Wahadełko”. Co też można zanotować na plus, to że pokazują nim, jak fajnie shoegaze może brzmieć również w języku polskim, z prostymi, ujmującymi tekstami, które tylko przydają ich muzyce tej dobrze znanej, różowawej aury nostalgii – tęsknoty za tym, co tylko niby utracone, a co kiedyś królowało w muzyce.

W wydaniu Sondy brzmi jak tani VHS, jednak w dobrym tego słowa znaczeniu – zwłaszcza, że na „Wahadełku” projekt pełnymi garściami czerpie również z klasyków synthwave. To jednak nie samochodowa (czy jak mówią specjaliści – outrun’owa) jazda, jaką bez trzymanki uprawia choćby Kavinsky, ani dźwiękowy brutalizm Perturbatora.

To raczej oczko puszczone w stronę tych, którzy nieraz rozmarzyli się przy utworach The Midnight i The 1975. Siadajcie na kozetce, wahadełko właśnie poszło w ruch…

Podziel się kulturą!
Ciekawe
Ciekawe
0
Świetne
Świetne
0
Smutne
Smutne
0
Komiczne
Komiczne
0
Oburzające
Oburzające
0
Dziwne
Dziwne
0