fot. materiały prasowe

Muzyka bezcenna w Wielkopolsce #8

„Muzyka bezcenna w Wielkopolsce” to rekomendacje albumów z naszego regionu, których autorzy umożliwiają ich bezpłatne pobranie. W tym odcinku Aster, Podły i Ugory.

ASTER
Surrealistic Mind’s Journey
wydanie własne, 2010

Z czym może nam się kojarzyć gitarowa muzyka improwizowana? Zazwyczaj z kameralnymi, undergroundowymi klubami, w których jazzowi i bluesowi wioślarze szarpią za struny dokładnie tak, jak nakazuje im serce. Liczy się dla nich tylko ten moment, ta chwila i to miejsce, w którym zamiast polegać na planach i regułach, pozwalają działać strumieniu swojej świadomości. Czy nie w tym właśnie tkwi piękno improwizacji? Jej mistrzów znamy wielu – warto przywołać choćby tak oczywiste nazwiska jak Hendrix, Allman, Johnson, Berry czy Vaughan.

O tych wielkich artystach warto wspomnieć również w kontekście twórczości Astera. Utalentowanego gitarzysty z Budzynia, który prócz działalności w chodzieskim, rockowym zespole Stonnard (tworzonym wraz z wokalistą i basistą Dawidem „Piggerem” Szczygłowskim oraz perkusistą Jackiem „Jacą” Kaczmarkiem), wydaje również albumy solowe. Tak solowe jak to tylko możliwe, bo nie dość, że w całości odpowiada za ich kształt, to wykorzystuje na nich wyłącznie swój ulubiony instrument. 

Latem tego roku, Krzysztof Ajchsztet – bo tak nazywa się muzyk – opublikował na portalu Bandcamp płytę „Done & Gone”, a nieco później swój debiutancki album sprzed lat o szalenie adekwatnym tytule „Surrealistic Mind’s Journey”. To krążek z 2010 roku, który Aster teraz postanowił nam teraz przypomnieć, umożliwiając bezpłatne pobranie jego zawartości. Niektórzy powinni być mu za to wdzięczni. Zwłaszcza ci, którzy największą słaboś mają do brzmień, które królowały w latach 60. i 70. 

 

Pierwsza płyta Astera jest po brzegi wyładowana ilustracyjnym, zawsze psychodelicznym blues i space rockiem.

Wzorem muzyki ambient, kompozycje z „SMJ” zlewają się w płynną i przestrzenną całość, która choć zrodzona z improwizacji, to przypomina dzieła konceptualne, jakże popularne w czasach, do których tak pięknie nawiązuje Krzysztof Ajchsztet. Pozwólcie mu się do nich przenieść...

PODŁY
Jesień
wydanie własne, 2016

Dwa lata temu w gnieźnieńskim podziemiu pojawił się krążek, o którym prawie nikt nie mówił, a który był kolejnym dowodem na to, że wielkopolski hip-hop to nie tylko centrum regionu. Oczywiście prawdą jest, że im większe miasto, tym słychać go częściej i głośniej – w końcu to gatunek z wyjątkowo miejskim rodowodem.

Jednak Leszno, Piła czy właśnie wspomniane Gniezno, są miejscami, którym przyglądać się powinien każdy prawdziwy pasjonat lokalnego rapu. Z pierwszej stolicy Polski pochodzi Podły – raper o bardzo mylącym pseudonimie. Sugerując się nim, można by pomyśleć, że zaraz zaatakuje nas jakąś pseudo-gangsterską nawijką o „dobrych braciach” i „złych psach”.

Tymczasem Podły serwuje nam „Jesień” – album nad wyraz refleksyjny i melancholijny. Może i czasami nieco naiwny tekstowo, może niewzbijający się ponad przeciętną z racji wciąż niewyćwiczonego flow jego autora, jednak przyciągającym do siebie unikalnym, czarującym klimatem. 

 

W tym miejscu warto powiedzieć, że „Jesień” stoi przede wszystkim beatami.

Ciepłymi, organicznymi, raz w stylu amerykańskiego The Roots (jak w kawałkach „W swetrach” i „Czekam na ten dzień” z DJ-em Blachą), kiedy indziej na modłę kultowego projektu Grammatik („Ostatnia nadzieja”) czy solowych poczynań zapomnianego już Praktika („To jest mój świat”).

Całość dopełniają smaczki, takie jak połamana rytmika i oniryczny syntezator w „Sam na sam”. Na uwagę zasługuje skłonność Podłego do zabaw z melodeklamacją (nucony, senny refren „To jest mój świat”) i sugestywnego akcentowania najdobitniejszych słów. A skoro już o nich mowa, to najbardziej przekonują te, w których raper otwiera się, nawijając jak z pamiętnika. „Jestem na styk z czasem, choć często pod kreską, opadłem tyle razy, że już staje się lekko. (…) Czekam na czas, który zleci szybko, na wszystkie te momenty, w których nie będzie przykro mi...” – wyznaje gnieźnianin.

Mam nadzieję, że ostatnie dwa lata były dla niego czasem wytężonej pracy nad nowymi piosenkami. W końcu „Jesień” to niejedyna pora roku...

UGORY
Padlina
Trzy Szóstki, 2017

Ile piękna tkwi w brzydocie? To pytanie, które zadaje sobie nie tylko wspaniały Umberto Eco. Z pewnością każdy amator muzyki niezależnej już nieraz natrafił na płytę, która przy całej swej szkaradności, zachwyciła go i zauroczyła. Nieestetyczna brzmieniowo, lirycznie, wizerunkowo – jakimś cudem zmusiła do myślenia o jej zawartości w kategoriach sztuki.

W historii polskiego podziemia istnieje naprawdę sporo albumów, które wywołują poznawczy dysonans. Jednym z najnowszych jest komplementowana tu i ówdzie „Padlina” autorstwa różnorodnego, kilkunastoosobowego kolektywu Ugory, który tworzą muzycy z Poznania, ale też kujawsko-pomorskiej wsi Smarzykowo. Zespołu, który z solowego projektu basisty Marcela Gawineckiego (kojarzonego również z zespołu Melisa) wyewoluował w bardzo rozległy twór, na którego czele stoją też Marcin Haremza, Kuba Kaczmarek, Mateusz Gawinecki czy Robert Śliwka. 

 

Trzeba podkreślić, że liczba artystów współtworzących Ugory jest niemal proporcjonalna do liczby stylów zawartych w utworach.

Niegdyś głównie ambientowych, przywołujących skojarzenia z muzyką noise, dziś już znacznie cięższych i bardziej gitarowych. Na ogół „Padlina” cuchnie czarnym, piwniczym rockiem. Razi punkiem dla zbłąkanych samobójców, wprowadza w trans drone-metalowymi mantrami, wyskakuje z archaicznym, industrialnym techno, zwieńczonym… radosnym śpiewem ptaków. 

Zaburzenia osobowości – to jedno z pierwszych określeń, którymi opisują swoją twórczość muzycy grupy Ugory.

Słuchając „Padliny”, trudno nie wierzyć im w ten psychiczny rozstrój, za to o wiele łatwiej jest się ich przestraszyć. Co siedzi im w głowach, wiedzą tylko bies i panowie z pamiętnej rzeszowskiej kapeli Smar SW – autorzy przejmującego i znów modnego „Samobójstwa” z połowy lat 90., często przypominanego w kontekście tej płyty, co już samo w sobie jest chyba wystarczającym argumentem, by po nią sięgnąć.

 

CZYTAJ TAKŻE: Muzyka bezcenna w Wielkopolsce #7

CZYTAJ TAKŻE: LEV TT? Dlaczego nie!

CZYTAJ TAKŻE: Tęsknota za tym, czego nigdy nie będzie