fot. Mariusz Forecki

Tęsknota za tym, czego nigdy nie będzie

„Love Lost” to album, który od początku do końca relacjonuje jeden z trudniejszych momentów w moim życiu. Kolejne płyty będą opowiadały dalsze historie i nie obiecuję, że będą bardziej optymistyczne – mówi Michał Kmieciak, poznański pianista i kompozytor.

SEBASTIAN GABRYEL: Pamiętam, że kiedy po raz pierwszy włączyłem twoją debiutancką płytę „Love Lost”, ucieszyłem się, że wreszcie jest w Polsce ktoś, kto potrafi grać contemporary classical. Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę, ale dla wielu słuchaczy jesteś takim polskim Ólafurem Arnaldsem [śmiech]. Dlaczego zmierzasz akurat w tę stronę, kiedy siadasz do fortepianu? To po prostu płynie „z wewnątrz”?

 

MICHAŁ KMIECIAK: Pomimo tego, że słucham bardzo różnorodnej muzyki, to od zawsze kochałem muzykę klasyczną i filmową. Myślę, że muzyka, która skupia się na przekazywaniu emocji, jest mi zdecydowanie najbliższa. Trudno mi wytłumaczyć dlaczego, ale wydaję mi się, że faktycznie to po prostu we mnie siedzi, a pewne emocje i historie, które mi towarzyszą, znajdują upust w postaci takiej, a nie innej muzyki.

 

Jakie emocje towarzyszyły ci więc, kiedy nagrywałeś „Love Lost”?

Melancholia, smutek, złość, ale przede wszystkim tęsknota. Tęsknota za tym, co było, i za tym, czego nigdy nie będzie. Myślę, że każdy utwór zawiera jakąś cząstkę z nich.

 

Twierdzisz, że na „Love Lost” opowiedziałeś historie, których pewnie nie odważyłbyś się opowiedzieć w żaden inny sposób. Dlaczego? I o jakich historiach mówisz?

Myślę, że tytuł płyty i tytuły poszczególnych utworów mówią wszystko. Nawet na okładce „Love Lost” widnieje wybrakowane serce, które wiele wyjaśnia. Jest to album, który od początku do końca relacjonuje jeden z trudniejszych momentów w moim życiu. Kolejne płyty będą opowiadały dalsze historie i nie obiecuję, że będą bardziej optymistyczne [śmiech].

Jak sam podkreślasz, twoje główne inspiracje to muzyka Billa Evansa i Esbjörna Svenssona, a także naszych polskich wirtuozów – Krzysztofa Komedy oraz Leszka Możdżera. To głośne nazwiska. Czy szeroko pojęte „podziemie” bywa dla ciebie równie stymulujące?

Michał Kmieciak: Tęsknota za tym, czego nigdy nie będzie

Fot. Mariusz Forecki

Inspiracji przez lata było i nadal jest sporo. Faktycznie, wyżej wymienieni pianiści niewątpliwie stanowili dla mnie duże źródło inspiracji, zwłaszcza w okresie, kiedy bardziej interesowałem się jazzem. Jednak dzisiaj trudno mi jednoznacznie powiedzieć, co jest dla mnie najbardziej inspirujące. Staram się nie zamykać i patrzeć na muzykę jak najszerzej – niezależnie, czy jest to alternatywa, czy szeroko rozumiana muzyka popowa.

 

Twoja muzyka ma bardzo filmowy charakter. Widzisz siebie jako kompozytora muzyki do filmów?

Od początku jest to marzenie, do którego małymi krokami cały czas dążę.

 

Na koncertach towarzyszą ci skrzypaczka Dominika Dołżyńska i wiolonczelistka Aleksandra Walczak.

Dziewczyny są cudowne i bardzo się cieszę, że mam możliwości pracy z nimi. W odróżnieniu ode mnie są klasycznie wykształconymi muzykami i mają bardzo duże doświadczenie zarówno w nagraniach, jak i koncertach. Niewątpliwie, przy takiej muzyce bardzo duże znaczenie ma to, kto ją wykonuje, bo każdy wkłada do całości coś od siebie. Słychać to zwłaszcza podczas koncertów.

 

Niedawno występowałeś z poznańskimi artystami: skrzypkiem Wojtkiem Grabkiem oraz piosenkarzem Swiernalisem. Jaką wartością są dla ciebie tego rodzaju współprace?

Michał Kmieciak: Tęsknota za tym, czego nigdy nie będzie

Michał Kmieciak, fot. Mariusz Forecki

Są to artyści, których bardzo ceniłem, jeszcze zanim poznałem ich osobiście. Dzisiaj myślę, że mogę już powiedzieć, że się przyjaźnimy i nasza wspólna twórczość jest czymś bardzo podniecającym. Naprawdę nie mogę się doczekać, aż jej rezultaty ujrzą światło dzienne. Najbliższe miesiące przyniosą więcej takich „kolaboracji”. Mogę zdradzić, że zanim ukaże się drugi album, pojawi się sporo niespodzianek, niezależnych od zestawu utworów przygotowanych na kolejną płytę.

 

Jesteś współtwórcą indie popowego zespołu Hello Mark. Dlaczego postanowiliście zakończyć działalność? Mieliście całkiem spore grono fanów, zwłaszcza po występach na festiwalu Open’er, w TVP1 i Polskim Radiu.

To była wspólna decyzja i trudno powiedzieć o jednym czynniku, który miał na to wpływ, bo myślę, że było ich wiele. Zespół to bardzo złożony organizm i czasami przychodzi taki moment, że trzeba pozwolić każdemu iść w swoją stronę. Dodam, że nie jesteśmy w żaden sposób skłóceni i do dzisiaj każdy z nas ma ze sobą większy lub mniejszy kontakt.

 

Strzelam w ciemno, że w tym roku doczekamy się twojej drugiej płyty. Zbierasz już na nią materiał? Jakie historie opowiesz na niej tym razem?

Jeśli chodzi o kompozycje, to mogę powiedzieć, że prace dobiegają końca. Część z nich wykonywaliśmy nawet podczas jesiennej trasy. Publiczność, która pojawiła się na jednym z dziewięciu koncertów w ramach Fall For You Tour, może już nawet przypuszcza, o czym ta płyta będzie opowiadać. Dla pozostałych niech to będzie mała tajemnica, która wyjaśni się wraz z premierą pierwszego singla. Mam nadzieję, że nastąpi to jeszcze w tym roku. Zapewniam, że będzie on bardzo intensywny. Mam na myśli wspomniane wcześniej wydawnicze niespodzianki i „kolaboracje”, ale i spotkania z publicznością na żywo – podczas koncertów, których będzie naprawdę sporo.

MICHAŁ KMIECIAK – poznański pianista i kompozytor. Jego płyta „Love Lost” z 2016 roku była jednym z pierwszych polskich albumów wpisujących się w nurt contemporary classical. Wystąpił na najważniejszych festiwalach showcase’owych, takich jak Enea Spring Break w Poznaniu czy SeaZone w Sopocie. Można go było posłuchać również na festiwalu Dwa Brzegi w Kazimierzu Dolnym. Na swoim koncie ma wiele koncertów w klubach, domach kultury i plenerach w całej Polsce.

 

CZYTAJ TAKŻE: Muzyka – o tym się nie mówi? Recenzja książki „O muzyce się (nie) gada” Macieja Geminga

CZYTAJ TAKŻE: Muzyka bezcenna w Wielkopolsce #7

CZYTAJ TAKŻE: Dźwięki skrytej tęsknoty. Rozmowa z Klaudią Woźniak